Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

Trzy dziurki

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Mr Żubr
Szkolny pisarzyna
Posty: 28
Rejestracja: pn 25 mar 2013, 20:17
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: znikąd
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Trzy dziurki

Postautor: Mr Żubr » ndz 04 cze 2017, 11:34

Tekst zawiera wulgaryzmy.

Stefan nastawiał budzik bardziej już z przyzwyczajenia, niż rzeczywistej potrzeby; budził się bowiem sam z siebie od wielu, wielu lat. Każdego dnia podnosił głowę z poduszki punktualnie o tej samej porze - dokładnie w chwili, gdy rozbrzmiewać zaczynał piskliwy dźwięk alarmu. Po wyłączeniu budzika podnosił się z łóżka, z ciężkim - zawsze identycznym - westchnięciem, zostawiając za sobą chrapiącą w pościeli małżonkę. Dreptał najpierw do łazienki, gdzie wysikiwał się i mył zęby, pachy oraz uszy. W od lat w niezmiennej kolejności. Sam jadał śniadania i sam robił sobie kanapki do pracy. Wychodził tak samo jak się budził - o stałej godzinie. O tej porze roku narzucał na siebie przed wyjściem kurtkę i dziwną czapkę - taką, jaką zwykli nosić jedynie panowie w jego wieku, podobnie do niego wyglądający, o podobnym statusie społecznym, wykonujący podobną pracę.
Pociągi kolei podmiejskiej były raczej punktualne, toteż Stefan zawsze czekał na stacji dziewięć minut. Tego dnia pociąg spóźnił się w stosunku do rozkładu jazdy nieco mniej niż zwykle. Tylko dwie i pół minuty, zamiast - jak zwykle - czterech. Stefan pokiwał głową z uznaniem, spoglądając to na zegarek, to na sunącą po torach maszynę. Gdy się zatrzymała, wsiadł do trzeciego wagonu, zajmując swoje miejsce przy oknie. Lubił przed pracą spoglądać na podmiejski, szaro-zielony krajobraz, przewijający się za szybą i nie myślał wtedy absolutnie o niczym. Ani o żonie, która nadal smacznie śpi, ani o dzieciakach, które pewnie zaraz zaczną się budzić, ani też o pracy, którą miał przed sobą. Tymczasem zamglone łąki poprzecinane tu i ówdzie budynkami pojedynczych gospodarstw zmieniały się za oknem powoli w coraz bardziej regularne osiedla. Mijane budowle stawały się coraz większe, coraz wyższe i skupiające się w coraz bardziej zorganizowane podwórka i osiedla. Trawy i lasy ustępowały miejsca przemysłowej części miasta. Pociąg dojeżdżał do stacji o przewidzianej przez Stefana godzinie. Gdy się zatrzymał, Stefan wstał i wraz z innymi pracownikami fabryk podążył do wyjścia. Niewielki tłum wylał się na peron jak jedna całość, która po chwili zaczęła się stopniowo rozpadać na pomniejsze grupki. Każda z nich co chwila zbaczała z trasy, kierując się w stronę swojej fabryki. Tłum przerzedzał się. W końcu została tylko ostatnia grupka ludzi, podążająca do najdalszej z fabryk. Była ona też najmniejsza ze wszystkich - liczyła zaledwie trzech mężczyzn. Dwóch szło z przodu, rozmawiając między sobą. Trzeci - Stefan - wlókł się kilka metrów za nimi.

Stefan punktualnie odbił kartę przy wejściu do szatni. Przebrał się w niebieski strój roboczy i poszedł w stronę linii produkcyjnej, zajmując swoje stałe miejsce w fabryce doniczek. Stanął z prawej strony taśmy i podłączył dziurkownicę do prądu. Do uruchomienia linii pozostawało jeszcze co prawda siedem minut, ale dziurkownica wymagała dokładnie tyle czasu, żeby rozgrzać się do optymalnej temperatury. O pełnej godzinie w całej hali rozległ się dzwonek, po którym słychać było charakterystyczny, głośny szczęk ruszającej taśmy produkcyjnej. Stefan był gotowy, dziurkownica również paliła się do pracy. Widział jak taśma przed jego oczami przesuwa się, jeszcze pusta. Spojrzał w stronę zastygarki - z jej trzewi zaczęły wydostawać się doniczki ustawione denkami do góry. Sunęły taśmociągiem, jak wagony porannej kolejki, zbliżając się do Stefana jedna po drugiej. Kiedy już dojeżdżały, każda zatrzymywała się tuż przed nim na ułamek sekundy. W sam raz, żeby trzema wprawnymi ruchami wybić w nich trzy równe otwory przy pomocy rozgrzanej do czerwoności dziurkownicy. Nigdy nie liczył, ile jest doniczek. Wielu operatorów dziurkarki próbowało to robić, ale to nie był dobry sposób na przetrwanie w tym zawodzie. W branży krążyły legendy o takich, co wpadali w paranoję liczenia i prowadzenia wielorakich statystyk, aż w końcu wariowali. Inni dochodzili do tak wielkich ilości przebitych doniczek, że zaczynało ich to przytłaczać. Docierało do nich, ile czasu spędzili przy taśmie produkcyjnej, wykonując ciągle te same trzy ruchy oraz jak mogli lepiej ten czas spożytkować. Ile mogli napisać romantycznych wierszy, przebiec kilometrów w maratonach albo zarobić, handlując parówkami. Najczęściej po jakimś czasie znikali bez śladu. Stefan po prostu mechanicznie robił swoje. Żeby nie zaprzątać sobie głowy liczbami, próbował przewidzieć scenariusz późnopopołudniowej rozmowy z żoną, którą odbędą, gdy wróci już z pracy.

