Hybryda (rozdział historii - raczej fantastycznej, ale w dzisiejszych czasach...)

Tu wrzuć dopracowane fragmenty opowiadań, które chcesz poddać ocenie Weryfikatorów.
Potem tekst przechodzi do działu "Zweryfikowane"

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Seener
Pisarz domowy
Posty: 158
Rejestracja: śr 10 lut 2010, 21:24
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Hybryda (rozdział historii - raczej fantastycznej, ale w dzisiejszych czasach...)

Postautor: Seener » czw 27 gru 2018, 10:27

To jeden z pierwszych rozdziałów dłuższej historii.
Tekst jest dość długi i znając moje zdolności, parę literówek zapewne się znajdzie. Nie pogniewam się, jeśli nikt nie zrobi korekty wszystkich przecinków, ale za grubsze błędy i wrażenia ogólne (a awet te bardziej szczególne) będę okropnie zobowiązany.
---------------------

Dzwonek do drzwi był dość zaskakujący. Na dalekich przedmieściach, kilometry od Zatoki, gdzie miasto przechodziło w półpustynię bez wyraźnie wytyczonej granicy, rzadko można było spodziewać się gości. Ale najbardziej zaskakujące było to, że Oliver nic wcześniej nie wyczuł.


Być może dlatego, że rano sporo się działo w okolicy. Ktoś smażył jajecznicę z boczkiem, ktoś brał prysznic. Ktoś nawet smażył stek, choć było przed dziewiątą. Najgorsze były perfumy. Ich ostry zapach był jak uderzenie pięścią w nos. To dlatego zrobił kawę. A może to właśnie przez zapach kawy?


Odstawił kubek i przełączył konsolę na zewnętrzną kamerę. Pod drzwiami stało dwóch mężczyzn. Ubrani w garnitury, których krój chyba nigdy nie był w modzie, musieli być urzędnikami. Niższy przysunął do kamery identyfikator i wszystko stało się jasne. Zdecydowanie nie byli biurokratami. Pełnię obrazu uzupełniły szerokie barki, słabo skrywane pod marynarką. No i te twarze. Czerstwe i chropowate.


Oliver zastanawiał się chwilę, czemu może zawdzięczać ich wizytę, ale dzwonek stawał się coraz bardziej niecierpliwy. W końcu otworzył drzwi.


- Oliver Wolff? - zapytał niższy głosem, który mógłby ciąć metal.


- Tak.


- Mamy dla pana wezwanie.


Odsuną połę marynarki i wyciągnął z kieszeni prostokątny arkusz elastycznego tworzywa zadrukowanego drobnymi literkami. Tylko „Wezwanie” i „NAJWYŻSZEJ WAGI” wyróżniło się wielkością. Ten drugi napis był na wszelki wypadek czerwony.


Oliverowi nie podobało się bycie sprawą najwyższej wagi.


- Mogę wiedzieć w jakiej sprawie?


- Niestety nie dysponujemy taką informacją. - Niższy zrobił fałszywie skruszoną minę, jakby przepraszał, że zakłóca spokój, ale zdradzało go nieugięte spojrzenie. - Mamy panu pomóc dostać się do Instytutu. - Było jasne, że tak naprawdę nie jest to oferta pomocy. - Poproszę o identyfikację.


W drugiej ręce trzymał mały skaner. Oliver wsunął kciuk. Zielona kontrolka zapaliła się po paru sekundach. Pozwolili mu zmienić koszulę i zaprowadzili do nieoznakowanego wozu, który ukrywał się za kawałkiem niewielkiego murku. Zaparkowany w zwyczajnym miejscu, ale tak, żeby nie rzucać się w oczy. Tylną kanapę odgradzała płyta z przezroczystego tworzywa.


- Względy bezpieczeństwa – wyjaśnił niższy przez ramię, kiedy już usiadł za kierownicą. O drzwiach nie wspominał, ale Oliver był przekonany, że zostały zablokowane jak tylko wsiadł.


Wyższy przez cały ten czas nie odezwał się ani razu. Błądził znudzonym wzrokiem po okolicy, ale tak, żeby mieć Olivera cały czas w polu widzenia.


Ruszyli w stronę obwodnicy.


Oliver zastanawiał się nad przyczyną tej wizyty. Z pewnością nie było to aresztowanie. Być może chodziło o jakąś sprawę, którą ostatnio się zajmował? Jednak Instytut Bezpieczeństwa zajmował się przede wszystkim poważnymi sprawami. Najwyższej wagi. A on nie zajmował się sprawami najwyższej wagi. Raczej wprost przeciwnie. Żadna oczywista odpowiedź nie przyszła mu do głowy. Pozostało poczekać. Tym bardziej, że w Instytucie mógł liczyć na sojusznika. Oparł się wygodniej i zapatrzył przez okno.


Niskie biało-pomarańczowe budynki z płaskimi dachami stały przyklejone do siebie, chroniąc się nawzajem w swoim cieniu. Z dachów zwisały wiązki przewodów pajęczyny łączącej agregaty. Na ścianach osiadał pomarańczowy pył, zwiewany całym dniami ze wzgórz. Wszystko z czasem nabierało tej barwy.


Na chodnikach zbierał się piasek nanoszony z pustyni, która nie chciała oddać pola cywilizacji.


Natura w końcu upomni się o swoje - tak powtarzał stary Garbath. Nie ma na to rady. Budujemy wielkie konstrukcje, maszyny i statki, a natura i tak w końcu weźmie, co się jej należy. Budujemy piękne miasta, a potem przychodzi trzęsienie ziemi, wulkan, albo powódź i nie zostaje nic. Jak Atlantyda. Zamki, ogrody, kanały. A teraz? Nawet nie wiadomo gdzie była. A może wcale jej nie było? Może Platon to wszystko wymyślił?


Garbath czytywał Platona. Jak na zwykłego opiekuna zwierząt był bardzo oczytany. Miał dużo wolnego czasu i gogle ze starej biblioteki, które znalazł w śmieciach, w piwnicy kliniki. Archiwum cały czas leżało na jakimś zapomnianym serwerze. Czytał wszystko. Platona, podręczniki, romanse i przewodniki turystyczne. Znalazł nawet poradnik wędkarski. Byłbym świetnym wędkarzem, powtarzał. Byłbym świetnym wędkarzem, ale boję się wody. Woda to żywioł, a przeciw żywiołom człowiek jest bezsilny. Jak Lizbona w osiemnastym wieku. No dobrze, Lizbona przetrwała. Ale natura i tak w końcu upomni się o swoje.


Zjechali już z obwodnicy i utknęli w korku. Kierowca włączył AG i unieśli się kilka metrów. Weszli w korytarz służb miejskich. Oliver nie zdążył podziwiać widoków, bo wszystkie szyby, z wyjątkiem przedniej zmatowiały. W oddali zobaczył tylko wysokościowce w Agriakti i maszty Żaglowca. Przelecieli nad parkiem i w końcu pojawił się przed nimi brązowy budynek Instytutu Bezpieczeństwa. Stał wśród dużo niższych pomarańczowych sąsiadów niczym klocek nie od kompletu. Pokryty nieregularnie ułożonymi, lustrzanymi płytami rozsyłał po okolicy dziesiątki słonecznych zajączków, jakby obserwował wszystko wokoło. W pewnym sensie tak właśnie było.


Usiedli na wewnętrznym dziedzińcu. Oliver został przejęty przez wysokiego, lekko zgarbionego policjanta, który był równie rozmowny co para konwojentów. Zarejestrował go błyskawicznie w systemie, wydał kartę dla gościa i zaprosił wzrokiem do windy, której drzwi właśnie się otwarły.


Oliver wysiadł na czternastym piętrze. Zatrzymał się i wciągnął głęboko powietrze. Znał zapach tego miejsca, choć nigdy tu nie był. Sprawdził na karcie numer sali i zatrzymał się przed mlecznymi drzwiami na końcu krótkiego korytarza. Wiedział już kto jest autorem tego przedstawienia. Drzwi rozsunęły się na boki niczym bezszelestna kurtyna, odsłaniając niewielką, minimalistycznie urządzoną salkę konferencyjną.


- Wejdź, proszę.


Anton siedział na końcu podłużnego, wykonanego z imitacji drewna stołu. Podniósł głowę znad konsoli wbudowanej w blat. Twarz miał tak samo pomarszczoną, jak wtedy gdy widzieli się po raz ostatni. Osiągnął już chyba taki stan, w którym ciało nie więdnie, tylko wysycha. Konserwowany słońcem i czasem wyglądał jak mumia, która pod wpływem najlżejszego dotyku rozsypie się i zamieni w kupkę piasku. Możliwe, że się uśmiechnął, ale ciężko to było rozpoznać. Spłowiałe oczy ukryte między wydmami zmarszczek wciąż były żywe i uważne.


Oliver stłumił wspomnienia, które jak garść potłuczonego szkła przeleciały mu przez głowę.


- Wchodź, siadaj. – Anton oderwał się od stołu, ale nie wstał. Fotel, na którym siedział, okazał się wózkiem. Kiedy widzieli się ostatnim razem jeszcze chodził. Z trudem, ale chodził.


Widywali się raz albo dwa w roku. I za każdym razem było tak samo niezręcznie. Krótkie zdania przeplatali długim milczeniem. Nie patrzyli sobie w oczy.


Ale zawsze odwiedzał go w domu. Nigdy nie przysyłał swoich łotrów.


Uścisnęli sobie dłonie na powitanie.


- Przepraszam cię za tę całą maskaradę. – Anton ruszył w kierunku mniejszej, przeszklonej ściany, za którą widać było panoramę Sovardo. Połacie pokrytych pomarańczowym pyłem budynków poprzetykane niewielkimi zielonymi plamami. Trzy Iglice w Agriakti, w towarzystwie mniej widowiskowych wysokościowców. W oddali kawałek spokojnej dziś Zatoki z osadzonym niedaleko brzegu Żaglowcem. Wokół masztów latało parę maszyn bogaczy, którzy mogli sobie pozwolić na AG i licencję na cywilny korytarz. Po drugiej stronie, w oddali, majaczyły nieregularne, rozmyte w wilgotnym powietrzu linie wzgórz.


- Potrzebujemy dziś dyskrecji – kontynuował Anton, kiedy zatrzymali się przy szybie. – Siedzimy tu jak w klatce. Ludzie mają nadzieję, że jesteśmy tu w Instytucie, żeby ich chronić, a to my znajdujemy tu bezpieczeństwo. Widzisz co się dzieje na dole?


Na parkingu naprzeciwko Instytutu stało kilkanaście samochodów z antenami na dachach i kolorowymi symbolami na bokach.


- Oglądasz wiadomości?


Oliver potwierdził ruchem łowy.


- Siedzą tam na dole i polują na każdego, kto wchodzi albo wychodzi. A my potrzebujemy dyskrecji. Rozumiesz? – Podniósł głowę i spojrzał na Olivera swoimi niegdyś błękitnymi oczami. – Ktoś mógłby cię skojarzyć po tych wszystkich latach. Wygrzebaliby cię z archiwów, a my i tak mamy dość kłopotów. Poza tym muszę oszczędzać nogi. Starości nie da się oszukiwać w nieskończoność.


Odwrócił się i ruszył w stronę stołu.


Oliver został przy szybie. Musiała być pełna godzina, bo wystrzeliła fontanna w Sinus Town. Według folderów reklamowych strumień wody wypluwany przez olbrzymią rzeźbę pół kobiety, pół ryby z twarzą zwróconą ku niebu, osiągał wysokość dwustu siedmiu metrów. Jeśli nawet nie była to prawda, widowisko nieustannie ściągało tysiące turystów do hoteli oblegających brzegi półkolistego basenu o promieniu dwóch kilometrów, w centrum którego stała Syrena.


- Opowiedz co ciekawego u ciebie. – Anton zajął swoje miejsce u szczytu stołu.


- W porządku. – Oliver podszedł do automatu i nalał sobie kubek wody. Usiadł obok Antona, z boku.


