zbawca

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
marinho
Kmiotek
Posty: 6
Rejestracja: śr 28 lis 2007, 23:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano
Kontaktowanie:

zbawca

Postautor: marinho » pt 10 lut 2017, 11:21

Zbawiciel
 
Krwi­ste pio­ru­ny roz­ry­wa­ły niebo jak starą szma­tę. Otwo­rzy­łem bu­tel­kę na­peł­nio­ną pierw­szo­rzęd­nym mio­dem i od­chy­li­łem głowę. Ze zgro­zą ob­ser­wo­wa­łem czer­wo­ne roz­dar­cia na fir­ma­men­cie, łap­czy­wie po­ły­ka­jąc przy tym zło­ci­sty płyn. Za­mla­ska­łem i wy­rzu­ci­łem puste na­czy­nie, które nie­mal na­tych­miast znik­nę­ło w za­spie śnie­gu. Teraz mróz jakby mniej szczy­pał w po­licz­ki, a ja ra­do­śnie i z pasją ude­rzy­łem bi­czem tuż obok ucha cią­gną­cej wózek ko­bie­ty. Uczy­ni­łem to nie dla­te­go, że je­cha­li­śmy zbyt wolno, lub zbo­czy­li­śmy z kursu. Zro­bi­łem to z czy­stej zło­śli­wo­ści, bę­dą­cej miłym do­dat­kiem do sma­ko­wi­te­go al­ko­ho­lu roz­grze­wa­ją­ce­go mój żo­łą­dek.
– Tylko głup­cy nie wie­rzą, że nie­ba­wem nie­bo­skłon runie na zie­mię – syk­nął mi do ucha bro­da­ty sta­rzec, któ­re­go mia­łem nie­przy­jem­ność na­zy­wać Mi­strzem.
– Nie śpisz już, Mi­strzu­niu? – wy­ce­dzi­łem przez za­ci­śnię­te zęby, nie ukry­wa­jąc iry­ta­cji. Spo­glą­da­jąc za sie­bie, za­uwa­ży­łem, że ten stary pier­do­ła zdą­żył już wy­gra­mo­lić się spod gru­bych futer i sapał teraz nad moją głową.
– Je­ste­śmy już pra­wie na miej­scu – stwier­dził sta­ru­szek, ba­da­jąc oko­li­cę za­mglo­nym wzro­kiem. – Za­trzy­maj wóz, dalej pój­dzie­my pie­szo.
 
Przez chwi­lę za­sta­na­wia­łem się, jakim spo­so­bem jest on w sta­nie oce­nić sy­tu­ację tymi swo­imi gni­ją­cy­mi ocza­mi, ale ta kwe­stia nie ob­cho­dzi­ła mnie wiel­ce, więc po­słusz­nie za­cią­gną­łem lejce i ze­sko­czy­łem z drew­nia­ne­go wózka. Kop­ną­łem ko­bie­tę w gruby zad i po­gro­zi­łem pal­cem, dając tym samym ostrze­że­nie, aby ni­g­dzie się nie ru­sza­ła. Oczy­wi­ście zro­bi­łem to dla czy­stej przy­jem­no­ści, a nie z obawy przed uciecz­ką ko­by­ły. Ogrom­ne bab­sko przez całe życie przy­mu­sza­ne było do cią­gnię­cia ob­cią­żo­nych wozów, a jej tłu­ste i na­brzmia­łe od ste­ry­dów łap­ska nie nada­wa­ły się do ni­cze­go in­ne­go. Za­szy­te nicią usta nie wy­ra­ża­ły żad­ne­go sprze­ci­wu, a oczy już od dawna nie oka­zy­wa­ły uczuć. Szcze­rze mó­wiąc, gdzieś w głębi mego serca tkwi­ła obawa, że bar­ba­rzyn­ka pew­ne­go dnia wy­rwie się z za­przę­gu i stra­tu­je mnie wiel­ki­mi jak pnie no­ga­mi, ale za nic w świe­cie nie mo­głem oka­zać tego po sobie. Zresz­tą, nigdy nie sły­sza­łem, aby ja­ka­kol­wiek ko­by­ła ule­gła po­ku­sie buntu, więc ten strach nie miał uza­sad­nie­nia.
– Nie za­po­mnij wziąć noszy – roz­ka­zał mój prze­ło­żo­ny. – Mogą nam być po­trzeb­ne.
– Oczy­wi­ście Mi­strzu­niu. – Bez na­rze­ka­nia ścią­gną­łem za­wie­szo­ne na ha­kach u boku wózka, zro­bio­ne z dwóch kijów i sta­rej skóry nosze, choć praw­dę po­wie­dziaw­szy, nie mia­łem zie­lo­ne­go po­ję­cia, po co one nam po­trzeb­ne w spo­tka­niu z le­gen­dar­nym nad­czło­wie­kiem, który miał nas zba­wić. Może sta­rzec ze­mdle­je z wra­że­nia i bę­dzie trze­ba go nieść z po­wro­tem?
 