— Hej, Kochanie! Wróciłem. Nie uwierzysz, co się dzisiaj stało!
— Siadaj Skarbie, obiad gotowy jak zwykle punktualnie. Co takiego? Awansowali cię?
— Poranny pociąg kolei podmiejskiej spóźnił się tylko dwie i pół minuty! Uwierzysz?
— Och.
— Ale to nie wszystko! Siedzenia były dziś wyjątkowo wygodne!
— Och.

Wielokrotnie przeprowadzał w myślach ten dialog, kreśląc sobie różne jego scenariusze i zastanawiając się, który z nich okaże się najbliższy prawdzie. Od wymyślania wciąż na nowo tej samej rozmowy z przyszłości oderwał go dzwonek. Taśmociąg zwalniał, nie zbliżała się do Stefana już ani jedna doniczka wywrócona do góry denkiem. Przerwę Stefan spędził samotnie. Siedząc na schodach zjadł kanapkę z mielonką, zapijając ją kubkiem nieźle smakującej kawy z automatu. Kiedy wrócił do pracy, miał już nowy sposób na odwrócenie myśli od liczenia doniczek. Nadal myślał o żonie, ale tym razem była to żona jego sąsiada, pana Wacka. Nie pierwszy raz Stefan zastanawiał się, co taka młoda osoba robi z takim starym pierdzielem oraz co taki stateczny mężczyzna robi z taką gówniarą. Z jednej strony pewnie trzyma ją w domu, bo młodsza, bo szczuplejsza. Z drugiej - co z tego, skoro przecież nie jest tak doświadczona w tych sprawach, jak starsze od niej? Ot, na przykład stefanowa żona. Chociaż najchętniej to Stefan sprawdziłbym sam dla porównania i pełnego obrazu sytuacji. Przy okazji pewnie zrobiłby to lepiej, niż sąsiad. Zwłaszcza, że ona jest z nim tylko po to, żeby pokazać się czasem w jego aucie, żeby pokorzystać z życia za jego pieniądze. Z puszczalskimi już tak jest. Tylko czeka aż biedny pan Wacek zejdzie z tego świata. Stefan to w sumie by nawet nie spojrzał na taką. Choćby sama przyszła na czworaka, choćby błagała na kolanach, ocierając się o jego piszczele jak kotka w rui, to on by jej nie chciał nigdy, przenigdy w życiu. Jeszcze by dostała z papcia na odchodne, że się nie szanuje.

Stefan bardzo mocno myślał o tym, że w życiu nie tknąłby żony sąsiada i czego by z nią nie zrobił. Było to na tyle zajmujące dla jego umysłu, że kiedy usłuszał dziwne, mechaniczne szczęknięcie, poczuł się jak wybudzony z transu. Stało się bowiem coś, czego się nie spodziewał i czego nie widział nigdy przez wszystkie lata ciężkiej pracy na dziurkownicy w fabryce doniczek. Przyczyna tego wydarzenia nigdy nie została wyjaśniona do końca, choć hipotez było mnóstwo. Może między tryby maszyny dostał się kiep papierosa palonego przez kogoś na jednym z tarasów górnego poziomu hali? Może dostał się tam jakiś przypadkowy paproch, niesiony wiatrem z systemu chłodzenia spalarnika? Może ktoś zapomniał nasmarować tłoki rozruchowe? Nie dowiemy się tego już nigdy. Najważniejsze jest to, że po raz pierwszy od trzydziestu ośmiu lat, trzech miesięcy i czterech dni linia produkcyjna zacięła się na ułamek sekundy.

Przez cały ten szok i zaskoczenie Stefan zareagował w sposób nieprzewidywalny dla nikogo, z samym sobą na czele. Otóż, kiedy jedna z doniczek zatrzymała się przed jego nosem na odrobinę dłużej niż zwykle, przypadkowym ruchem zrobił w niej czwartą dziurkę. Cztery dziurki zamiast trzech.

Cztery. Zamiast. Trzech.

Jego oczy stanęły w słup; czegoś takiego Stefan nie widział. Ba, pewnie nie widział tego wcześniej świat. To się nie zdarzało bo i zdarzyć się nie miało prawa. Poczuł jak grunt osuwa mu się spod nóg, a cały świat zaczyna drżeć w posadach. Jego kolana momentalnie zmiękły, krople potu wystąpiły mu na czoło, a ręce po raz pierwszy w życiu zaczęły drżeć. Wszystko to zdarzyło się jednocześnie, w mgnieniu oka. Stefan wzdrygnął się na myśl o tym, czego się właśnie dopuścił. W spazmie uzasadnionego obrzydzenia - do swojego czynu i do samego siebie - zrobił krok do tyłu, potknął się o własną nogę i wywrócił na plecy jak długi. Wypuścił z rąk rozgrzaną do czerwoności dziurkarę, wyrzucając ją lekko w górę. Spadając, dziurkarka wbiła się Stefanowi w twarz i zabiła go na miejscu.