- Zdrowie dopisuje? – Rozmowa zaczęła przybierać standardowy przebieg. Anton włączył konsolę w blacie i zaczął grzebać kościstym, niemal pozbawionym mięśni palcem po ekranie.


- Nie narzekam.


- No tak, no tak. W twoim wieku się nie choruje. – Zrobił dłuższą pauzę. – A co u Linse? Nadal uczy dzieci?


- Dobrze sobie radzi. Uwielbiają ją.


- Macie spokój? Nikt was nie niepokoi?


- Nie. Nikogo nie interesuje co dzieje się na pustyni.


Starzec prawdopodobnie trzymał delikatnie rękę na pulsie i dobrze orientował się w sytuacji, ale i tak zawsze zadawał takie pytania. Po części dla podtrzymania rozmowy, po części żeby wybadać nastrój. Tym razem jednak pytania brzmiały tak, jakby odpowiedź naprawdę go interesowała.


- A jak w interesach? – Na chwilę podniósł wzrok.


- Nie jest źle. Klientów nie brakuje.


- No tak. W tym mieście ciągle ktoś się gubi. – Znów opuścił wzrok na ekran konsoli. – Nie masz czasem ochoty zająć się czymś poważniejszym?


Oliver zastanawiał się chwilę, ale nie nad odpowiedzią tylko nad pytaniem. Takie było przecież założenie. Nie zajmować się czymś poważniejszym. Nie przyciągać uwagi. Może chciał tylko wybadać czy sytuacja jest pod kontrolą?


- Mnie to odpowiada, Anton. Dzieci, które uciekły z domu, nie pytają kto je znalazł. Nie pcham się nawet w sprawy rozwodowe, żeby jakiś niewierny mąż nie szukał zemsty. O poważniejszych nawet nie myślę. Tak się umawialiśmy.


- No tak.


Wyglądało na to, że ta odpowiedź nie zamknęła sprawy. Znów dłuższa chwila milczenia i Anton wyciągnął z bocznej kieszeni swojego fotela teczkę z imitacji papieru. Popatrzył na nią, po czym podniósł wzrok.


- Widzisz, mamy dość kłopotliwą sytuację i myślę, że możemy zrobić wyjątek. O konsekwencje pomartwimy się po naszej stronie. Tylko czy chcesz się w to zaangażować?


Przesunął teczkę po blacie. Z okładek wystawały narożniki zdjęć. Trudno powiedzieć dlaczego wolał je wydrukować, niż pokazać na ekranie. Może nie chciał zostawiać w systemie zbyt wielu śladów po dostępie, może zabierał je do domu, może lubił robić notatki na odwrocie? A może po prostu był staroświecki?


- Chcesz popatrzeć?


- Tego szukają twoi prześladowcy zaczajeni na parkingu tam na dole?


- Wszyscy tego szukają. – Ta jego pomarszczona ponad miarę twarz zatraciła już zdolności mimiczne. Może się uśmiechnął, może zamyślił. – Wiele by dali, żeby puścić to w następnych wiadomościach. Jeszcze więcej, żeby móc to sprzedać wcześniej jakiemuś maklerowi w Agriakti. Chcesz popatrzeć?


Oliver domyślał się co jest w środku i wątpił, żeby ktokolwiek przy zdrowych zmysłach chciał popatrzeć, ale dwukrotnie powtórzone pytanie było jasną sugestią. Otworzył teczkę i rozsunął powoli zdjęcia. Nabrał głębiej powietrza, żeby powstrzymać odruch wymiotny.


Kobieta na pierwszy zdjęciu wyglądała jakby spała. Wyprostowane nogi i ręce ułożone wzdłuż tułowia. Leżała na blaszanym stole. Całe ciało było w plamach. Miejscami skóra się rozchodziła. Po lewej stronie klatki piersiowej widać było niewielką ranę.


Mężczyzna na drugim zdjęciu również leżał na wznak. Ciało było w podobnym stanie. Nie było żadnych ran, ale na szyi miał ciemne pręgi, a głowa była mocno przekrzywiona na bok.


Ciało na trzecim zdjęciu wyglądało, jakby ktoś przepuścił je przez stekownicę. Klatka piersiowa i twarz były tak poszarpane, że tylko ułożenie szczątków na stole dawało wskazówkę, co jest czym. Prawa ręka oddzielona od tułowia i najprawdopodobniej złamana. Na udach również pełno ran.


Oliver zamknął teczkę. Zrobił parę głębokich oddechów, żeby opanować żołądek. Zastanawiał się, dlaczego były ułożone w tej kolejności. Najbardziej zmasakrowane zwłoki odkryto jako pierwsze. Może Anton sprawdzał jego wytrzymałość?


- Sądzisz, że mogę pomóc?


Oczywiście, że sądził. Inaczej nie byłoby tego spotkania. Antona się nie pytało, Antona się słuchało. Anton miał wiedzę, doświadczenie, pamięć, intuicję. I całkiem niemałe IQ, żeby z tego korzystać. Anton już dawno powinien być na emeryturze, ale Instytut płacił grube pieniądze za operacje, przeszczepy i implanty, żeby tylko utrzymać go jak najdłużej w służbie.


- Sądzę, że warto spróbować.


Chociaż Anton nigdy tego nie oczekiwał, Oliver miał poczucie, że musi kiedyś spłacić swój dług. Wstał i podszedł do okna. Słońce o tej porze odbijało się od szklanej elewacji Iglic tak, że wyglądały jak trzy rozgrzane do białości sztylety. Wokół nich wiła się nitka najwyżej na świecie zamontowanego rollercoastera.


- Co miałbym robić?


- To co zwykle. Chcielibyśmy skorzystać z twoich umiejętności. Możemy dać ci dostęp do zwłok, chociaż nie wiem czy w takim stanie ma to sens.


Oliver wzruszył ramionami.


- Wszyscy moi klienci byli żywi. Są jakieś rzeczy osobiste?


- Ciała były bez ubrań. Przede wszystkim musisz odwiedzić miejsce, gdzie ich odkryto. - Ostatnie zdanie Anton wypowiedział zdecydowanie wolniej. – Tam mamy największą szansę coś znaleźć. Teren jest aktualnie pod kontrolą Instytutu. – Znów zrobił dłuższą pauzę. – Cywile nie mogą tam wchodzić. Nie możemy też nadać ci statusu agenta. Zostaniesz zewnętrznym konsultantem. To pozwoli mimo wszystko utajnić twoje dane. Oczywiście zapłacimy ci.


- Oczywiście nie będę mógł tam wejść sam? – Oliver domyślał się już dokąd zmierza ta część rozmowy.


- Tak, to niemożliwe.


- Oczywiście nie pracujesz już w terenie?


Anton rozłożył ręce.


- Wiesz, lata młodości mam już za sobą. Dobrze, że pozwalają mi samemu chodzić do toalety.


Oliver zrobił głęboki wdech. Wstał, podszedł do automatu. Kubek napełnił się, ale on nawet nie drgnął.


- To twoja decyzja, Oliver. Sam musisz wiedzieć czy jesteś gotów. Nikt nie będzie miał do ciebie żalu, jeśli się nie zdecydujesz.


Jeśli nawet Anton w to wierzył, a prawdopodobnie tak było, to dla Olivera nie była to prawda. Dług to dług. Poza tym to musiało być ważne. Inaczej Anton nie wyciągałby go z ukrycia na pustyni. Anton zajmuje się tylko ważnymi sprawami. Najwyższej wagi. Wielkimi czerwonymi literami.


A demonów nie zwycięża się ucieczką.


- Nie może mnie prowadzić ktoś inny?


- Nie chcielibyśmy wtajemniczać kolejnych osób.


Wszystko to, co mówił miało sens. W końcu minęło już tyle lat. Oliver wypił kubek jednym haustem i wrócił do stołu.


- Jest tutaj?


- Oczywiście. Ma biuro dwa pietra wyżej. – Anton odchylił się do tyłu i oparł wygodnie głowę. – W każdej chwili możesz się wycofać. Nikt nie będzie miał żalu. Robisz nam przysługę.


- Dlaczego ta sprawa jest taka ważna? Kogo właściwie szukamy?


- Nie mogę podać ci szczegółów bez podpisania deklaracji. Nawet te zdjęcia to przekroczenie uprawnień. Mogliby mnie za to zamknąć. – Chyba znowu lekko się uśmiechnął.


Wszystkie karty były już rozdane. Nie było sensu dłużej uciekać.


- Pomogę. Oczywiście, że pomogę. Na tyle, na ile będę potrafił.


- Jestem ci wdzięczny. Wiem, że dużo cię to kosztuje.


Anton znów postukał palcem w konsolę i włączył ekran przed Oliverem.


- To deklaracja poufności. O sprawie możesz mówić tylko z agentem lub w jego obecności. Najlepiej nie rozmawiaj o tym z nikim. To formalność, żebyśmy mogli przekazać ci szczegóły. – Taktownie przemilczał wszystkie paragrafy informujące o karach za niedotrzymanie umowy.


Oliver nawet nie przeczytał pierwszej strony. Przyłożył kciuk do czytnika. Anton potwierdził swoim kluczem identyfikację i drzwi do tajemnic Instytutu stały otworem. Przynajmniej w sprawie trzech trupów z Abbyss Park.


Anton uruchomił komunikator.


- Zejdź do nas.


Oliver znów poczuł suchość w gardle. Podszedł do automatu i wypił kolejny kubek wody. Znów jednym haustem. Z następnym wrócił do stołu.


Rozpoznał zapach Palmera jeszcze zanim tamten wszedł do Sali. Musiał być już na korytarzu. Nie był to zapach ubrania ani ciała. To był zapach strachu. Znów zobaczył przed oczami czarną czeluść wycelowanej w głowę lufy pistoletu. Strach był wszechobecny i paraliżujący. Nie trząsł się, nie uciekał, nie krzyczał. Całe życie nie przebiegło mu przed oczami. Liczył sekundy, poddając się pytaniom, które kłębiły się w głowie. Jeden, dwa, trzy. Czy zobaczy błysk wystrzału? Czy poczuje ból? Czy umieranie trwa długo? Czy jest coś po śmierci? Nie był nawet pewien czy doliczył wtedy do trzech. Odstępy między sekundami trwały wieczność, a żołądek wykręcał się na lewą stronę. Próbował krzyknąć „nie”, ale zmartwiały język nie chciał się poddać woli. Już widział błysk zwiastujący przeznaczenie, kiedy ktoś inny krzyknął „nie”. To był Anton.


Dopiero wtedy paraliż ustąpił. Upadł na kolana i zwymiotował. Paraliż zastąpił bezwład. Leżał w kałuży swoich brudów, a potem jakieś dłonie chwyciły jego ciało i wyniosły z piwnicy. Wnosili go po schodach, a z uchylonych drzwi na górze sączyło się światło. Zastanawiał się wtedy, czy może jednak zginął, a to jest tunel, o którym mówią wszyscy ci, którzy wrócili. W końcu stracił przytomność.


Nigdy potem nie spotkał Palmera. Nawet podczas procesu. Aż do teraz.


Drzwi za plecami rozsunęły się.


Palmer Wells był inteligentnym i sprawnym fizycznie agentem, który stawiał działanie ponad analizy. Uważał, że nie należy komplikować spraw prostych. Miał jasno określone wzorce normalności i chętnie sortował według nich ludzi. Tych, którzy pasowali pakował w pudełka i ustawiał na odpowiednich półkach swojego systemu wartości. Resztę wyrzucał na śmietnik.


Z Oliverem był problem. Nie nadawał się na półkę, ale nie pasował też na śmietnik.


Wszedł bez słowa i usiadł po przeciwnej stronie stołu. Był już teraz po czterdziestce. Widać było oznaki upływu czasu, ślady siwizny, parę zmarszczek, ale nadal był w formie. Poruszał się energicznie, w przeciwieństwie do Antona patrzył prosto w oczy. Spojrzenie nie zostawiało wątpliwości, że jako przeciwnik jest zdeterminowany i bezwzględny. Na szczęście Palmer Wells wierzył w sprawiedliwość. Anton z jakiegoś powodu miał do niego słabość i trzymał go przy sobie, parę razy ryzykując własną reputację, żeby tylko nie dopuścić do zwolnienia dyscyplinarnego.