Nie­wie­le rze­czy na tym pa­do­le czer­wo­nych łez wzbu­dza­ło mą cie­ka­wość, ale sama myśl o spo­tka­niu z kimś, kto miał być wspa­nia­łym bo­ha­te­rem, który po­wstrzy­ma upa­dek nie­bo­skło­nu, po­wo­do­wa­ła coś w ro­dza­ju na­pię­cia i spę­dza­ła sen z po­wiek. Dla­te­go, w prze­ci­wień­stwie do sta­re­go pryka, nie zmru­ży­łem nawet oka pod­czas po­dró­ży. Wy­obra­ża­łem sobie nad­cho­dzą­cą kon­fron­ta­cję od mo­men­tu, kiedy to Mistrz otrzy­mał od Kręgu Oca­le­nia za­da­nie zna­le­zie­nia kan­dy­da­ta na na­sze­go zba­wi­cie­la. Spo­dzie­wa­łem się, że ujrzę pro­mie­niu­ją­cą bo­skim świa­tłem kwa­dra­to­wą twarz umię­śnio­ne­go he­ro­sa i już nigdy wię­cej nie po­czu­ję stra­chu. Ach, cóż to za wspa­nia­ła chwi­la zbli­ża­ła się nie­uchron­nie! Me serce za­czę­ło bić moc­niej.
 
Śnieg przy­jem­nie chrzę­ścił pod na­szy­mi bu­ta­mi, gdy zbli­ża­li­śmy się do sta­rej, gni­ją­cej chaty, oto­czo­nej że­la­znym pło­tem.
– To musi być tutaj – stwier­dził dzia­dy­ga, roz­wi­ja­jąc kart­kę pa­pie­ru z roz­ry­so­wa­ny­mi in­struk­cja­mi.
– Co ta­kie­go? – par­sk­ną­łem ze zdzi­wie­niem. – Je­steś pe­wien Mi­strzu­niu?
Sta­rzec w od­po­wie­dzi wbił mi drew­nia­ną laskę pod ło­pat­kę i kiw­nął głową na furt­kę. Wy­pro­sto­wa­łem się mi­mo­wol­nie i rzu­ci­łem Mi­strzo­wi spoj­rze­nie pełne jadu i nie­na­wi­ści. Jesz­cze na­dej­dzie dzień, kiedy za­tłu­kę cię na śmierć tą twoją la­secz­ką, po­my­śla­łem. Skie­ro­wa­łem wzrok na za­rdze­wia­ły łań­cuch spię­ty kłód­ką. Wła­ści­ciel do­mo­stwa naj­wy­raź­niej nie lubił gości i wolał być po­zo­sta­wio­ny w spo­ko­ju. Szarp­ną­łem bramą, ale na nie­wie­le się to zdało.
– Prze­ska­kuj – po­le­cił Mistrz, zanim zdą­ży­łem stwier­dzić, że wej­ście jest za­ba­ry­ka­do­wa­ne. Po­mi­mo nie­chę­ci, prze­rzu­ci­łem nosze na drugą stro­nę i wspią­łem się po me­ta­lo­wych prę­tach. Na szczę­ście ogro­dze­nie było nie­wy­so­kie, więc ma­newr ten nie kosz­to­wał mnie wiele wy­sił­ku. O dziwo, sta­rzec wdra­pał się zaraz za mną, lecz za­miast wy­lą­do­wać zgrab­nie na no­gach, runął w śnieg jak worek ziem­nia­ków. Cóż za wspa­nia­ły widok! Wy­szcze­rzy­łem zęby w uśmie­chu, czer­piąc nie­opi­sa­ną sa­tys­fak­cję z tej sceny. Po chwi­li jed­nak po­mo­głem dzia­dy­dze wstać, nie z li­to­ści, ale z czy­ste­go prag­ma­ty­zmu. Nie­ste­ty, choć trud­no to przy­znać nawet przed samym sobą, bez Mi­strza nie wie­dział­bym co po­cząć dalej.
 