***

Na dyrektora Rychlejkę nie było chuja na całym zakładzie. Dyrektorowi Rychlejce można było naskoczyć. Było tak między innymi dlatego, że wszystko miał na monitorach. Wszystko. Był w stanie obserwować ruch każdej zębatki, kroki każdego pracownika i drogę każdej doniczki w fabryce. I to siedząc sobie jak panisko w wygodnym, dyrektorskim, prestiżowym fotelu, do tego z nogami wywalonymi na pulpit. Nie dość, że widział obraz ze wszystkich kamer, to jeszcze na wielu ekranach przed jego oczami wyświetlały się tabelki, wykresy i grafy, dzięki czemu nie tylko widział całą fabrykę, ale wręcz ją czuł. Jego analityczny umysł rejestrował i przetwarzał dane, których zwykły śmiertelnik nie mógłby nawet dostrzec. "Fabryka doniczek to ja" zwykł myśleć, a nawet mawiać o sobie dyrektor Rychlejko. Przez to poczucie nie dopuszczał do siebie faktu, że nawet on nie jest w stanie objąć wzrokiem wszystkich monitorów jednocześnie. Siedział właśnie paląc cygaro i trzymając nogi wyciągnięte przed siebie, kiedy zatrzymał wzrok na jednej z wyświetlanych tabelek. Nie wiedział jeszcze co, ale ewidentnie coś się nie zgadzało. Wpatrywał się w przelatujący szybko z góry na dół ciąg zielonych cyfr, ale jeszcze nie dostrzegał w nim przyczyny zgrzytu. Jego wzrok zaczął biegać od tabeli do diagramu, od wskaźnika do podglądu monitoringu. Nagle dostrzegł go. Siedział tam, jak rzep uczepiony psiego ogona. Błąd w jednej z tabel, kryjący sią jak zakamuflowany snajper na polu bitwy. Wzrok dyrektora Rychlejki wpatrywał się w ten jeden, jedyny punkt na ekranie. Jego zęby zacisnęły się, brwi zmarszczyły, a na czole pojawiło się kilka kropel potu, które gdy tylko zrozumiały nastrój dyrektora, wróciły przestraszone do środka.
— Dajta mnie tu starszego brygadzistę! — ryknął w interkom dyrektor Rychejko.

Nadal wpatrywał się w jeden punkt na ekranie, kiedy usłyszał za sobą otwierające się drzwi gabinetu, kilka nieśmiałych kroków i głos, próbujący nieudolnie udawać pewność siebie:
— Starszy brygadzista Podłoga Sławomir melduje się na wezwanie!
To była jedynie chwila bezruchu i milczenia w wykonaniu obu, ale dla starszego brygadzisty Sławomira Podłogi trwała ona wieczność. Nie można było, co prawda, usłyszeć lecącej muchy, bo nie pozwalała na to pora roku, ale kropla potu spływająca po skroni brygadzisty była jak najbardziej słyszalna dla dyrektora Rychlejki. Wreszcie obrócił się powoli, ze zgrzytem na swoim krześle i popatrzył podwładnemu w oczy.
— Sławomirze. Czy widzicie ekrany za moimi plecami? — wycedził przez zęby dyrektor.
— Ano.
— No i?
— O, tam. W sektorze C, hala numer trzysta dwajścia, dział dziurkarski, taśma numer osiemnaście. Nie dziurkuje się — zauważył szybko brygadzista.
— No właśnie, nie dziurkuje się. Kto jest tam przypisany? Kto tam dziurkuje?! Pytam się!
— A to ja nie wiem, panie derektorze kochany, to by trzeba spytać młodszego brygadzistę z sektora C, hala numer trzysta dwajścia.
— Dawać mnie go tutaj!!! — ryknął dyrektor, a zanim echo jego słów zdążyło wybrzmieć, brygadzista Podłoga był już w dawno w drodze. Minęły dwie godziny zanim wrócił. Zastał dyrektora Rychlejkę nalewającego sobie whisky do szklanki. Nie wiedział, która to porcja, ale zwrócił uwagę na fakt, że w butelce była już sama końcówka.
— Starszy brygadzista, Podło…
— Gdzie on jest? — syknął dyrektor — Gdzie jest młodszy brygadzista z sektora C, hala numer trzysta dwajścia?
— Widzicie, panie derektorze — wydukał Sławomir, mietosząc w dłoniach czapeczkę starszego brygadzisty — nie ma go.
Starszy brygadzista Sławomir oglądał kiedyś program w telewizji satelitarnej o tym, jak się komunikować z ludźmi. Mówiono tam, jak ważny jest kontakt wzrokowy z rozmówcą, któremu należy bezustannie patrzeć w oczy. Jeśli jesteśmy na to za mało odważni, należy skupić uwagę na jego czole, gdzieś powyżej punktu położonego centralnie między oczami. To właśnie robił brygadzista, tym bardziej, że tym razem krople poyu dyrektora Rychlejki były już odważniejsze i prowokująco świeciły na jego czole, próbując skupiać na sobie uwagę Podłogi.
— Widzę, że nie ma. A gdzie JEST? - fuknął Rychlejko.
— No… nigdzie go nie ma, no bo on ten. Jak to. Tego. Umer. Umer i nie żyje, panie derektorze.
— Nie żyje?
— No dwa lata już będzie, jak zszedł na tamten świat, się okazuje. Przygniótł go tłok prasy hydraulicznej.
Dyrektor Rychlejko wziął głęboki wdech i dopił whisky duszkiem. Wstał w milczeniu i zaczął powoli krążyć za biurkiem, skubiąc przy tym wargę. Brygadzista wodził za nim wzrokiem w wyczekującym milczeniu. Tymczasem dyrektor powoli, szczegół po szczególe przypominał sobie tamten dzień sprzed około dwóch lat, kiedy to po raz pierwszy i ostatni w życiu zdrzemnął się w swoim gabinecie. Na nie więcej niż trzy minuty. Tak, młodszy brygadzista z sektora C, hala numer trzysta dwajścia, dział dziurkarski, taśma numer osiemnaście, Dylewski Zdzisław musiał stracić życie właśnie wtedy.
— Brygadzisto Podłoga, idziemy z inspekcją — powiedział twardo, stając w miejscu dyrektor Rychlejko.