Mierzyli się przez chwilę wzrokiem. Gdyby stół był z prawdziwego drewna, nastąpiłby samozapłon.


- Więc się zdecydowałeś? – Palmer odezwał się pierwszy. – Może w końcu się do czegoś przydasz.


A więc nie trzeba było długo czekać na pierwszy wystrzał. Oliver utrzymał spojrzenie.


- Chętnie pomogę, jeśli sobie nie radzisz.


- A jak tobie idzie wtykanie nosa w cudze brudy?


- Przynajmniej nie muszę nikogo zabijać.


Palmer uśmiechnął się lekko. W jego oczach politowanie zmieszało się z pogardą.


- Wolisz, żeby ktoś załatwiał to za ciebie.


- Panowie. – Anton nawet nie podniósł głosu. Był sędzią i rozjemcą. – Jesteśmy po tej samej stronie.


Palmer w końcu odwrócił wzrok.


- A gdzie trzeci muszkieter? – spytał Oliver, żeby rozładować napięcie.


- Łysy? Siedzi w ratuszu. Kołnierzyki wydziobują mu wątrobę.


Wśród wszystkich łysych pracujących w Instytucie tylko Ivan Larsen był Łysym. Był połączeniem Antona i Palmera. Był czarnoskórym, ponad dwumetrowym olbrzymem, z którym ciężko było się minąć w drzwiach. Miał wiecznie znudzony wyraz twarzy i niewielką bliznę na policzku. Wbrew tym oczywistym pozorom przede wszystkim był niezłym analitykiem i świetnie radził sobie z ludźmi. Opanowany i przenikliwy, był oczywistym kandydatem w zespole do przejęcia przywództwa po Antonie. Oczywiście oficjalnie.


- Dlaczego musi się spowiadać w ratuszu? – zapytał Oliver po chwili milczenia, której potrzebował, żeby fakty połączyły mu się w głowie w niepokojącą całość. – Ivan na dywaniku, na dole polowanie urządzają agencje informacyjne, w mediach mnóstwo spekulacji, ale żadnych konkretów, a wy ściągacie mnie do oka cyklonu. O co tu chodzi Anton? Przecież to tylko trzy trupy. Kim oni są?


Anton na pewno założył, że to pytanie w końcu się pojawi. I pewnie odpowiedź przygotował sobie wcześniej. Palmer gapił się w stół, jakby go to w ogóle nie interesowało.


- Tylko trzy trupy. No wiesz, od czterech lat mamy poniżej stu dziesięciu morderstw rocznie. Nawet licząc ruch turystyczny, nie przekraczamy stu czterdziestu. I wykrywalność na poziomie dziewięćdziesięciu ośmiu procent. Jak na dwanaście milionów mieszkańców to całkiem niezły wynik. Rzecz w tym, że trzy losowe trupy to jedno, a trzy trupy zakopane obok siebie i seryjny morderca to już zupełnie inna sprawa. Media mają sensację, którą podsyca brak informacji, a sensacja generuje niepokój. Chodzi teraz o to, żeby niepokój nie zdążył przerodzić się w panikę. W panice ludzie uciekają. Sovardo ma biznes, uniwersytety, turystykę i kasyna. A wszystko opiera się na jednym. Sovardo istnieje dzięki Zatoce. Dzięki grobli, dzięki oczyszczalniom, dzięki wodzie. Utrzymanie tego kosztuje. Odpływ rezydentów, odpływ turystów to zmniejszone dochody. W końcu mogą też zacząć panikować inwestorzy.


- Przecież miasto nie wyludni się z powodu trzech trupów.


- Oczywiście, ale może ucierpieć ekonomicznie, a zbliżają się wybory. Chętnie weszliby tutaj ludzie z grubymi portfelami i niepoprawnym politycznie odcieniem skóry. Ta sytuacja im sprzyja, dlatego ci, którzy płacą na Instytut dwieście osiemdziesiąt milionów rocznie trochę się niepokoją i mają ochotę wypatroszyć Łysego. A potem nas. Znalezienie sprawcy jest dla nich ratunkiem. Ryzyko kryzysu, realne czy nie, ale chętnie podsycane przez media, to dla nich poważny problem.


Oliver próbował dopasować do Antona to, co usłyszał. Od kiedy interesuje go polityka? Od kiedy interesują go problemy mieszkańców Żaglowca? Od kiedy interesuje go, kto będzie zarabiał na Zatoce?


- Anton, ja się nie bawię w politykę. Smażycie się na rożnie w świetle reflektorów. Jak chcecie mnie utrzymać w ukryciu?


- To my jesteśmy pod obserwacją. Nikt na ciebie nie zwróci uwagi. Nie będziemy spacerować za rękę po mieście. Będziesz działał sam.


W końcu Palmer postanowił włączyć się do rozmowy. Podniósł wzrok, teraz już spokojny.


- Ta cała polityka, wybory, kryzys. To wszystko okoliczności, nie problem. Prawdziwy problem jest tutaj. – Wskazał ruchem głowy teczkę, która wciąż leżała na blacie między nimi. – Mamy trzy trupy i ani jednego sprawcy. Jeśli go nie znajdziemy, będą następne. Musimy go złapać, niezależnie od tego kto będzie dzielił i rządził po wyborach.


Obaj z Palmerem wpatrywali się w Olivera, który zrobił głęboki wdech. To wszystko miało jakiś sens. Nikt go nie oczekiwał w tej sprawie. Sama wizyta tutaj była pewnym ryzykiem, ale gdyby Anton wysłał Palmera, szansa że Oliver się zgodzi byłaby niewielka.


- Kogo właściwie szukamy? – Oliver otworzył ponownie teczkę i przesunął pierwsze zdjęcie tak, żeby było widać kawałek drugiego. Trzeciego nie miał ochoty oglądać. – Co już macie?


Anton spojrzał na Palmera, po czym znów pochylił się nad konsolą.


Palmer włączył zajmujący pół ściany ekran i wyświetlił na nim od razu zwłoki z trzeciego zdjęcia. Mówił tak, jak działał. Konkretnie i zdecydowanie.


- Osiem dni temu jakiś dzieciak znalazł w Abbyss Prak rozkładającą się rękę. Zamiast zawiadomić policję, puścił to w sieci. Dla zabawy. Przez tego idiotę mamy teraz dodatkowy kłopot z hienami na dole. Niestety okazało się, że nie ma z tym nic wspólnego. Reszta ciała leżała w niewielkim zagłębieniu, przysypana piaskiem. Zabezpieczyliśmy teren i znaleźliśmy jeszcze dwa ciała. Mężczyzna został uduszony, a kobieta zmarła od ciosu nożem. Prosto w serce.


- A jak zginął ten znaleziony jako pierwszy? – Oliver starał się nie patrzeć na ekran.


- Od obrażeń ogólnych. Żadnego noża. Prawdopodobnie kamień. Są też ślady kopnięć, uderzeń, ugryzień.


- Walka wręcz?


- Raczej jednostronna napaść. Większość obrażeń powstała po śmierci.


- Co ich łączy?


Palmer zerknął na Antona, ale ten nadal gapił się w konsolę. Przeniósł więc wzrok na ekran, gdzie zdjęcia trzech ofiar były już ułożone obok siebie.


- Nie żyją – odpowiedział spokojnie i rzeczowo.


- W przypadku seryjnych morderstw jest chyba zazwyczaj jakaś wspólna cecha? Mieszkali w tej samej okolicy, chodzili do tej samej szkoły? Wykopaliście ich osiem dni temu, przez ten czas pewnie już coś znaleźliście.


- Rzecz w tym – Palmer utrzymywał ton relacji reporterskiej – że nie wiemy kim są.


Oliver potrzebował chwili, żeby myśli trafiły na właściwe pozycje.


- Jak to nie wiecie?


- Wiemy kim nie są. Żadna z ofiar nie miała rezydencji w Sovardo. Nie ma zgłoszeń z hoteli. Nie ma identyfikacji w żadnej z dostępnych baz. Nie wiemy kim są.


Oliver wpatrywał się chwilę w Palmera, ale kawałek układanki, który właśnie otrzymał, nie chciał się wpasować tam, gdzie się go spodziewał. W końcu przeniósł wzrok na Antona, który podniósł głowę.


- To nie jest aż takie nadzwyczajne, jak mogłoby się wydawać. – Starzec zapatrzył się w dal gdzieś przed sobą. – Sovardo to szansa na przetrwanie dla wielu osób. Przyjeżdżają tu szukać szczęścia, pracują na czarno, nie mają ubezpieczeń. Do południowej granicy nie jest tak daleko, a tam nie wszystko podlega ewidencji. Do tego dochodzą turyści. Sporo ludzi przyjeżdża tu na własną rękę. Monitorujemy zgłoszenia z ambasad i konsulatów, ale nic nie pasuje.


- Czyli nie wiecie, dlaczego akurat oni? – Właściwie nie oczekiwał odpowiedzi na to pytanie. Chciał tylko usłyszeć te słowa, żeby upewnić się, że dobrze rozumie sytuacje. – Kim w takim razie jest ten seryjny morderca?


Anton znów przekazał spojrzeniem pałeczkę Palmerowi i zapatrzył się w widok za oknem.


- Gdybyśmy wiedzieli, nie szukalibyśmy pomocy.


- Rozumiem, że nie znacie adresu, ale co o nim wiadomo?


Palmer wpatrywał się przez kilka sekund w Olivera, ale tym razem nie był to pojedynek. W końcu trzeba było odkryć karty.


- Nic.


Słowo wybrzmiało w ciszy sali konferencyjnej niezakłócone żadnym szmerem. W końcu Oliver wstał i podszedł do automatu. Tym razem zamiast wody nalał sobie słabej kawy.


W Sali trochę pociemniało. Za oknem, nad wodami zatoki zaczęła kondensować sztuczna chmura. Utrzymywała się przez parę godzin, rzucając trochę cienia na hotele w Sinus Town, w najgorętszej porze dnia. Kasyna wykorzystywały ją jako ekran do wyświetlania reklam. Dziś było bezwietrznie, więc miała szansę utrzymać się trochę dłużej.


W końcu Oliver odwrócił się w stronę środka sali.


- Jak to nic? Nie jesteście w stanie zidentyfikować śladów?


- Nie mamy śladów?


- Jak to możliwe? Zwłoki zmasakrowane w walce, uduszenie. Ludzie się bronią. Zwłaszcza przed śmiercią. Nie ma otarć, śladów naskórka, krwi? Czegokolwiek z DNA?


- Może miał rękawiczki, zapewne buty. Nie znaleźliśmy nic. – Palmer nadal referował, a Anton odchylił głowę i przymknął oczy. Wyglądał jak eksponat w muzeum.


- Odciski palców? Mikro? Bio-chem?


- Nie znaleźliśmy nic nadającego się do identyfikacji. Na ciałach są ślady mikro domieszki, która głównie występuje na wschodnich i południowo-wschodnich obrzeżach. Stwierdzono je również w ranie, ale to niczego nie musi dowodzić. Może wiatr, może tam ich zamordowano, a potem przeniesiono do parku. Poza tym to obszar o długości kilku kilometrów.


- A monitoring? W zeszłym roku wysłaliście Oko na orbitę.


- Nie mamy pełnego pokrycia. Grobla, stacje, centralne dzielnice. Peryferia z góry są w rotacji. Przyglądamy się trochę dokładniej niektórym rejonom, ale nic się nie złapało. Komputery jeszcze szukają, ale po ośmiu dniach nie mamy wielkiej nadziei.


- A zieloni? Oni mają swoje oczy na orbicie. Kiedyś mieliście z nimi dobry kontakt chyba?


- Niechętnie dzielą się swoimi sekretami. Wysłaliśmy zapytanie, ale nie obiecujemy sobie zbyt wiele. Gdyby zginął im jakiś generał, może by się przyłożyli. A nam odpowiedzą za rok albo wcale.


- Naprawdę nie macie nic? Żadnych świadków? Jakiejś nieistotnej sprawy z drugiego końca miasta, którą dałoby się połączyć? Nie znaleźliście niekogo, kto przypadkiem był wtedy w parku?