Wrota do cha­łu­py nie zo­sta­ły za­mknię­te. Po wtar­gnię­ciu do sieni za­uwa­ży­łem drzwi pro­wa­dzą­ce głę­biej. Po ich otwar­ciu, w moje noz­drza nie­mal na­tych­miast buch­nął odór rzy­go­win, al­ko­ho­lu i potu. Za­kry­łem usta sza­li­kiem i z de­spe­ra­cją od­wró­ci­łem się w stro­nę Mi­strza, mając na­dzie­ję, że ten wyda roz­kaz do od­wro­tu i jak naj­szyb­ciej opu­ści­my to za­po­mnia­ne przez bo­gi­nię miej­sce. Ku mo­je­mu wiel­kie­mu roz­cza­ro­wa­niu, Mi­strzu­nio nie tylko nie znie­chę­cił się, lecz wręcz prze­ciw­nie, na­brał ani­mu­szu i od­py­cha­jąc mnie, prze­kro­czył próg. Chcąc nie chcąc, po­stą­pi­łem za nim.
Widok, jaki uj­rza­łem w środ­ku, na­peł­niał nie tyle nie­sma­kiem i od­ra­zą, o ile po­gar­dą i nie­na­wi­ścią. Jak ktoś mógł do­pro­wa­dzić wła­sne miesz­ka­nie do ta­kie­go stanu? Ścia­ny oplu­te czar­ną fleg­mą, na pod­ło­dze, na stole, na każ­dej półce i pó­łecz­ce wa­la­ły się puste bu­tel­ki po naj­tań­szych wi­nach. Nie­zli­czo­ne pa­ję­czy­ny i ogrom­ne war­stwy kurzu opla­ta­ły wszyst­kie moż­li­we za­kąt­ki. Po­środ­ku tego cha­osu stało łóżko, dry­fu­ją­ce po oce­anie syfu ni­czym stara łajba, a na nim gło­śno chra­pał pi­ja­ny do nie­przy­tom­no­ści męż­czy­zna. Spo­mię­dzy jego tłu­stych wło­sów wy­ra­sta­ły czy­ra­ki, go­to­we, by pęk­nąć w każ­dej chwi­li, wy­le­wa­jąc z sie­bie stru­mie­nie ropy. Jego czar­na jak smoła broda le­pi­ła się od resz­tek je­dze­nia.
– Chodź­my stąd Mi­strzu – rze­kłem bła­gal­nie, za­po­mi­na­jąc o po­gar­dli­wym zdrob­nie­niu, jakim okre­śla­łem swo­je­go prze­ło­żo­ne­go. – Pew­nie po­my­li­li­śmy domy albo kar­to­graf coś po­pie­przył.
– Za­mknij ryj – wy­szep­tał ła­god­nie sta­rzec, nawet nie zwra­ca­jąc się w moją stro­nę. Wle­pił śle­pia w me­ne­la.
– O co cho­dzi Mistrz… – nie do­koń­czy­łem, gdyż zo­sta­łem zdzie­lo­ny laską w twarz. Mój umysł nie poj­mo­wał, co tu się u licha dzia­ło.
– Tylko głup­cy nie wie­rzą, że nie­ba­wem nie­bo­skłon runie na zie­mię! – za­grzmiał sta­rzec, a chra­pa­nie do­bie­ga­ją­ce z łóżka mo­men­tal­nie usta­ło. Jed­nak le­żą­cy osob­nik nie drgnął nawet o cen­ty­metr, a jego oczy po­zo­sta­ły za­mknię­te. Lump prze­bu­dził się, ale udaje, że dalej śpi, po­my­śla­łem.
– Co za łajza… – rzu­ci­łem, lecz znów ude­rzył mnie sę­ka­ty kij, tym razem dużo moc­niej. Po­cie­ra­jąc zbo­la­ły po­li­czek, ob­ser­wo­wa­łem tę ku­rio­zal­ną sy­tu­ację.
– Nie mam pie­nię­dzy, żeby spła­cić dług pa­no­wie. – Owło­sio­na głowa nagle pod­nio­sła się znad po­dusz­ki. Roz­trzę­sio­na ręka, ni­czym dziki wąż, wy­peł­zła spod koł­dry i chwy­ci­ła jedną z bu­te­lek. – Zo­staw­cie mnie w spo­ko­ju – wy­beł­ko­tał pijak i jed­nym ły­kiem po­chło­nął resz­tę al­ko­ho­lu, po czym opu­ścił łe­pe­ty­nę i znów za­czął gło­śno chra­pać.
– Dług? – Brwi Mi­strza ścią­gnę­ły się w za­my­śle, a ja ode­tchną­łem z ulgą, wi­dząc, że sta­ru­szek w końcu od­zy­sku­je zmy­sły.
– Ucie­kaj­my, zanim prze­siąk­nie­my tym smro­dem.
– Gdzie masz nosze? – Wy­krzyk­nął Mistrz w furii, nie omiesz­ku­jąc przy oka­zji opluć mojej obi­tej gęby. – Za­pie­przaj po nie i to mi­giem! – Za­mach­nął się laską, a ja pierz­chłem czym prę­dzej, aby unik­nąć ko­lej­nych cio­sów.
 