— O, tam jest! — niemal wykrzyknął Podłoga dumny z tego, że to on pierwszy zauważył niedziałającą taśmę numer osiemnaście w hali fabrycznej numer trzysta dwajścia sektora C. Idąc w stronę taśmy mijali pracowników hali fabrycznej stojących przy swoich stanowiskach. Wszyscy w strojach roboczych, niektórzy w ochronnych okularach, inni w słuchawkach, strzegących ich przed hałasem pracujących maszyn. Każdy z nich tak zajęty pracą przy swojej maszynie, że żaden nawet nie zauważył mijających ich dyrektora i starszego brygadzisty. Ci, po długim marszu przez ogromne pomieszczenie, w końcu dotarli do ostatniego działającego stanowiska pracy. Dalej był już tylko nieruchomy osiemnasty taśmociąg, kłujący dyrektora w jego małe, wściekłe oczy. Podeszli do ostatniego pracownika. Był nim niski, krępy i schowany za odzieżą ochronną mężczyzna. Wyposażony w pistolet do malowania dbał o to, by każda z doniczek, które co chwila zatrzymują się przed nim na dłuższy moment odjeżdżała od niego dokładnie pomalowana na trudny do określania kolor - gdzieś pomiędzy czerwonawą barwą cegły i jasnym brązem biegunki. Pistolet ów był zwieńczeniem węża, który zaczynał się gdzieś hen, poza zasięgiem wzroku, podpięty do ukrytej w ciemności maszyny, huczącej, jak cała reszta maszyn.
— Zatrzymać taśmę numer siedemnaście — zarządził do krótkofalówki brygadzista Sławomir. Taśma stanęła, a ogromna komora, z której dobiegał największy huk w okolicy zaczęła zwalniać i pracować coraz ciszej. Ta niespodziewana sytuacja wybiła z transu malującego doniczki robotnika, który podskoczył lekko w szoku, wypuścił pistolet z rąk i pewnie zachlapałby sraczkowatą farbą wszystko dookoła, gdyby nie fakt, że wraz z zatrzymaniem taśmociągu odcięty został dopływ barwnika do jego pistoletu. Inspekcję dyrektora Rychlejki zauważył dopiero, gdy przełożony położył mu dłoń na ramieniu.
— Chryste Panie przenajświętszy — powiedział robotnik.
— To tylko ja, spokojnie — powiedział powoli, spod byka, dyrektor Rychlejko.
— Całe szczęście, całe szczęście. Ale to już drugi raz dziś, jak coś mi przerywa pracę, to i się wystraszyłem lekko. Najpierw to — skinął na taśmociąg numer osiemnaście — a teraz pan przychodzi. W czym mogę pomóc, dyrektorze?
— Jak zginął?
— Ten obok?
— No a kto? Papież?
— Ja to nie wiem, proszę pana dyrektora. Bóg mi świadkiem, że od pracy oderwali mnie dopiero sanitariusze, jak przyszli.
— To kto ich wezwał? Nieboszczyk?!
— Ja nie wiem, naprawdę.
— Pamiętacie jego nazwisko?
— A skąd.
— Jak wyglądał?
— Pamiętam tylko, że mało z kim gadał. A tak to ten. Wąsaty był chyba. Znaczy brodę miał taką… Siwą. Łysy był i wysoki. Chudy, ogolony dokładnie, krępy blondyn. No rudawy lekko, szpakowaty, z kilkudniowym zarostem. No jakiś taki… A bo ja wiem?

***

Tycjan i Barnaba to były przesłodkie dzieciaki. Piękniejszych bliźniaków świat nie widział. Ładniejsi od rówieśników kilkuletni chłopcy, byli też najmądrzejsi i najbystrzejsi z całej klasy. Z wuefu mieli najlepsze oceny. Z innymi przedmiotami szkolnymi było co prawda nieco gorzej, ale to wina nauczycielek, które za nimi nie przepadały, bo pewnie zazdrościły im tego anielskiego błękitu oczu i oszałamiających blond czupryn. Ważne, że matka miała o nich dobre zdanie. Z racji, że chłopcy byli naprawdę wyjątkowi, mogli grać na konsoli kiedy tylko chcieli i w co tylko chcieli. Tycjan włożył do czytnika płytę z grą "Mortal Kombat". Z językami na wierzchu chłopcy wybrali postacie i rozpoczęła się rozgrywka.
— Patrz jak cię dojeżdżam! Patrz! Patrz!
— Weeeeeź spierdalaj! Zoba!
— O, wywinął się jebany! Co odjebał!
— Aaaaa, ty kurwo! Widziałeś?
— Czekaj... Czekaj... Aaaaa, patrz, chuja!
— Jebany, skąd znasz takie combo?
— A znam se.
— Ta, na panikę ciskasz.
— Patrz, jak po piździe dostajesz! Fatality, kurwa, cwelu w dupę jebany!
— Kurwa mać!
Matka przerwała robienie obiadu. Kiedy weszła do dużego pokoju, chłopcy wybierali wojowników przed kolejnym starciem.
— Ja Sub-Zero! Ja gram Sub-Zero!
— Chłopcy — powiedziała stojąc w wejściu, ale nie zareagowali.
— Nie, ja Sub-Zero teraz!
— Chłopcy — Powtórzyła matka.
— No dobra, to ja Scorpion.
— Tycjan! Barnaba! — powiedziała, głośniej, a gdy się w końcu odwrócili, dodała: — Ojciec nie żyje.
Bracia patrzyli na nią przez dobrych kilkanaście sekund.
— Albo ja Liu Kang — powiedział Barnaba odwracając się w stronę telewizora.