Anton otworzył oczy i też ruszył w stronę automatu.


- To park tylko z nazwy. – Woda spływała do kubka cienkim strumieniem. Starzec mówił, nie odwracając się do Olivera. – Pustynia, pagórki, trochę skarłowaciałych drzew i krzaki bez liści. Miało tam być osiedle, ale nie dostali limitów na wodę z Zatoki, a wiercić w tym miejscu się nie opłacało. Zostało trochę betonowych ścian wystających z ziemi i nazwa.


- Skoro nic nie macie, to skąd pomysł, że to seryjny morderca?


- Ten, którego znaleźliśmy jako pierwszego, ten bez ręki, zginął około dwóch tygodni temu. Pozostałe dwie ofiary jakiś tydzień wcześniej. Nie jesteśmy w stanie stwierdzić, które z nich zginęło jako pierwsze. Sprawdziliśmy cały teren i nie ma więcej śladów. Po ranie w sercu i po tym ostatnim powinna być przynajmniej krew. Sporo krwi. Bierzemy poprawkę na pustynię i wiatr, ale powinno dać się wykryć chociaż widmo. A nie znaleźliśmy nic. To znaczy, że ktoś ich tam przeniósł. Trzy ciała schował w to samo miejsce. Nie ukrył ich gdzieś w mieście, gdzie mogłyby być łatwo odkryte. Nie ryzykował wywiezienia, bo drogi są monitorowane. Nie ryzykował dalszej wyprawy na pustynię. Skorzystał z opcji, która wydawała się bezpieczna i łatwa przy okazji. Pustkowie na obrzeżach miasta. Jeśli nawet sprawcami są różne osoby. To muszą ze sobą współpracować, ale myślę, że to jeden samotny myśliwy. Zdecydowany i zdeterminowany.


Anton skończył monolog. Upił trochę wody z kubka i podjechał do okna.


- Dlaczego za każdym razem zabija inaczej?


- Może dopiero się rozkręca. Może szuka, uczy się.


- Robiliście portret psychologiczny.


- Tak. Prawdopodobnie mężczyzna, silny, inteligentny. Między dwudziestym piątym a pięćdziesiątym rokiem życia. Dużo ogólników. Imienia i nazwiska nie podali.


- Pasuje do Palmera.


Wells podniósł wzrok. Był już trochę zmęczony. Może dlatego zamiast riposty zdecydował się na żart.


- Sprawdziłem. Niestety okazało się, że mam alibi.


Oliver wrócił do stołu. Nim zdążył zebrać myśli i zadać kolejne pytanie odezwał się Anton, który też w międzyczasie podjechał na swoje miejsce.


- W dziewięćdziesięciu czterech procentach przypadków sprawcę mamy wytypowanego najpóźniej po trzydziestu siedmiu godzinach. Tym razem minęło osiem dni, a my nie wiemy nic. Wiemy co się nie stało, wiemy gdzie się to nie stało i wiemy kto tego nie zrobił. Poza tym nie wiemy nic.


Oliver nagle doznał olśnienia.


- To dlatego ci na dole tak na was polują. Nie ma żadnego embarga na informację. Po prostu nie macie nic, co można by im dać dla zdobycia czasu.


- Sam widzisz, że sprawa jest poważna. Kiedy to mówiłem, nie chodziło mi o politykę i media. Mamy niewiele, a czas ucieka.


Oliver pochylił się lekko do przodu i oparł łokcie na blacie.


- Nie wiem, czy mogę wam pomóc. Potrzebuję czegoś. Rzeczy, miejsca. Jakiegoś śladu. Dzieciaki mają swój pokój, ubranie, zwierzaka. A tu?


- Mamy ciała. – Palmer wskazał ruchem głowy na zdjęcia wyświetlone na ekranie. Oliver wzdrygnął się na samą myśl, że miałby je oglądać na żywo. – I mamy miejsce.


- To podobno pustynia. Wiatr i piasek.


Do akcji znów wkroczył Anton. Może tak się umówili? Może tak mieli rozpisane role, że Palmer miał relacjonować, a Anton rozwiewać wątpliwości? A może to ich wieloletnie rutyna i robili to już bezwiednie?


- Wiem, że to niewiele, ale więcej nie mamy. Okularnicy w labie popracowali nad ekstrakcją zapachów. Sam ocenisz czy coś z tego wyszło. Mimo wszystko w Abbyss może ci się udać coś złapać. Zwłoki – tu Anton zrobił pauzę – zostawimy ci na koniec. W takich warunkach wysychają, a nie gniją, ale widok i tak nie jest przyjemny. Pomyślimy o nich, jak nie będzie innego wyboru.


- Oczywiście. – Oliver z ulgą przyjął część planu dotyczącą zwłok.


Prowadzenie znów przejął Palmer.


- Weźmiemy próbki z labu i pojedziemy do parku. Obejrzysz sobie miejsce znalezienia zwłok. Jakoś musiał się tam dostać, jakoś musiał wrócić. Chcielibyśmy, żebyś trochę pospacerował po okolicy. Może coś złapiesz. Jeśli nie, zastanowimy się co robić dalej.


- A co potem? Jeśli już coś znajdziemy?


- Zrobimy ekstrakcję, próbki wzorcowe.


Z punktu widzenia Oliwera logiczny plan kończył się w tym miejscu. Jeśli wiadomo kogo się szuka, można wytypować miejsca. A jeśli nie wiadomo?


- Ale co potem?


Tym razem przekazanie prowadzenia nie nastąpiło automatycznie. Palmer spojrzał na Antona, ten wziął głęboki wdech zanim się odezwał.


- Niewiele mamy i niewiele się spodziewamy. Nikt nie będzie miał żalu jeśli nic nie uda się znaleźć. Ale szukamy każdej szansy. W teorii musielibyśmy przeszukać całe miasto. W praktyce trochę wyeliminujemy. W pierwszej kolejności zajmiemy się rejonami, gdzie występuje to co było w mikrośladach. Wstępnie wyeliminujemy rejony, w których mamy stały monitoring, albo takie gdzie nie było zgłoszeń. Będziemy poruszać się śladem prawdopodobieństwa.


- Będziemy? – Oliver chciał się upewnić, że to tylko ogólne sformułowanie.


- Oczywiście będziesz sam. Wytyczymy trasę na każdy dzień, ale będziesz miał swobodę wyboru. Może coś zauważysz, może zadziała intuicja. Ale nie możesz być w terenie zdany na siebie. Dostaniesz szyfrowane mini. Jakiś starszy model, żeby nie kusił złodziei. Będzie udawał zwykły komunikator, ale będziesz miał stałą łączność z nami. Linse powiesz, że kogoś dla nas szukasz, ale nie możesz jej powiedzieć, że chodzi o tę sprawę. Coś ci damy, żeby była spokojna. Ja się stąd nie ruszę, więc Palmer będzie twoim kontaktem w terenie. Jeśli coś znajdziesz, będzie pod ręką. Przyda ci się też pomoc w razie kłopotów.


Oliwer skrzywił się odruchowo. Na początku dlatego, że współpraca z Palmerem miała trwać dłużej niż tylko podczas wyprawy do parku. Potem dlatego, że dotarł do niego cały sens tego, co powiedział Anton.


- Będzie pod ręką? Nie potrzebuję anioła stróża. Poradzę sobie sam.


- Nie możesz działać bez wsparcia. – Antonowi najwyraźniej sprawiało trud to, co mówił. – Nie jesteś agentem. Możliwe, że będziemy musieli działać szybko, jeśli coś znajdziesz.


Oliver poczuł uderzenie gorąca. Nawet nie próbował odzyskiwać nad sobą kontroli.


- To o to chodzi? Dlaczego to robisz Anton? Mam być psem gończym? Na tym ma polegać moja pomoc.


- Nie musisz się tak unosić. Zrozum. Szukamy kogoś, kto zabił już przynajmniej trzy osoby.


- Ja do tej pory szukałem tylko dzieciaków. Żeby je ratować. Nie zabijać.


- Nikogo nie będziesz zabijał. – Anton zachowywał spokojny ton głosu. – Nie możemy postąpić inaczej. Sam nie będziesz mógł zareagować, a możemy mieć mało czasu, jeśli coś znajdziesz.


Oliver powoli zaczął odzyskiwać kontrolę nad sobą, ale zmieniło to tylko tyle, że mówił ciszej, a właściwie cedził słowa, jakby każde z nich było oskarżeniem.


- Zareagować. Wysyłasz mnie jak charta ze swoim jednoosobowym plutonem egzekucyjnym. Jak kogoś znajdę, to on zareaguje. – Palmer nawet nie drgnął na te słowa. Przysłuchiwał się od początku temu wybuchowi z nieskrywaną niechęcią w oczach. – Ale ja nie wiem co i kogo znajdę. Nie wiem czy twój specjalista od brudnej roboty zajmie się właściwym człowiekiem. Nie chcę brać za to na siebie odpowiedzialności.


- Odpowiedzialności. – Tym razem Palmer nie wytrzymał. A może pozwolił sobie na to zupełnie świadomie. – Ty za nic nie odpowiadasz. Zakopałeś się na wydmach i możesz udawać, że nie ma reszty świata. Anto nakrył cię kapeluszem i wydaje ci się, że wszyscy na świecie się kochają. Możesz cieszyć się, że to nie na ciebie spada konieczność działania i odpowiedzialność. Mówiłem ci Anton, że to nie wypali.


- Palmer. – Anton jak zwykle spokojnym głosem próbował zakończyć tę wymianę i wrócić do rzeczowego tonu, ale tym razem, z jakiegoś powodu, to nie zadziałało. I to Palmer się wyłamał. A może miał takie przyzwolenie? Może celowo miał zagrać emocjami? Nie zaczerwienił się na twarzy, ale mówił szybciej i głośniej niż zwykle.


- Tam za oknem ktoś zamordował już przynajmniej troje ludzi i prawdopodobnie na tym nie skończy. Martwisz się, czy nie skrzywdzimy przypadkiem kogoś niewinnego, ale nie martwisz się, czy właśnie nie jest mordowana czwarta ofiara. Mógłbyś czasem być człowiekiem.


- Jestem człowiekiem. – Oliver usłyszał swój głos odbity od ściany i dopiero wtedy dotarło do niego, że krzyczy. Stał, a gwałtownie odepchnięte krzesło leżało za nim na podłodze. Odetchnął kilka razy, żeby się uspokoić, ale nie usiadł. – Jestem człowiekiem, czy ci się to podoba, czy nie. Mam na to wyrok sądu. Nie jestem obojętny na to, że ktoś morduje ludzi, ale nie chcę ci pomagać. Nie wyrobiłeś normy na ten rok? Ile już uzbierałeś trafień w swojej karierze?


- Oliver. Nikt nie chciał cię urazić. – Anton podjął kolejną próbę uspokojenia sytuacji. I znów nieudaną.


- Nie prowadzimy tu kącika poetyckiego. Nasi klienci to źli ludzie. Czasem bardzo źli. Jestem tutaj, bo we właściwym momencie robiłem to, co konieczne.


- To, co konieczne. Zabijałeś ludzi. Bez sądu. Ilu już masz na koncie.


Oliver w międzyczasie podniósł krzesło i usiadł. Mierzyli się z Palmerem wzrokiem.


- Odpowiesz? Ilu?


- Dwunastu.


- Byłbym pechową trzynastką?


Palmer skrzywił się tylko kpiąco.


- Nie. Szczęśliwą siódemką.


Znów zamilkli na kilka sekund wbijając w siebie spojrzenia? Cisze przerwał Oliver.


- Strzeliłbyś? Wtedy w klinice. Gdyby nie Anotn. Strzeliłbyś?


- Nie strzeliłem nigdy do nikogo bezbronnego ani niewinnego. Nie chciałbyś spotkać żadnego z tych dwunastu.


- Strzeliłbyś?


Palmer znowu zaczął tracić cierpliwość, ale tym razem nie krzyczał.