Za­bra­łem nosze spod bramy i roz­wa­ża­łem, czy na­praw­dę ten głupi sta­ruch za­mie­rza dźwi­gać tę­gie­go, na wpół nie­przy­tom­ne­go, szar­pią­ce­go się w de­li­rium mo­czy­mor­dę. Wra­ca­jąc do po­ko­ju, mia­łem jesz­cze na­dzie­ję, że Mistrz zre­zy­gnu­je, gdy trze­ba bę­dzie god­ne­go po­li­to­wa­nia męż­czy­znę prze­no­sić nad ogro­dze­niem, lecz ry­chło po­rzu­ci­łem wiarę, że ta prze­szko­da po­krzy­żu­je nam plany, gdyż zo­ba­czy­łem, jak Mistrz pod­no­si z biur­ka pęk klu­czy. Jeden z nich za­pew­ne otwie­rał kłód­kę, stwier­dzi­łem ze smut­kiem. Nie po­zo­sta­ło więc nic in­ne­go, jak po­słusz­nie wy­ko­nać sza­lo­ny za­mysł obłą­ka­ne­go dzia­da.
 
– Na co nam ten śmieć, Mi­strzu­niu? – po­sta­no­wi­łem za­py­tać, gdy już upo­ra­li­śmy się z wrzu­ce­niem pi­ju­sa na wózek.
– Jaki śmieć? – za­py­tał ze spo­ko­jem sta­rzec, pra­wie nie zwra­ca­jąc na mnie uwagi.
– Jaki śmieć?! – wrza­sną­łem z całej siły, tak gło­śno, że nawet ko­by­ła się wzdry­gnę­ła, lekko bu­ja­jąc wozem – Czyś ty zu­peł­nie po­stra­dał zmy­sły stary de­bi­lu? Ten śmier­dzą­cy pijak, któ­re­go tar­mo­si­li­śmy przez ostat­nie pół go­dzi­ny! – sta­ną­łem przed Mi­strzem i za­ci­sną­łem pię­ści. Sta­ru­szek tylko za­śmiał się grom­ko i znów za­czął mnie igno­ro­wać.
– Wra­ca­my – po­wie­dział po chwi­li ni to do mnie, ni to do sie­bie.
– Mi­strzu­niu, chyba nie su­ge­ru­jesz, że ten czło­wiek jest tym, kogo szu­ka­my? – za­py­ta­łem w końcu, choć bar­dzo bałem się nad­cho­dzą­cej od­po­wie­dzi. Sta­rzec mil­czał. – Jak ktoś tak ża­ło­sny i brud­ny miał­by nam pomóc w walce z krwa­wą hordą? Prze­cież on nawet nie umie spro­stać co­dzien­nym za­da­niom, takim jak choć­by po­ran­ne mycie! Jak on ma sobie po­ra­dzić ze skle­pie­niem upa­da­ją­cym na nasze głowy? Jak on ma nas zba­wić, skoro nie zdo­łał zba­wić sa­me­go sie­bie?
– Eh… – wes­tchnął sta­rzec. – Nie zro­zu­miesz tego.
– A co tutaj ro­zu­mieć? Nikt nie bę­dzie miał za grosz sza­cun­ku dla tego wraka czło­wie­ka. Za­ło­żę się, że nawet jak­bym na niego na­szczał, to nie byłby w sta­nie nic z tym fak­tem po­cząć.
– Wi­dzisz mój drogi chłop­cze – dzia­dy­ga wło­żył fajkę mię­dzy zęby. – Świat już tak jest skon­stru­owa­ny, że tylko prze­moc i brak li­to­ści wzbu­dza­ją re­spekt. Tylko siła i twar­dy cha­rak­ter uła­twia­ją drogę przez życie. Brak skru­pu­łów i brak współ­czu­cia po­zwa­la nam za­sy­piać i wsta­wać każ­de­go dnia.
– Ba­na­ły Mi­strzu­niu, do rze­czy.