***

— Czy ja te doniczki sam produkuję, proszę pani? — powiedział zniecierpliwiony sprzedawca. Niecierpliwił się, bo pani Krużgalska z synami już od dobrego kwadransa nie chciała wyjść ze sklepu.
— Ja tam nie wiem, panie ekspediencie kochany, ale proszę mi powiedzieć, jak ja na pogrzeb męża mam zanieść chryzantemy do kościoła w takich doniczkach, co mają cztery, a nie trzy dziurki? — pani Krużgalska nie zwracała uwagi na Tycjana i Barnabę szarpiących się gdzieś pomiędzy wieńcami pogrzebowymi, a bukietami.
— Takie dostaliśmy z hurtowni, kochana pani — sprzedawca ostatkiem sił zachowywał względny spokój.
— O nie! Tak być, to nie będzie — Pani Krużgalskiej zachowanie spokoju szło trochę gorzej. — Chłopcy, wychodzimy! Nie będę sobie wstydu na pogrzebie męża przynosić niedorobionymi doniczkami! Toż to dziwadła jakieś, nie doniczki! Jak ja mam takie gówno postawić przy trumnie własnego kochanego męża, który był szanowanym tym. No. Pracownikiem tego. No tej. Jak to się nazywa? No?



Awatar użytkownika
szopen
Pisarz pokoleń
Posty: 1114
Rejestracja: śr 25 kwie 2012, 13:10
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Trzy dziurki

Postautor: szopen » ndz 04 cze 2017, 16:43

Hej,

Ogólnie nie jest złe, widać potencjał. Brakuje mi jednak spójności - do końca nie jestem pewien, czy Stefan to Krużgalski, czy Krużgalski to młodszy brygadzista, którego przygniotła prasa hydrauliczna i o co w tym chodzi. Czy zamiar był taki, że Dwa lta temu padł jeden, a śmierć Stefana tez odkryją dopiero za dwa lata?

Strasznie tez długo wałkujesz, że Stefan robi codziennie to samo, że rutyna i sztampa. W sumie to potrzebne, bo dzięki temu nieco uwiarygodnia się śmierć z powodu przerwania rutyny, ale mało brakowało, bym do tej spektakularnej i nieco groteskowej śmierci nie dotarł.

Drobne uwagi:
Mr Żubr pisze:Source of the post Lubił przed pracą spoglądać na podmiejski, szaro-zielony krajobraz, przewijający się za szybą i nie myślał wtedy absolutnie o niczym

jeżeli "i" to bardziej pasuje "lubił spoglądać i nie myśleć" niż "lubił spoglądać i nie myślał"

Mr Żubr pisze:Source of the post Była ona też najmniejsza ze wszystkich - liczyła zaledwie trzech mężczyz

Strasznie to nużące to wymienianie, że grupa była najmniejsza, i składała się z trzech osób, a w sumie to grupa dwóch osób i trzeciej idącej z tyłu.

Mr Żubr pisze:Source of the post najchętniej to Stefan sprawdziłbym sam dla porównania i pełnego obrazu sytuacji

Mr Żubr pisze:Source of the post Stefan to w sumie by nawet nie spojrzał na taką.

W porządku, sam się przekonuje, że by nie spojrzał nawet, chociaż by chętnie spojrzał, ale jednak to pierwsze zdanie IMO niepotrzebne. Dalej wystarczająco jest napisane, jak bardzo nie myślał o tym, czego by nie zrobił.

Mr Żubr pisze:Source of the post Jego oczy stanęły w słup; czegoś takiego Stefan nie widział.

Nie pasuje mi to zdanie wybitnie.

Mr Żubr pisze:Source of the post Nagle dostrzegł go. Siedział tam, jak rzep uczepiony psiego ogona. Błąd

Rzep nie siedzi. Samo rozdzielenie "go" od "błąd" trochę mnie wybiło z rytmu czytania.

Mr Żubr pisze:Source of the post Jego zęby zacisnęły się, brwi zmarszczyły, a na czole pojawiło się kilka kropel potu, które gdy tylko zrozumiały nastrój dyrektora, wróciły przestraszone do środka.

Nie podoba mi się. Inteligentny pot, który potem wsiąka. Groteska.

Mr Żubr pisze:Source of the post — Dajta mnie tu starszego brygadzistę! — ryknął w interkom dyrektor Rychejko.