- Raz w życiu ktoś wycelował w ciebie broń. Ja muszę się z tym liczyć za każdym razem, kiedy ruszamy do akcji. Może dałbyś sobie już spokój? Będziesz to rozpamiętywał do końca życia?


- Taki wybrałeś zawód. Ja się o to nie prosiłem.


Palmer odwrócił się i parsknął kpiąco.


- Nie prosiłeś? Zachciało ci się eksperymentów doktora Frankensteina. Wiedziałeś, że Reslow działa poza statusem kliniki i wiedziałeś, co chce zrobić, ale zachciało ci się eksperymentów i nadludzkich mocy. To była twoja decyzja.


- Ale to nie powód, żeby mnie zabijać.


- Nikt cię nie zabił, jeśli dobrze widzę. Wchodziliśmy w pośpiechu, wsparcie było dopiero w drodze. Nie wiedzieliśmy, co znajdziemy w środku. Znalazłem cię w ciemnej piwnicy. Na maszynach błyskały kontroli, widać było tylko twoją sylwetkę. Wyglądałeś, jakbyś czaił się do skoku.


- Byłem dobę po operacji, wystraszyłem się hałasów. Byłem osłabiony, chwiałem się na nogach.


- A skąd miałem wiedzieć. Może trzeba było pokazać kartę choroby. Kiwałeś się pod ścianą, z głowy wystawały ci wiązki kabli. Nawet nie wiedziałem, czy jesteś człowiekiem.


- Jestem człowiekiem. – Tym razem Oliver wypowiedział to cicho i powoli.


- Więc zachowaj się jak człowiek. Jak przyzwoity człowiek. Pomóż ratować innych.


Znów zamilkli na kilka sekund. Tym razem ciszę przerwał Palmer.


- Czasem jest tylko kilka sekund na podjęcie decyzji. A stawką jest moje życie. Do tej pory się nie pomyliłem.


Anton najwidoczniej uznał, że ciśnienie spadło już wystarczająco. Zastukał parę razy chudymi palcami o blat, co w tej ciszy zabrzmiało, jakby ktoś odpalił sztuczne ognie.


- Oliver, wciąż możesz się wycofać. Tak się umawialiśmy, ale twoja pomoc może być bardzo cenna. Pamiętaj, że chodzi o życie. Palmer to dobry agent. Też o tym wiesz.


- Tak wiem. Nie mylił się. Nie mylił się, bo byłeś obok niego. W porę mogłeś powiedzieć „nie”. Ale teraz cię nie będzie.


- Cokolwiek znajdziesz, jeśli to w ogóle nastąpi, to ty decydujesz. Ty zdecydujesz czy powiedzieć „tak”, czy „nie”. Nie jest łatwo decydować o ludzkim życiu.


Wpatrywali się tak w siebie dłuższą chwilę. Oliver ważył w myślach słowa Antona. W końcu wstał i podszedł do okna.


Nad wzgórzami widać było mgiełkę zwiewanego pyłu. Na chmurze nad zatoką tańczyły świetliste linie reklam. Sinus Town, ze swoim przesuniętym cyklem dobowym, budziło się do kolejnej nocy grzechu. Nad Agriakti krążyło kilka limuzyn. Wody Zatoki mieniły się milionami błysków słońca. Sovardo oblepiało ją z trzech stron, z czwartej spinając groblą. Niskie zabudowania zewnętrznych dzielnic rozlewały się prawie po horyzont. Gdzieś tam na dole ukrywał się morderca, którego Instytut ze swoimi milionami i techniką nie był w stanie złapać.


Oliver wrócił na swoje miejsce.


- Czy to musi być Palmer? – spytał już całkiem spokojny.


- Myślisz, że to coś zmieni, jeśli będzie to ktoś inny?


Oliver spojrzał znów na Palmera. Spokojnego, opanowanego, odzyskującego pełną kontrolę.


- Posłuchasz? Jeśli powiem „nie”. Posłuchasz?


- Decydowałeś już o czyimś życiu? Zawsze biorę pod uwagę wszystko co wiem. Chcesz, żebym posłuchał jak krzykniesz „nie”? A czy bierzesz pod uwagę, że będziesz musiał krzyknąć „tak”? Że będziesz musiał krzyknąć „strzelaj”. „Zabij”. Ocenisz trzeźwo sytuację? Zdecydujesz? Powiesz mi co mam robić kiedy będzie się decydować nasze życie? Jeśli tak, to wezmę to pod uwagę.


Oliver milczał. Nie kwestionował tego, co mówił Palmer. Zastanawiał się jak to się stało, że się tu znalazł, że zgodził się pomóc Antonowi. Chciał pomóc. Chciał spłacić dług.


- Myślisz, że do tej pory ratowałeś zbłąkane dusze. Masz całą książkę dobrych uczynków. Odstawiałeś dzieciaki pod drzwi i to było dla ciebie szczęśliwe zakończenie. Zastanawiałeś się co je czekało po drugiej stronie? Dlaczego uciekły? Co takiego je spotkało w domu, do którego je oddawałeś, że wolały żyć samotnie, puszczać się albo brać narkotyki? Nie musiałeś. To działka Linse, tak? Twoja rola kończy się pod drzwiami. Więc teraz też się nie zastanawiaj. Znajdź go i odstaw pod drzwi. My zajmiemy się resztą.


Oliver był już spokojny. Anton, który wciąż milczał i obserwował go zza maski głębokich zmarszczek, przestał nagle mieć znaczenie. Dług, wdzięczność, przeszłość. Nie były już najważniejsze.


- Jestem człowiekiem. Czuję i wiem, co czują inni. Wiem co czują dzieciaki, których szukam. Jestem człowiekiem i myślę o tym, co je spotkało i co je czeka. I nigdy się nie pomyliłem. Jestem człowiekiem i potrafię wybrać. Znajdę go i zrobię wszystko, żeby odpowiedział za swoje czyny. Sprawiedliwie. Zanim zdążysz go zastrzelić.



Jako pisarz odpowiadam jedynie za pisanie.
Za czytanie winę ponosi czytelnik.

Awatar użytkownika
Misieq79
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1334
Rejestracja: pn 05 cze 2017, 21:33
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Krk
Płeć: Mężczyzna

Hybryda (rozdział historii - raczej fantastycznej, ale w dzisiejszych czasach...)

Postautor: Misieq79 » czw 27 gru 2018, 12:35

Seener pisze:Source of the post chroniąc się nawzajem w swoim cieniu.
A w ogóle kulawe to zdanie, światło to nie zimno przed którym chroni zbicie się w gromadkę.
Seener pisze:Source of the post Z dachów zwisały wiązki przewodów pajęczyny łączącej agregaty.

zwisała pajęczyna przewodów łączących agregaty.
Seener pisze:Source of the post brzegi półkolistego basenu o promieniu dwóch kilometrów

To już bardziej sztuczne jezioro niż basen. I trochę przewymiarowane względem tryskawki :D
Seener pisze:Source of the post Starzec prawdopodobnie trzymał delikatnie rękę na pulsie i dobrze orientował się w sytuacji
IMO zbędne.
Seener pisze:Source of the post Po ranie w sercu i po tym ostatnim powinna być przynajmniej krew.

Otóż właśnie nie, na pewno nie sporo. Ostatni (a raczej pierwszy) był zmasakrowany post mortem, a umarli nie krwawią.
Seener pisze:Source of the post W takich warunkach wysychają, a nie gniją

To by się rzuciło w oczy na fotkach.
Seener pisze:Source of the post Gdyby nie Anotn

Literówka. I to taka co spellcheck złapie.
Seener pisze:Source of the post - Nikt cię nie zabił, jeśli dobrze widzę. Wchodziliśmy w pośpiechu, wsparcie było dopiero w drodze. Nie wiedzieliśmy, co znajdziemy w środku. Znalazłem cię w ciemnej piwnicy. Na maszynach błyskały kontroli, widać było tylko twoją sylwetkę. Wyglądałeś, jakbyś czaił się do skoku.
IMO zbędne, Palmer nie wygląda na kogoś kto by się tłumaczył, zwłaszcza że postąpił prawidłowo. Zresztą retrospekcja z pistoletem trochę przesadzona, odniosłem wrażenie że Oli był poddany brutalnemu przesłuchaniu a nie że po prostu ktoś wymierzył w niego gnata. No i w ciemnej piwnicy z paru kroków by nie zobaczył wylotu lufy, chyba że ma superzmysl nie tylko węchu.

Generalnie są bohaterowie, jest zawiązanie wątku. Styl - nie porywa, nie boli. Trochę za dużo hype wokół "zaproszenia" i sprawy, chyba że byłoby to (a nie jest) miasto rodem z Demolition Mana, gdzie najstraszniejsze co może zrobić policjant to zagrozić "bo inaczej...". Zresztą jeśli mają 110-140 trupów rocznie to 3 w 2 tygodnie mieści się w rozrzucie statystycznym. W tym momencie wytłumaczenie "czemu ja?" (Bo jesteś bohaterem tej historyjki, bro!) jest słabe. Strach przed pismakami też nie przekonuje. IMO musisz coś zrobić ze światem, miastem, żeby te 3 trupy faktycznie były CZYMŚ.
Pozdrawiam.


Ostatecznie zupełnie niedaleko odnalazłem fotel oraz sens rozłożenia się w nim wygodnie Autor nieznany. Może się ujawni.
Same fakty to kupa cegieł, autor jest po to, żeby coś z nich zbudować. Dom, katedrę czy burdel, nieważne. Byle budować, a nie odnotowywać istnienie kupy. Cegieł. - by Iwar

Awatar użytkownika
Seener
Pisarz domowy
Posty: 158
Rejestracja: śr 10 lut 2010, 21:24
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Hybryda (rozdział historii - raczej fantastycznej, ale w dzisiejszych czasach...)

Postautor: Seener » wt 08 sty 2019, 09:52

Dzięki za uwagi.

Mam wątpliwości co do paru rozwiązań i chciałem je skonfrontować z rzeczywistością.

Oli to prosty, nieco łatwowierny i naiwny chłopak. Jego pierwsze spotkanie z Palmerem wywołało traumę. Ale faktycznie samo wycelowanie pistoletu to trochę mało. Może dołożę uciekanie po ciemnej piwnicy. Tak, żeby lęk zdążył się zbudować.
Sama decyzja o złożeniu mu propozycji nie jest tylko i wyłącznie z gatunku "bo ty jesteś bohaterem".
Anton ma mierne rezultaty. Chce skorzystać z dodatkowej opcji. Jeśli się nie uda, nic nie traci, a może coś zyskać.
Sytuację odrobinę komplikują dwie rzeczy:
- Oli po interwencji w klinice był chwilowo trochę sławny, ze względu na proces, który się potem odbył,
- Oli nie przepada za Palmerem, a plan Antona zakłada, że to jednak Palmer ma wkroczyć do akcji w razie potrzeby, a im mniej osób wtajemniczonych tym lepiej.
Muszę jakoś uwypuklić wagę sytuacji seryjnego mordercy, aczkolwiek wydaje mi się, że "seryjność", "medialność" i "wybory" to nie najgorszy trop.

Dzięki za poświęcenie, przypuszczam, że przebrnięcie przez całość nie było z gatunku "lekkich, łatwych i przyjemnych". :)


Jako pisarz odpowiadam jedynie za pisanie.
Za czytanie winę ponosi czytelnik.

Awatar użytkownika
Skylord
Pisarz domowy
Posty: 90
Rejestracja: śr 22 cze 2016, 11:27
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Szkocja
Płeć: Mężczyzna

Hybryda (rozdział historii - raczej fantastycznej, ale w dzisiejszych czasach...)