– Hmm… – sta­rzec za­cią­gnął się głę­bo­ko faj­ko­wym zie­lem – Wi­dzisz, ten śpią­cy męż­czy­zna ma pe­wien dar, któ­re­go mocy nie je­steś sobie w sta­nie wy­obra­zić. Gdy­byś czuł to, co on, już dawno skoń­czył­byś na strycz­ku. On sam za­pew­ne nie jest tego świa­dom, a nawet uważa ten swój dar za klą­twę, co po­nie­kąd jest praw­dą, jak widać po jego sta­nie. Otóż po­sia­da­jąc ten dar, nie spo­sób być sil­nym i szczę­śli­wym. Wręcz nie można robić nic in­ne­go, jak tylko uża­lać się nad sobą i ocze­ki­wać w cier­pie­niu na śmierć.
– Co to za dar Mi­strzu­niu? – Moja złość po­wo­li za­mie­ni­ła się w cie­ka­wość.
– Ten dar mój chłop­cze… – Mistrz wy­pu­ścił kłąb sza­re­go dymu, który po­le­ciał wy­so­ko aż pod po­prze­ci­na­ne czer­wo­ny­mi bruz­da­mi niebo. – To świa­do­mość. Świa­do­mość na temat praw­dzi­wej na­tu­ry rze­czy­wi­sto­ści.
 



Awatar użytkownika
mijabi
Pisarz domowy
Posty: 196
Rejestracja: pt 13 lut 2009, 19:41
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

zbawca

Postautor: mijabi » pn 13 lut 2017, 19:41

Kobieta ciągnie wóz? haha!!! :D
Dobre to jest, szalenie śmieszne. Podobało mi się ;)
Chociaż koniec mnie rozczarował. Bo nie rozumiem, jak ten stary ze świadomością ma zbawić świat?


..

Awatar użytkownika
PannaLawenda
Pisarz domowy
Posty: 78
Rejestracja: czw 10 lis 2016, 16:37
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

zbawca

Postautor: PannaLawenda » śr 22 lut 2017, 20:27

Historia ciekawa, wciągająca, tyle że raczej jako wstęp, bo ostatnie zdania wypowiedziane przez mistrza w zasadzie nie wyjaśniają po co tyle fatygi przez całe opowiadanie.

Czasami zbyt łopatologicznie podajesz powody decyzji bohatera. Tak jak tu:

marinho pisze:Source of the post Uczy­ni­łem to nie dla­te­go, że je­cha­li­śmy zbyt wolno

marinho pisze:Source of the post Oczy­wi­ście zro­bi­łem to dla czy­stej przy­jem­no­ści


Lepiej to jakoś pokazać, albo inaczej ująć - nie jako "kwestię monologową" bohatera, ale jego odczucia, emocje. Bohater nie musi mówić sobie dlaczego coś zrobił. Bo to tak, jakby kopnąć kamień i powiedzieć sobie w myśli "Kopnąłem ten kamień, bo mi się nudzi"

marinho pisze:Source of the post za­ba­ry­ka­do­wa­ne


te drzwi wcale nie były zabarykadowane. Były zamknięte. Zabarykadowane to tyle co zastawione, zatarasowane.

marinho pisze:Source of the post na­peł­niał nie tyle nie­sma­kiem i od­ra­zą, o ile po­gar­dą i nie­na­wi­ścią.


marinho pisze:Source of the post Lump prze­bu­dził się, ale udaje, że dalej śpi, po­my­śla­łem.