Po co cały czas powtarzać "dyrektor Rychejko"? "Ryknął w interkom" samo by tutaj MBSZ wystarczyło.

Mr Żubr pisze:Source of the post głos, próbujący nieudolnie udawać pewność siebie:

Ktoś może próbować udawać pewność siebie, ale głos nie może próbować udawać. Nawiasem mówiąc, "próbować udawać" to chyba też przesada.

Mr Żubr pisze:Source of the post Nie wiedział, która to porcja, ale zwrócił uwagę na fakt, że w butelce była już sama końcówka.

"Na fakt" zbędne. Samo to zdanie niezbyt mi pasuje do rozmowy brygadzisty i dyrektora, którzy specjalnie lotni nie są.

Mr Żubr pisze:Source of the post — To tylko ja, spokojnie — powiedział powoli, spod byka, dyrektor Rychlejko.

Pierwsze słyszę, by można było mówić spod byka.

Ogólnie moim zdaniem miniaturka spoko, ale nadaje się jeszcze w sporu miejscach do szlifu - ale tutaj pomóc może już profesjonalista, a nie taki amator jak ja.



Awatar użytkownika
Grandel
Umysł pisarza
Posty: 769
Rejestracja: sob 04 mar 2017, 19:26
OSTRZEŻENIA: 3
Lokalizacja: z nienacka
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Trzy dziurki

Postautor: Grandel » ndz 04 cze 2017, 17:56

Hej, ogólnie mnie się nie podoba. Zwłaszcza "chrapiąca w pościeli małżonka" przegadane.


Nie ma rzeczy bar­dziej niewiary­god­nej od rzeczywistości.

Awatar użytkownika
zsv23
Pisarz domowy
Posty: 60
Rejestracja: pt 05 maja 2017, 17:29
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: P do N kreska
Płeć: Mężczyzna

Trzy dziurki

Postautor: zsv23 » ndz 04 cze 2017, 19:39

Mr Żubr pisze:Source of the post — Patrz jak cię dojeżdżam! Patrz! Patrz!
— Weeeeeź spierdalaj! Zoba!
— O, wywinął się jebany! Co odjebał!
— Aaaaa, ty kurwo! Widziałeś?
— Czekaj... Czekaj... Aaaaa, patrz, chuja!
— Jebany, skąd znasz takie combo?
— A znam se.
— Ta, na panikę ciskasz.
— Patrz, jak po piździe dostajesz! Fatality, kurwa, cwelu w dupę jebany!
— Kurwa mać!

Śmiechłem, dokładnie tak to wygląda :wink:

Mr Żubr pisze:Source of the post — Tycjan! Barnaba! — powiedziała, głośniej, a gdy się w końcu odwrócili, dodała: — Ojciec nie żyje.
Bracia patrzyli na nią przez dobrych kilkanaście sekund.
— Albo ja Liu Kang — powiedział Barnaba odwracając się w stronę telewizora.

A tutaj natomiast przeginka, obojętnie jak zeps00te są niby te dzieciaki, na pewno takie coś by nie padło. No way.

Mr Żubr pisze:Source of the post Stefan wzdrygnął się na myśl o tym, czego się właśnie dopuścił. W spazmie uzasadnionego obrzydzenia - do swojego czynu i do samego siebie - zrobił krok do tyłu, potknął się o własną nogę i wywrócił na plecy jak długi.

Ale co jest tak strasznego, że popełni błąd? To w całej swojej karierze dziurkowca dziurkacza nigdy mu się to nie zdarzyło? Statystyka jest bezlitosna, coś takiego musiał już wcześniej zrobić.

Podobnie jak szopen, nie zrozumiałem, kto tam umarł pod tym tłokiem. Najpierw wygląda na to, że nasz bohater, potem okazuje się, że chodzi o kogoś innego, kto zmarł dwa lata temu? Jeśli to miała być metafora tego, jak niewiele znaczą ludzkie trybiki w fabryce, że przez dwa lata dyrektor się nie zorientował itp., to jednak wyjątkowo zagmatwana.

Ogólnie - dialogi niezłe, całość taka sobie.

PS. Tytuł wywołał u mnie niekoniecznie warte przytoczenia skojarzenia.


An artist can't tell you what the hell they're up to. They don't know. They can maybe guess. What they're actually doing when they're producing a piece of art is figuring out what they're up to. And that's when you know they're actually artists. They're moving beyond themselves.
Jordan Peterson

Baśka
Zarodek pisarza
Posty: 17
Rejestracja: ndz 07 maja 2017, 18:29
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Trzy dziurki

Postautor: Baśka » ndz 04 cze 2017, 20:37

Bardzo dobre opowiadanie. Bardzo.
Już po trzech zdaniach pognałam do kuchni w celu przygotowania przekąski, bo lubię jeść, gdy czytam coś interesującego.
Minus: puenta przesłowiona, ale ino ciut ciut.


A jeśli szopeny i inne nie rozumieją, to niech pięć, albo i nawet dziesięć razy przeczytają.