Postautor: Skylord » sob 12 sty 2019, 15:48

Najpierw krótki komentarz całości, i od razu moje przeprosiny :), to tylko moja opinia i nie wiem jak się ma to do gramatyki i składni, bo u mnie z tym nie jest najlepiej, ale napisze co mi rzuciło się w oczy.
Sam tekst czytało się dobrze, nie musiałem się zastanawiać co i jak, akcja szła do przodu, ale po drugim czy tam trzecim razie coś zaczyna wyskakiwać i się zastanawiam czy ja sam bym napisał tak czy inaczej, może nie jest to opinia jakaś super obiektywna jednak po kolei:

“Dzwonek do drzwi był dość zaskakujący.” - dźwięk dzwonka…

Ubrani w garnitury, których krój chyba nigdy nie był w modzie, musieli być urzędnikami. - jakoś ta chyba mi tu nie pasuje,

“Czerstwe i chropowate.” - nieświeże i chropowate, czy zdrowe i chropowate, słownik podaje dwa określenia, ja sam znam słowo czerstwy w odniesieniu do chleba jako suchy, ale i jako chleb dobry, i sam nie wiem jak sobie ich wyobrazić teraz,

“Oliver zastanawiał się chwilę, czemu może zawdzięczać ich wizytę, ale dzwonek stawał się coraz bardziej niecierpliwy.” - że dzwonek zaskakujący to jeszcze niecierpliwy ;),

“Pozwolili mu zmienić koszulę i zaprowadzili do nieoznakowanego wozu, który ukrywał się za kawałkiem niewielkiego murku.” - sam się tam schował?, dziwnie to brzmi,

“Zaparkowany w zwyczajnym miejscu, ale tak, żeby nie rzucać się w oczy. Tylną kanapę odgradzała płyta z przezroczystego tworzywa.” - przejście jest jakieś mało efektywne, jakby brakowało czegoś pomiędzy tymi dwoma zdaniami

“Oliver zastanawiał się nad przyczyną tej wizyty. Z pewnością nie było to aresztowanie.” - może tam gdzie jeszcze trwa wojna nie informują jak kogoś aresztują, ale w większości państw podają prawa jakie przysługują ci w czasie aresztowania, więc tak, aresztowanie można odrzucić, jak i całe zdanie o tym,

“Oparł się wygodniej i zapatrzył przez okno.” - tak jakbyś na chama próbował wprowadzić jakąś atmosferę, sam nie wiem jaką, ale wydaje mi się że spojrzał przez okno, było by bardziej wymowne

“Zjechali już z obwodnicy i utknęli w korku.” - ogólnie w czasie czytania odniosłem wrażenie, że ten świat jest bardzo pusty, oprócz bohatera i ochroniarzy nie ma w nim nikogo, a tu nagle korek…, który i tak szybko ominęli odlatując…, jakby nie mogli lecieć od początku, ale to już kopanie w twojej piaskownicy :)

“Usiedli na wewnętrznym dziedzińcu.” - przez chwilę posadziłem bohatera na bruku, póki się nie kapnąłem że chyba idzie o lądowanie, ale sam nie wiem do końca nadal…

“Wiedział już kto jest autorem tego przedstawienia.” - dobry detektyw od samego początku ;) wiedział gdyż?

“Drzwi rozsunęły się na boki niczym bezszelestna kurtyna, odsłaniając niewielką, minimalistycznie urządzoną salkę konferencyjną.” - takie upychanie słów, podkreślone można ominąć i salka to mi się kojarzy tak z pomieszczeniem maks dwa na dwa, a tam później na wózku jeździli,
“Anton ruszył w kierunku mniejszej, przeszklonej ściany” tu mam wrażenie jakby przejechał z dziesięć metrów w tej salce, ;)

“Ale zawsze odwiedzał go w domu. Nigdy nie przysyłał swoich łotrów.” - ochroniarzy, zajmujących się swoją pracą sprowadziłeś do poziomu łotrów, nie ładnie, nie wiem jak teraz mam myśleć o tym całym urzędzie bezpieczeństwa ;)

“Jeśli nawet nie była to prawda, widowisko nieustannie ściągało tysiące turystów do hoteli oblegających brzegi półkolistego basenu o promieniu dwóch kilometrów, w centrum którego stała Syrena.” - a ruscy wszystkim sprzedawali lornetki, żeby tę fontannę zobaczyć ;) jak Misieq79 zauważył skala robi swoje,

“Usiadł obok Antona, z boku.” - niezgrabnie jakoś wyszło,

“Starzec prawdopodobnie trzymał delikatnie rękę na pulsie i dobrze orientował się w sytuacji, ale i tak zawsze zadawał takie pytania.” - taka moja sugestia,

“Oliver zrobił głęboki wdech. Wstał, podszedł do automatu. Kubek napełnił się, ale on nawet nie drgnął.” - nie wiem może w pisarstwie wchodzi coś jak w filmikach na yt, takie rwane wspomnienia z dziesięciu dni pracy, w jednej minucie, tak się czasami to czyta,

“Oliver wypił kubek jednym haustem i wrócił do stołu.” - i nawet nie pogryzł, twardziel,

“Rozpoznał zapach Palmera jeszcze zanim tamten wszedł do Sali. Musiał być już na korytarzu. Nie był to zapach ubrania ani ciała. To był zapach strachu.” - Palmer pachniał strachem? i w ogóle to jest jakieś wspomnienie? bo w jednym akapicie akcja przeskakuje i tutaj jest lekkie moje zagubienie, Misieq79 podaje iż jest to retrospekcja, jeśli tak to jakoś nieskładnie do niej wlazłeś, taki kolejny przeskok bez zdania przejścia,

“Mierzyli się przez chwilę wzrokiem. Gdyby stół był z prawdziwego drewna, nastąpiłby samozapłon.” - podkreślone porównanie wydaje mi się słabe, samozapłon może nastąpić w każdym materiale, równie dobrze można ominąć,

“Rzecz w tym – Palmer utrzymywał ton relacji reporterskiej – że nie wiemy kim są.”
“Nie wiemy kim są.” - powtórzenie,

“Nie znaleźliśmy nic.”
“Nie znaleźliśmy nic nadającego się do identyfikacji.” - powtórzenie, i dalej też jest “A nie znaleźliśmy nic.”

“Poza tym nie wiemy nic.”
“Po prostu nie macie nic” - bardzo monotonne wmawianie tego samego ;)

I jak pisał wyżej Misieq79 trzy trupy to mało, szczególnie, że później akcja nie wyskakuje z czymś szczególnym co mogłoby zachęcić do dalszego czytania, więc pomyśl o czymś co przykuje uwagę, co poprawić w tekście by czytelnik chciał się zająć tym tytułem.
Dzięki za podzielenie się i powodzenia w dalszym pisaniu. o/ [sorka że tak dużo uśmieszków ;)]



Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 369
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Hybryda (rozdział historii - raczej fantastycznej, ale w dzisiejszych czasach...)

Postautor: MargotNoir » ndz 13 sty 2019, 11:28

Ich ostry zapach był jak uderzenie pięścią w nos. To dlatego zrobił kawę.


Zapach zrobił kawę

Niższy przysunął do kamery identyfikator i wszystko stało się jasne. Zdecydowanie nie byli biurokratami. Pełnię obrazu uzupełniły szerokie barki, słabo skrywane pod marynarką.

Zobaczył barki dopiero po przeczytaniu informacji z identyfikatora. Wcześniej ich nie widział, bo nie wiedział, że ma widzieć?


- Oliver Wolff? - zapytał niższy głosem, który mógłby ciąć metal.

Niższy zapytał głosem. Inwersję stosujemy tylko, gdy po określeniu osoby mówiącej kończy się zdanie.


- Względy bezpieczeństwa – wyjaśnił niższy przez ramię,

Każdemu się tak tłumaczą? Poza tym, to przecież jasna sprawa.

Wyższy przez cały ten czas nie odezwał się ani razu. Błądził znudzonym wzrokiem po okolicy, ale tak, żeby mieć Olivera cały czas w polu widzenia.

Czyli nie wsiadł do samochodu, czy miał oczy z tyłu głowy?

Niskie biało-pomarańczowe budynki z płaskimi dachami stały przyklejone do siebie, chroniąc się nawzajem w swoim cieniu.

Nie.
Jeśli przyklejone, to nie chroniły się nawzajem w swoim cieniu.
Z dachów zwisały wiązki przewodów pajęczyny łączącej agregaty.

Pajęczyna przewodów - no chyba, że naprawdę w Twoim świecie pajęcza wydzielina przewodzi prąd.


Garbath czytywał Platona. Jak na zwykłego opiekuna zwierząt był bardzo oczytany. Miał dużo wolnego czasu i gogle ze starej biblioteki, które znalazł w śmieciach, w piwnicy kliniki. Archiwum cały czas leżało na jakimś zapomnianym serwerze. Czytał wszystko. Platona, podręczniki, romanse i przewodniki turystyczne. Znalazł nawet poradnik wędkarski. Byłbym świetnym wędkarzem, powtarzał. Byłbym świetnym wędkarzem, ale boję się wody. Woda to żywioł, a przeciw żywiołom człowiek jest bezsilny. Jak Lizbona w osiemnastym wieku. No dobrze, Lizbona przetrwała. Ale natura i tak w końcu upomni się o swoje.


Dobry fragment. Umiejętnie wplatasz informacje o realiach i o nastawieniu bohatera.
Oliver stłumił wspomnienia, które jak garść potłuczonego szkła przeleciały mu przez głowę.

Nie do końca podoba mi się tłumienie wspomnień, za to porównanie z garścią szkła me gusta.
Według folderów reklamowych strumień wody wypluwany przez olbrzymią rzeźbę pół kobiety, pół ryby z twarzą zwróconą ku niebu, osiągał wysokość dwustu siedmiu metrów. Jeśli nawet nie była to prawda, widowisko nieustannie ściągało tysiące turystów do hoteli oblegających brzegi półkolistego basenu o promieniu dwóch kilometrów, w centrum którego stała Syrena.

Z dialogu wynika, że Anton jest jakimś przedstawicielem rządu i siedzi w budynku mieszczącym ważnych urzędników i ważne urzędy.
Syrenka, iglice - to wszystko mówi nie tylko “bogactwo”, ale wręcz przepych, bezsensowne szastanie pieniędzmi w kontraście do biedy, jakiej pewnie doświadczają szeregowi mieszkańcy pudełek pokrytych pomarańczowym pyłem.
Anton jednak siedzi przy biurku z imitacji drewna, a to z kolei mówi “bieda, dykta, sklejka, kanciapa pani Halinki co wydaje klucze do toalety dla petentów i foliowe papucie”.
Możliwe, że taki był zamysł (bogactwo jest pozorne, system się sypie i stąd zaniepokojenie obywateli?), a może w Twoim świecie chodzi o inną imitację drewna - drogą i ładną. Jeśli tak, to wypadałoby poświęcić temu stołowi więcej uwagi.

- Zdrowie dopisuje? – Rozmowa zaczęła przybierać standardowy przebieg. Anton włączył konsolę w blacie i zaczął grzebać kościstym, niemal pozbawionym mięśni palcem po ekranie.

Dobre.

- Mnie to odpowiada, Anton. Dzieci, które uciekły z domu, nie pytają kto je znalazł. Nie pcham się nawet w sprawy rozwodowe, żeby jakiś niewierny mąż nie szukał zemsty. O poważniejszych nawet nie myślę. Tak się umawialiśmy.

No dobra, to jest niepokojące. Wcześniej Olivier w myślach przedstawiał się jako opiekun zwierząt. W tym momencie jako czytelnik zaczynam sobie ostrzyć zęby na jakąś ostrą dystopię.

- Chcesz popatrzeć?

Zerknąć? Oglądnąć? Zapoznać się z?
Może mam zbyt kosmate myśli, ale “chcesz popatrzeć” kojarzy mi się tylko z jednym.


Oliver zamknął teczkę. Zrobił parę głębokich oddechów, żeby opanować żołądek. Zastanawiał się, dlaczego były ułożone w tej kolejności.

Od początku da się zauważyć, że masz niemiły zwyczaj opuszczania podmiotów. Czasami to jest nawet pożądane - np. gdy dłuższy fragment opisuje poczynania jednej postaci i mimo przeplatania opisu zdaniami z podmiotem w tym samym rodzaju tworzysz narrację tak, że wiadomo, kim jest podmiot domyślny. Czasami to błąd, który jednak da się przeboleć, bo nie zaburza przyjemności czytania. Tutaj jednak nie ma żadnego usprawiedliwienia. To, co napisałeś oznacza, że oddechy były ułożone w tej kolejności.
niemałe IQ,

IQ jest wysoki lub niski. Nie czepiałabym się jeszcze o niskie IQ, ale o małe już muszę.
Rozpoznał zapach Palmera jeszcze zanim tamten wszedł do Sali. Musiał być już na korytarzu.