Zbyt dużo określeń, których desygnatem jest znaleziony człowiek, pojawia się w bliskim sąsiedztwie. Czytelnik i tak wie, o kogo chodzi. Więc nie trzeba za każdym razem używać synonimu słowa menel. Wystarczyłoby mężczyzna. Wiadomo, że poza mistrzem i głównym bohaterem nikogo więcej tam nie ma. W tym zdaniu nawet nie trzeba wstawiać podmiotu, bo w poprzednie zdanie także o nim traktuje.

marinho pisze:Source of the post Roz­trzę­sio­na ręka, ni­czym dziki wąż


Dziki wąż raczej nie porusza się w sposób "roztrzęsiony". Albo dziki wąż, albo roztrzęsiona ręka.

marinho pisze:Source of the post Prze­cież on nawet nie umie spro­stać co­dzien­nym za­da­niom, takim jak choć­by po­ran­ne mycie!


To zdanie zabrzmiało nieco sztywno w kontekście stylu wypowiedzi głównego bohatera.

marinho pisze:Source of the post Nikt nie bę­dzie miał za grosz sza­cun­ku dla tego wraka czło­wie­ka


Wystarczy samo "wraka", dalej zbędne.

Zgrzytało mi też określenie oczu mistrza jako gnijących oraz te "wrota" które raczej kojarzą się z wielkim zamczyskiem aniżeli z chałupą.

Opowiadanie podobało mi się. Zaintrygowała mnie zwłaszcza kobyła, która jak mniemam musi być chyba czymś więcej niż stworzeniem przypominającym rozmiarami zwykłą kobietę, aby była w stanie udźwignąć wózek z całym ekwipażem i trójką jegomościów.


Radość pisania.
Możność utrwalania.
Zemsta ręki śmiertelnej.


W. Szymborska

Awatar użytkownika
Lektor
Zarodek pisarza
Posty: 10
Rejestracja: sob 04 mar 2017, 19:02
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

zbawca

Postautor: Lektor » ndz 05 mar 2017, 20:00

Cześć!

Twoje opowiadanie jest kawałkiem bardzo dobrej roboty, czytałem je z zainteresowaniem do samego końca.
Wszystko mieści się w pewnych szablonach (oceniający po pozorach, pyszny uczeń, inteligenty, podstarzały mistrz), jednak dodajesz do tego coś swojego (np. cięty język mentora głównego bohatera), co pozwala mi, jako czytelnikowi, wyobrazić sobie całą scenę, umieścić ją w jakimś kanonie, a zarazem nie jest nudnym stereotypem.

Ostatnie zdanie mistrza jest interesujące. Kończy opowiadanie, a zarazem pozostawia czytającego z polem do przemyśleń i zachęca do ponownego przeczytania tekstu w celu poszukiwania głębszego sensu tej myśli.
Błędy znalazłem- głównie chodzi o brak przecinków. Nie są to jednak poważne pomyłki, zmieniające w jakikolwiek sposób odbiór całości.

Życzę powodzenia! ;)



Awatar użytkownika
Kemot
Zarodek pisarza
Posty: 15
Rejestracja: pt 20 sty 2017, 20:02
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

zbawca

Postautor: Kemot » pn 06 mar 2017, 16:42

Naprawdę dobry tekst.
Kwestie stylistyczne już poruszono, od siebie jeszcze dodam, że trochę zbyt często stosujesz nadmiernie rozbudowane komentarze do dialogów, ale to chyba kwestia gustu. Mnie, wybijało to trochę z rytmu.
Fajnie, jakbyś zrobił z tego jakieś opowiadanie.


"Be a sadist. No matter how sweet and innocent your leading characters, make awful things happen to them in order that the reader may see what they are made of."
Kurt Vonnegut

Awatar użytkownika
RomanRP
Zarodek pisarza
Posty: 10
Rejestracja: ndz 22 sty 2017, 15:14
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

zbawca

Postautor: RomanRP » sob 25 mar 2017, 21:01

Ciekawe, spójne opowiadanie, trzyma w napięciu. Zdarzają się też śmieszne sytuacje, które rozluźniają i powodują na twarzach czytelników lekki uśmiech. Końcówka trochę mnie zawiodła, chociaż może w kolejnym fragmencie dowiemy się dlaczego świadomość ma uratować nieboskłon. Czekam z niecierpliwością na kolejną część. Tekst jest napisany lekko, przejrzyście i z delikatnym humorem.




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 8 gości