Proszę darować sobie przytyki do innych komentujących. Każdy ma prawo do własnego odbioru tekstów. WR



Awatar użytkownika
kamienna
Pisarz domowy
Posty: 93
Rejestracja: wt 14 lut 2017, 08:22
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Trzy dziurki

Postautor: kamienna » pn 05 cze 2017, 08:53

A ja zrozumiałam tak: ten przygnieciony dwa lata temu przez prasę hudrauliczną to Dylewski Zdzisław. Ten, który jechał pociągiem i zginął od uderzenia dziurkarką, nazywa się Krużgalski Stefan. :wink:
Moim zdaniem to dobre, ciekawe, oryginalne opowiadanie, choć wymagające poprawek. Wypiszę Ci kilka przykładów zdań, które mi zazgrzytały.
Mr Żubr pisze:Source of the post Pociągi kolei podmiejskiej były raczej punktualne, toteż Stefan zawsze czekał na stacji dziewięć minut. Tego dnia pociąg spóźnił się w stosunku do rozkładu jazdy nieco mniej niż zwykle. Tylko dwie i pół minuty, zamiast - jak zwykle - czterech.

Według mnie to nielogiczne, bo w pierwszym zdaniu piszesz, że pociągi były niemal zawsze punktualne, a w kolejnych – że jednak nie, bo zwykle spóźniały się o cztery minuty.
Mr Żubr pisze:Source of the post W końcu została tylko ostatnia grupka ludzi, podążająca do najdalszej z fabryk. Była ona też najmniejsza ze wszystkich - liczyła zaledwie trzech mężczyzn.

Kto liczył trzech mężczyzn? Fabryka? Domyślam się, że chodzi o grupkę ludzi, ale ze zdania tak nie wynika.
Mr Żubr pisze:Source of the post Nadal myślał o żonie, ale tym razem była to żona jego sąsiada, pana Wacka.

Nieee. Tak nie może być, bo w pierwszej części zdania informujesz, że myślał o własnej żonie, w drugiej – że jednak o żonie sąsiada.
Mr Żubr pisze:Source of the post Jego zęby zacisnęły się, brwi zmarszczyły, a na czole pojawiło się kilka kropel potu, które gdy tylko zrozumiały nastrój dyrektora, wróciły przestraszone do środka.

Nieee. Tym zdaniem fajny, poważny tekst zmieniłeś w infantylną bzdurę. Szczerze radzę usunąć passus o kroplach rozumiejących nastrój dyrektora.
Mr Żubr pisze:Source of the post kropla potu spływająca po skroni brygadzisty była jak najbardziej słyszalna dla dyrektora Rychlejki.

A dlaczego ta kropla potu nie wraca przestraszona do środka? :P
Mr Żubr pisze:Source of the post Może ktoś zapomniał nasmarować tłoki rozruchowe? Nie dowiemy się tego już nigdy.

Do tej pory miałeś trzecioosobowego narratora, teraz, na moment, wprowadzasz innego. Po co? Lepiej, by przez całe opowiadanie był trzecioosobowy.
Mr Żubr pisze:Source of the post Wzrok dyrektora Rychlejki wpatrywał się w ten jeden, jedyny punkt na ekranie.

Wzrok nie może się wpatrywać. Poza tym za często powtarzasz wyraz wzrok. To razi.
Mr Żubr pisze:Source of the post Otóż, kiedy jedna z doniczek zatrzymała się przed jego nosem na odrobinę dłużej niż zwykle, przypadkowym ruchem zrobił w niej czwartą dziurkę. Cztery dziurki zamiast trzech.

Cztery. Zamiast. Trzech.

W tym miejscu zabieg poszatkowania zdania bardzo dobrze się sprawdził. Robi wrażenie. Uważam, że to najlepszy fragment opowiadania.



Awatar użytkownika
kamienna
Pisarz domowy
Posty: 93
Rejestracja: wt 14 lut 2017, 08:22
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Trzy dziurki

Postautor: kamienna » pn 05 cze 2017, 08:53

A ja zrozumiałam tak: ten przygnieciony dwa lata temu przez prasę hudrauliczną to Dylewski Zdzisław. Ten, który jechał pociągiem i zginął od uderzenia dziurkarką, nazywa się Krużgalski Stefan. :wink:
Moim zdaniem to dobre, ciekawe, oryginalne opowiadanie, choć wymagające poprawek. Wypiszę Ci kilka przykładów zdań, które mi zazgrzytały.
Mr Żubr pisze:Source of the post Pociągi kolei podmiejskiej były raczej punktualne, toteż Stefan zawsze czekał na stacji dziewięć minut. Tego dnia pociąg spóźnił się w stosunku do rozkładu jazdy nieco mniej niż zwykle. Tylko dwie i pół minuty, zamiast - jak zwykle - czterech.

Według mnie to nielogiczne, bo w pierwszym zdaniu piszesz, że pociągi były niemal zawsze punktualne, a w kolejnych – że jednak nie, bo zwykle spóźniały się o cztery minuty.
Mr Żubr pisze:Source of the post W końcu została tylko ostatnia grupka ludzi, podążająca do najdalszej z fabryk. Była ona też najmniejsza ze wszystkich - liczyła zaledwie trzech mężczyzn.

Kto liczył trzech mężczyzn? Fabryka? Domyślam się, że chodzi o grupkę ludzi, ale ze zdania tak nie wynika.
Mr Żubr pisze:Source of the post Nadal myślał o żonie, ale tym razem była to żona jego sąsiada, pana Wacka.

Nieee. Tak nie może być, bo w pierwszej części zdania informujesz, że myślał o własnej żonie, w drugiej – że jednak o żonie sąsiada.
Mr Żubr pisze:Source of the post Jego zęby zacisnęły się, brwi zmarszczyły, a na czole pojawiło się kilka kropel potu, które gdy tylko zrozumiały nastrój dyrektora, wróciły przestraszone do środka.

Nieee. Tym zdaniem fajny, poważny tekst zmieniłeś w infantylną bzdurę. Szczerze radzę usunąć passus o kroplach rozumiejących nastrój dyrektora.
Mr Żubr pisze:Source of the post kropla potu spływająca po skroni brygadzisty była jak najbardziej słyszalna dla dyrektora Rychlejki.

A dlaczego ta kropla potu nie wraca przestraszona do środka? :P
Mr Żubr pisze:Source of the post Może ktoś zapomniał nasmarować tłoki rozruchowe? Nie dowiemy się tego już nigdy.

Do tej pory miałeś trzecioosobowego narratora, teraz, na moment, wprowadzasz innego. Po co? Lepiej, by przez całe opowiadanie był trzecioosobowy.
Mr Żubr pisze:Source of the post Wzrok dyrektora Rychlejki wpatrywał się w ten jeden, jedyny punkt na ekranie.

Wzrok nie może się wpatrywać. Poza tym za często powtarzasz wyraz wzrok. To razi.
Mr Żubr pisze:Source of the post Otóż, kiedy jedna z doniczek zatrzymała się przed jego nosem na odrobinę dłużej niż zwykle, przypadkowym ruchem zrobił w niej czwartą dziurkę. Cztery dziurki zamiast trzech.

Cztery. Zamiast. Trzech.

W tym miejscu zabieg poszatkowania zdania bardzo dobrze się sprawdził. Robi wrażenie. Uważam, że to najlepszy fragment opowiadania.



Awatar użytkownika
Mr Żubr
Szkolny pisarzyna
Posty: 28
Rejestracja: pn 25 mar 2013, 20:17
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: znikąd
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Trzy dziurki

Postautor: Mr Żubr » ndz 29 lip 2018, 18:48

kamienna pisze:Source of the post A ja zrozumiałam tak: ten przygnieciony dwa lata temu przez prasę hudrauliczną to Dylewski Zdzisław. Ten, który jechał pociągiem i zginął od uderzenia dziurkarką, nazywa się Krużgalski Stefan. :wink:
Moim zdaniem to dobre, ciekawe, oryginalne opowiadanie, choć wymagające poprawek. Wypiszę Ci kilka przykładów zdań, które mi zazgrzytały.
Mr Żubr pisze:Source of the post Pociągi kolei podmiejskiej były raczej punktualne, toteż Stefan zawsze czekał na stacji dziewięć minut. Tego dnia pociąg spóźnił się w stosunku do rozkładu jazdy nieco mniej niż zwykle. Tylko dwie i pół minuty, zamiast - jak zwykle - czterech.

Według mnie to nielogiczne, bo w pierwszym zdaniu piszesz, że pociągi były niemal zawsze punktualne, a w kolejnych – że jednak nie, bo zwykle spóźniały się o cztery minuty.
Mr Żubr pisze:Source of the post W końcu została tylko ostatnia grupka ludzi, podążająca do najdalszej z fabryk. Była ona też najmniejsza ze wszystkich - liczyła zaledwie trzech mężczyzn.

Kto liczył trzech mężczyzn? Fabryka? Domyślam się, że chodzi o grupkę ludzi, ale ze zdania tak nie wynika.
Mr Żubr pisze:Source of the post Nadal myślał o żonie, ale tym razem była to żona jego sąsiada, pana Wacka.

Nieee. Tak nie może być, bo w pierwszej części zdania informujesz, że myślał o własnej żonie, w drugiej – że jednak o żonie sąsiada.
Mr Żubr pisze:Source of the post Jego zęby zacisnęły się, brwi zmarszczyły, a na czole pojawiło się kilka kropel potu, które gdy tylko zrozumiały nastrój dyrektora, wróciły przestraszone do środka.

Nieee. Tym zdaniem fajny, poważny tekst zmieniłeś w infantylną bzdurę. Szczerze radzę usunąć passus o kroplach rozumiejących nastrój dyrektora.
Mr Żubr pisze:Source of the post kropla potu spływająca po skroni brygadzisty była jak najbardziej słyszalna dla dyrektora Rychlejki.

A dlaczego ta kropla potu nie wraca przestraszona do środka? :P
Mr Żubr pisze:Source of the post Może ktoś zapomniał nasmarować tłoki rozruchowe? Nie dowiemy się tego już nigdy.

Do tej pory miałeś trzecioosobowego narratora, teraz, na moment, wprowadzasz innego. Po co? Lepiej, by przez całe opowiadanie był trzecioosobowy.
Mr Żubr pisze:Source of the post Wzrok dyrektora Rychlejki wpatrywał się w ten jeden, jedyny punkt na ekranie.

Wzrok nie może się wpatrywać. Poza tym za często powtarzasz wyraz wzrok. To razi.
Mr Żubr pisze:Source of the post Otóż, kiedy jedna z doniczek zatrzymała się przed jego nosem na odrobinę dłużej niż zwykle, przypadkowym ruchem zrobił w niej czwartą dziurkę. Cztery dziurki zamiast trzech.

Cztery. Zamiast. Trzech.

W tym miejscu zabieg poszatkowania zdania bardzo dobrze się sprawdził. Robi wrażenie. Uważam, że to najlepszy fragment opowiadania.


Dziękuję, porządna weryfikacja. Przepraszam, że odpowiadam po roku :)




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 8 gości