No nie. Jeśli Olivier rozpoznał zapach Palmera, to zapach był już w nosie Oliviera, nie w korytarzu.
Naprawdę warto zwracać uwagę na podmioty.
Nie był to zapach ubrania ani ciała. To był zapach strachu. Znów zobaczył przed oczami czarną czeluść wycelowanej w głowę lufy pistoletu. Strach był wszechobecny i paraliżujący. Nie trząsł się, nie uciekał, nie krzyczał. Całe życie nie przebiegło mu przed oczami. Liczył sekundy, poddając się pytaniom, które kłębiły się w głowie. Jeden, dwa, trzy. Czy zobaczy błysk wystrzału? Czy poczuje ból? Czy umieranie trwa długo? Czy jest coś po śmierci? Nie był nawet pewien czy doliczył wtedy do trzech. Odstępy między sekundami trwały wieczność, a żołądek wykręcał się na lewą stronę. Próbował krzyknąć „nie”, ale zmartwiały język nie chciał się poddać woli. Już widział błysk zwiastujący przeznaczenie, kiedy ktoś inny krzyknął „nie”. To był Anton.

Dopiero wtedy paraliż ustąpił. Upadł na kolana i zwymiotował. Paraliż zastąpił bezwład. Leżał w kałuży swoich brudów, a potem jakieś dłonie chwyciły jego ciało i wyniosły z piwnicy. Wnosili go po schodach, a z uchylonych drzwi na górze sączyło się światło. Zastanawiał się wtedy, czy może jednak zginął, a to jest tunel, o którym mówią wszyscy ci, którzy wrócili. W końcu stracił przytomność.

Tego już kompletnie nie rozumiem.
Domyślam się, że chodziło o to, że Olivier boi się Palmera, bo Palmer kiedyś prawie go zastrzelił.
Po pierwsze jednak znów mamy galimatias z podmiotami i do końca nie wiadomo, kto to jest ten “on”: z jednej strony powinien być to Olivier, bo to on jest głównym bohaterem i o nim mowa w większości zdań z podmiotem domyślnym. Z drugiej - może jednak Palmer? Wszak to on idzie, o nim piszesz i to on był podmiotem domyślnym w poprzednim akapicie.
W całkiem dosłownym rozumieniu wychodzi na to, że zapach zobaczył czarną czeluść, a strach się nie trząsł. Zainwestuj w rzeczowniki. Naprawdę.
Po drugie, zapach strachu to zapach, który wydziela ktoś, kto się boi. Jesli Palmer pachnie strachem, to znaczy, że Palmer się boi, a nie, że zapach napastnika wywołuje strach w Olivierze.
Kto u licha do kogo mierzył z pistoletu? Kogo dotyczy to wspomnienie i do kogo należy?

Palmer Wells był inteligentnym i sprawnym fizycznie agentem, który stawiał działanie ponad analizy. Uważał, że nie należy komplikować spraw prostych. Miał jasno określone wzorce normalności i chętnie sortował według nich ludzi. Tych, którzy pasowali pakował w pudełka i ustawiał na odpowiednich półkach swojego systemu wartości. Resztę wyrzucał na śmietnik.

Z Oliverem był problem. Nie nadawał się na półkę, ale nie pasował też na śmietnik.

Jeśli facet ma jasno określone normy, pozwalające posortować ludzi na takich, którzy je spełniają i takich, którzy ich nie spełniają, to nie ma takiej możliwości, żeby Olivier nie zaliczał się do żadnej z tych grup. Jeśli sortujesz obiekty według jednego kryterium, dostajesz dwie grupy zgodnie z regułą, że wszystko, co tylko istnieje na świecie jest lub nie jest ziemniakiem. Nie ma trzeciej możliwości.
Rozumiem, że chciałeś zwrócić uwagę na wyjątkowość Oliviera, ale tę kwestię trzeba rozwiązać inaczej.
Opcja 1) Palmer nie potrafi określić, czy Olivier spełnia normę normalności
Opcja 2) Olivier jej nie spełnia, ale Palmer przeczuwa, że skreślenie go z listy potencjalnych współpracowników byłoby marnotrawstwem.
Mierzyli się przez chwilę wzrokiem.

Kto się mierzyli?
Gdyby stół był z prawdziwego drewna, nastąpiłby samozapłon.

Nieśmieszny żarcik, nie pasuje do stylu reszty.
A więc nie trzeba było długo czekać na pierwszy wystrzał. Oliver utrzymał spojrzenie.

Może wytrzymał spojrzenie?

- Chętnie pomogę, jeśli sobie nie radzisz.

- A jak tobie idzie wtykanie nosa w cudze brudy?

- Przynajmniej nie muszę nikogo zabijać.

- Wolisz, żeby ktoś załatwiał to za ciebie.

To jest coś, czego strasznie nie lubię. Nie mogę z czystym sumieniem napisać, że to zły dialog, bo podobny zabieg widziałam w przynajmniej kilku książkach, które osiągnęły sukces, choćby w “Nocarzu”. Stąd wniosek, że są ludzie, którym takie coś się podoba.
Chodzi mi o to, co robi autor chcący pokazać swojego bohatera jako niepokornego gostka, zarysować konflikt między postaciami. Każe mu się wdawać w szczeniackie pyskówki z przedszkola.
Ja nie mówię, że faceci nie skaczą sobie do gardeł z byle powodu i nie mierzą się na penisy, ale dorośli ludzie na poziomie (a Palmer rzekomo jest inteligentny) robią to dużo subtelniej. Ja w każdym razie nie widzę szans na taką gadkę nigdzie poza ringiem MMA.
- Panowie. – Anton nawet nie podniósł głosu. Był sędzią i rozjemcą.

Kapitan Oczywisty może już odlecieć.

Wśród wszystkich łysych pracujących w Instytucie tylko Ivan Larsen był Łysym. Był połączeniem Antona i Palmera. Był czarnoskórym, ponad dwumetrowym olbrzymem, z którym ciężko było się minąć w drzwiach. Miał wiecznie znudzony wyraz twarzy i niewielką bliznę na policzku. Wbrew tym oczywistym pozorom przede wszystkim był niezłym analitykiem i świetnie radził sobie z ludźmi. Opanowany i przenikliwy, był oczywistym kandydatem w zespole do przejęcia przywództwa po Antonie.

Powtórzenia.
Oliver próbował dopasować do Antona to, co usłyszał. Od kiedy interesuje go polityka? Od kiedy interesują go problemy mieszkańców Żaglowca? Od kiedy interesuje go, kto będzie zarabiał na Zatoce?


Trochę za dużo nic nie znaczących nazw.


- Co ich łączy?

- Nie żyją – odpowiedział spokojnie i rzeczowo.


To było zabawne.



- W przypadku seryjnych morderstw jest chyba zazwyczaj jakaś wspólna cecha?


A Olivier nie załapał żartu.

Ewentualnie Palmer nie żartował.

W każdym razie ta wymiana zdań wskazuje, że któryś z nich jest idiotą. Taki był zamysł?



- Rzecz w tym – Palmer utrzymywał ton relacji reporterskiej – że nie wiemy kim są.


Do tej pory odnosiłam wrażenie, że Palmer to konkretny gość. Teraz wspominasz, że mówi w tonie relacji reporterskiej, czyli jak pajac: z komiczną emfazą. Wyczuwam sprzeczność.


- Czyli nie wiecie, dlaczego akurat oni? – Właściwie nie oczekiwał odpowiedzi na to pytanie. Chciał tylko usłyszeć te słowa, żeby upewnić się, że dobrze rozumie sytuacje. – Kim w takim razie jest ten seryjny morderca?


Czyli jednak Olivier jest idiotą.



- Nie znaleźliśmy nic nadającego się do identyfikacji. Na ciałach są ślady mikro domieszki, która głównie występuje na wschodnich i południowo-wschodnich obrzeżach. Stwierdzono je również w ranie, ale to niczego nie musi dowodzić. Może wiatr, może tam ich zamordowano, a potem przeniesiono do parku. Poza tym to obszar o długości kilku kilometrów.



Po pierwsze: co to jest mikro domieszka? Domyślam się, że chodzi o glebę, ale w takim razie po co komplikować?

Po drugie: jeśli wiatr ją zwiewa z wybrzeży, to znaczy, że ta mikro domieszka występuje też w Sovardo. Na wybrzeżu może dominować (czyli po prostu jest jej tam więcej), ale skoro wiatr mógł ją nawiać do miasta, to znaczy, że występuje w mieście.
A jeśli nie i jeśli to znak, że ofiary zamordowano gdzie indziej, to to jest bardzo ważny trop, a nie “meh, ofiary miały se tam w ranach jakiś piach z miejsca zbrodni, ale olewamy to, w końcu co nas to obchodzi”.

- Naprawdę nie macie nic? Żadnych świadków? Jakiejś nieistotnej sprawy z drugiego końca miasta, którą dałoby się połączyć? Nie znaleźliście niekogo, kto przypadkiem był wtedy w parku?
- Ten, którego znaleźliśmy jako pierwszego, ten bez ręki, zginął około dwóch tygodni temu. Pozostałe dwie ofiary jakiś tydzień wcześniej. Nie jesteśmy w stanie stwierdzić, które z nich zginęło jako pierwsze. Sprawdziliśmy cały teren i nie ma więcej śladów. Po ranie w sercu i po tym ostatnim powinna być przynajmniej krew. Sporo krwi. Bierzemy poprawkę na pustynię i wiatr, ale powinno dać się wykryć chociaż widmo. A nie znaleźliśmy nic. To znaczy, że ktoś ich tam przeniósł. Trzy ciała schował w to samo miejsce. Nie ukrył ich gdzieś w mieście, gdzie mogłyby być łatwo odkryte. Nie ryzykował wywiezienia, bo drogi są monitorowane.




To co w końcu z tą mikro domieszką? Facet wiózł ciała czy w końcu nie mógł?

- Tak. Prawdopodobnie mężczyzna, silny, inteligentny. Między dwudziestym piątym a pięćdziesiątym rokiem życia. Dużo ogólników. Imienia i nazwiska nie podali.

- Pasuje do Palmera.

Wells podniósł wzrok. Był już trochę zmęczony. Może dlatego zamiast riposty zdecydował się na żart.

- Sprawdziłem. Niestety okazało się, że mam alibi.


No i to jest bardzo dobra szpila, a nie to, co wcześniej.

Ogólnie mam wrażenie, że chciałeś napisać Oliviera jako bystrego, nieszablonowego nerda, kogoś w stylu Neo z Matrixa, a Palmera jako twardogłowego fedzia, ale niestety wychodzi odwrotnie. Palmer bryluje, a Olivier, no cóż, rozumem nie grzeszy.


- To dlatego ci na dole tak na was polują. Nie ma żadnego embarga na informację. Po prostu nie macie nic, co można by im dać dla zdobycia czasu.


Oj, nie grzeszy.


Zwłoki – tu Anton zrobił pauzę – zostawimy ci na koniec. W takich warunkach wysychają, a nie gniją, ale widok i tak nie jest przyjemny. Pomyślimy o nich, jak nie będzie innego wyboru.


Stop. Wykrycie sprawcy to ultra ważna sprawa, od której zależy los dwunastomilionowego miasta i calej rzeszy miliarderów z koneksjami, ale Anton nie chce się zdecydować na krok, który być może przybliżyłby zespół do rozwiązania zagadki, bo się boi, że Oliwierkowi będzie smuto i mu się w brzuszku zakręci, jak zobaczy trupa?



- To o to chodzi? Dlaczego to robisz Anton? Mam być psem gończym? Na tym ma polegać moja pomoc.


To było oczywiste od dłuższego czasu.


- Jestem człowiekiem. – Oliver usłyszał swój głos odbity od ściany i dopiero wtedy dotarło do niego, że krzyczy.


Mocno nieadekwatna reakcja.


- Raz w życiu ktoś wycelował w ciebie broń. Ja muszę się z tym liczyć za każdym razem, kiedy ruszamy do akcji. Może dałbyś sobie już spokój? Będziesz to rozpamiętywał do końca życia?
- Ale to nie powód, żeby mnie zabijać.

- Nikt cię nie zabił, jeśli dobrze widzę.


Coraz bardziej lubię Palmera. Niepotrzebnie wcześniej kazałeś mu krzyczeć, bo sporo przez to stracił. Mimo wszystko jednak małym palcem masakruje Oliviera, który wychodzi tutaj niestety na rozkapryszone dziecko. Nie wiem tylko, czy taki miałeś zamiar.


Wchodziliśmy w pośpiechu, wsparcie było dopiero w drodze. Nie wiedzieliśmy, co znajdziemy w środku. Znalazłem cię w ciemnej piwnicy. Na maszynach błyskały kontroli, widać było tylko twoją sylwetkę. Wyglądałeś, jakbyś czaił się do skoku.
- Byłem dobę po operacji, wystraszyłem się hałasów. Byłem osłabiony, chwiałem się na nogach.

- A skąd miałem wiedzieć. Może trzeba było pokazać kartę choroby. Kiwałeś się pod ścianą, z głowy wystawały ci wiązki kabli. Nawet nie wiedziałem, czy jesteś człowiekiem.

- Jestem człowiekiem. – Tym razem Oliver wypowiedział to cicho i powoli.

- Więc zachowaj się jak człowiek. Jak przyzwoity człowiek. Pomóż ratować innych.

Znów zamilkli na kilka sekund. Tym razem ciszę przerwał Palmer.

- Czasem jest tylko kilka sekund na podjęcie decyzji. A stawką jest moje życie. Do tej pory się nie pomyliłem.


I tu niestety dialog wpada w jakś dziwny wormhole. Rozumiem potrzebę przeprowadzenia takiej wymiany zdań, ale nie tuż po tym, co działo się wcześniej. Palmer bezbłędnie panuje nad sytuacją, bez wysiłku odpiera ataki małego, wściekłego ratlerka, jakim jest Olivier, a potem nagle ni z tego ni z owego zaczyna się tłumaczyć. To nie ta postawa, nie ten rodzaj relacji, nie ten stan psychiczny i emocjonalny. Druga część rozmowy powinna się była odbyć później, w innych okolicznościach, po jakimś zdarzeniu, które mogłoby ocieplić relację między postaciami.




- Decydowałeś już o czyimś życiu? Zawsze biorę pod uwagę wszystko co wiem. Chcesz, żebym posłuchał jak krzykniesz „nie”? A czy bierzesz pod uwagę, że będziesz musiał krzyknąć „tak”? Że będziesz musiał krzyknąć „strzelaj”. „Zabij”. Ocenisz trzeźwo sytuację? Zdecydujesz? Powiesz mi co mam robić kiedy będzie się decydować nasze życie? Jeśli tak, to wezmę to pod uwagę.



Rozumiem problem moralny, który chciałeś zarysować, ale ta rozmowa powoli staje się nudna. Postaci w kółko powtarzają to samo, jakbyś bał się, że czytelnikowi może umknąć, o co chodzi.


Mimo błędów, ogólnie jestem mocno na tak i zdecydowanie zainteresowana dalszymi częściami. Podoba mi się premise, kreacja świata, a nawet potencjał w tak zarysowanej współpracy między Olivierem a Palmerem, bo obu postaciom obecność drugiej daje możliwość rozwoju i zweryfikowania swoich postaw. Podoba mi się pozostanie w klimacie klasycznego, dobrego science fiction, w którym wprowadzenie dzięki technice nowych możliwości daje podstawę do zadania pytań dotyczących psychologii czy etyki.

Podoba mi się równowaga między opisem zachowań postaci a opisem świata, w którym żyją. Bardzo dobrze, lekko, sprawnie prowadzona narracja.

Jeśli chodzi o kwestie, nad którymi warto popracować, to wytypowałam trzy:

Jeden: Podmioty. Można zdać się na podmiot domyślny w scenie, w której występuje jedna postać danej płci, ale w pozostałych to już nie przejdzie.

Dwa: Postaciom odrobinę brakuje indywidualnego stylu wypowiedzi.

Trzy: Kompetencje czytelnika. Wybrałeś konkretny gatunek i na razie wygląda na to, że piszesz bardzo klasyczny tekst oparty na sprawdzonym schemacie. Idziesz śladami Dicka i Asimova, a zatem piszesz dla ludzi, którzy wiedzą mniej więcej, czego się spodziewać. Wiedzą, że będzie o tożsamości, wolności, moralności, człowieczeństwie. Nie musisz im wsadzać zapałek między powieki i tłuc bykami: patrzcie, tu jest zagadnienie etyczne.
Spokojnie. Zauważą.



Awatar użytkownika
Seener
Pisarz domowy
Posty: 158
Rejestracja: śr 10 lut 2010, 21:24
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Hybryda (rozdział historii - raczej fantastycznej, ale w dzisiejszych czasach...)

Postautor: Seener » wt 15 sty 2019, 10:21

Dzięki za uwagi i poświęcony czas.

Z przykrością stwierdzam, że większość ma solidne podstawy.
Te, które obciążają mnie, sprytnie pominę milczeniem.

Parę uwag, dlaczego w niektórych miejscach wybrałem tak, a nie inaczej.

Sovardo w zamyśle jest rzeczywiście miastem bogactwa i przepychu, przynajmniej tam gdzie są pieniądze. Troche takie Vegas+Dubaj. Mamy oczyszczoną zatokę, rozrywki, biznes. Wszystko czego potrzebujecie, żeby robić pieniądze i przepuszczać pieniądze.
Za tą lśniącą fasadą są oczywiście również rzesze ludzi, którzy wiodą tam 'zwyczajne' życie. Nie ma imperiów bez niewolników. Są zwykli, dobrze opłacani pracownicy, są ludzie, którzy się tam urodzili, są biedni, są nielegalni imigranci pracujący na czarno.
Czasy, kultura, technika. To wszystko warunkuje jedynie sposoby przejawiania się naturalnych ludzkich skłonności do dobra czy zła.

Instytut bezpieczeństwa to po prostu policja. Formalnie pod nadzorem władz miasta, ale stan faktyczny jest taki, że ktoś daje kasę do budżetu. I liczy na to, że decyzje polityczne będą mu się jakoś zwracać. A przynajmniej nie będzie tak łatwo przejąć wpływy w mieście obcemu kapitałowi (kimkolwiek nie jest, jest obcy) i przejąć potencjał ekonomiczno-biznesowy. Realizują więc, mniej lub bardziej oficjalnie, zadania ochrony interesów miasta w jego obecnej formie. A w każdym razie muszą się liczyć z naciskami w tym kierunku.

Palmer rzeczywiście ma być konkretnym, inteligentnym, zdecydowanym i skutecznym agentem (policjantem). Jest przy tym prostolinijnym "rasistą", ale nie we współczesnym rozumieniu. Jego segregacja polega na tym, że nie lubi ludzkiej głupoty, przejawiającej się w określony sposób. U Oliwera widzi taką "głupotę", ale jednocześnie widzi coś co szanuje. Widzi dla niego nadzieję, jeśli ktoś w porę wskazałby mu drogę. Dlatego po pierwsze Oli nie pasuje mu do jego standardów segregacji, po drugie czasem "kruszeje" i ma ochotę wytłumaczyć, zamiast zdzielić otwartą ręka w potylicę. Oli nie ma z nim szansy na żadnym polu (poza węchem oczywiście), ale Palmer nie ma ochoty go dobijać, żeby pokazać mu swoją wyższość. W założeniu ma się w nim budzić taka beznadziejna (w jego mniemaniu) ochota, żeby zrobić z Oliego człowieka, żeby oszczędzić mu dekady błędów rozpoznawanych własnymi doświadczeniami i wyjaśnić rzeczy, które z perspektywy czterdziestolatka są "oczywiste". Palmer widzi w nim jakiś ślad swojej przeszłości i to osłabia jego "skorupę".

Oli to żaden nerd. Gdyby nie jego zdolność, Anton by go w to nie wciągał. To młody, trochę naiwny, trochę łatwowierny i idealistyczny człowiek, który częściej kierował się emocjami i instynktem, niż logiką.
Dlatego trafił do kliniki, dlatego zdecydował się na eksperymentalny zabieg. Tam poznał "filozoficznie" usposobionego Garbatha, który był czymś w rodzaju nocnego stróża. Dokarmiał zwierzęta wykorzystywane do eksperymentów. W zamian mógł nocować w piwnicy, czytać książki i dostawał jeszcze parę groszy na butelkę podłej wódki.
Sam Oli dał się namówić na eksperymentalny zabieg na własnym mózgu co zakończyło się kwarantanną i procesem sądowym, zakończonym wyrokiem stwierdzającym "człowieczeństwo".

"łotry Antona" to taki zwrot potoczny. Tak jak "mądrale ze skarbowego". Wcale nie oznacza, że wszyscy pracownicy USów wybitnie uzdolnieni.
"pajęczyna przewodów" - no proszę Was... nie mówcie, że w Waszych okolicach nikt nie użył nigdy takiego określenia na niezbyt zorganizowaną plątaninę przewodów.

Albo "czerstwy dowcip". Że tylko pieczywo może być czerstwe. Jaka jest radość z czytania, jeśli wyrazy rozumie się tylko dosłownie? Jaka jest radość z pisania?

Imitacja drewna - nie, nie sklejka. W założeniu pewne towary są już mocno deficytowe. Zwłaszcza surowce naturalne - głównie przez zanieczyszczenie i zmiany klimatu. Oczyszczona Zatoka to skarb, który kosztował góry pieniędzy. Drewno wykorzystywane przemysłowo też kosztuje, bo żeby urosło drtzewo, potrzeba wody. W Iglicach Agriakti zdarzają się stoły z prawdziwego drewna. W Instytucie tylko dobrej klasy syntetyczna imitacja.

@Skylord - czy ja dobrze rozumie? Czytałeś to trzy razy? Przynajmniej miejscami? Więcej nie mógłbym wymagać od własnej rodziny :).
@
MargotNoir pisze:Source of the post Idziesz śladami Dicka i Asimova

Choć widać wyraźnie, że "stopy mam za małe" to jednak muszę to uznać za coś w rodzaju komplementu. Nawet jeśli nie był zamierzony.
Wysłałbym Ci z wdzięczności czekoladki, ale wiem, że niektóre kobiety uznają to za atak na swoją figurę i odpowiadają agresją. Wolę nie ryzykować. :)

Jeszcze raz dzięki.
To chyba pierwszy pomysł, w który wierzę jako książkę, którą


Jako pisarz odpowiadam jedynie za pisanie.
Za czytanie winę ponosi czytelnik.

Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 369
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Hybryda (rozdział historii - raczej fantastycznej, ale w dzisiejszych czasach...)

Postautor: MargotNoir » wt 15 sty 2019, 11:20

Był to komplement jak najbardziej zamierzony. O czekoladkach będę pamiętać i w razie potrzeby się upomnę :)

Pajęczyna: no właśnie. Pajęczyna przewodów, a nie przewody pajęczyny. Żeby nie było jak u Rubika: tęcza wstążki kiedy deszcz. Takie sformułowanie ma konkretną budowę: najpierw to, do czego porównujesz, potem to, co porównujesz. Na niebie jest wstążka tęczy, tęczę wstążki dziewczyna może mieć we włosach. Agregaty łączyła pajęczyna przewodów, a nie przewody pajęczyny.

Jeśli chodzi o resztę: rozumiem. Dobre pomysły, dobra kreacja świata, tylko to się w tekście musi znaleźć. Jeśli nie tu, to w kolejnych fragmentach. Rozumiem, że to część tekstu i po prostu zgłaszam, jakie budzi wątpliwości w tym momencie i przy tej ilości wedzy na temat swojego świata, jaką w tym fragmencie zawarłeś.




Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości