[W W] Muuuuuuuuuuuuuuu (obyczaj) P

Tu wrzuć dopracowane fragmenty opowiadań, które chcesz poddać ocenie Weryfikatorów.
Potem tekst przechodzi do działu "Zweryfikowane"

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Gelsomina
Pisarz domowy
Posty: 129
Rejestracja: pt 11 sty 2019, 13:10
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

[W W] Muuuuuuuuuuuuuuu (obyczaj) P

Postautor: Gelsomina » pn 14 sty 2019, 14:56

I po diabła wyszłam za mąż? Po co mi to było? No tak... Zaraz zaraz... Teraz sobie przypominam, że po prostu chciałam mieć rodzinę. Ale byłam głupia! Przecież gniazdo można założyć, nie wstępując w związek małżeński, a o ile prostsze wtedy jest ewentualne rozstanie, to już o tym nie wspomnę. Co prawda, wychodząc za mąż, nie zakładałam, że po sześciu latach wspólnego pożycia, będę chciała rozwodu. Baaaaa, nie zakładałam tego w ogóle. Byłam pewna, że łączy nas miłość aż po grób tak, jak głosi przysięga. Kiedy przyjaciółki wypłakiwały się na moim ramieniu, skarżąc na swoich mężusiów, a to, że za często wychodzą z kolegami na piwko, a to, że nie mają w sobie za grosz romantyzmu, a to, że oglądają się za innymi, pocieszałam je, jak umiałam, a w duchu myślałam sobie, jaką jestem szczęściarą, mając Jacusia. Z czasem przyjaciółki skarżyły się coraz bardziej na leniwych partnerów, którzy wymigują się od prac domowych i opieki nad dziećmi, a nawet, o zgrozo, dopuszczają się zdrad. Straszne. Utwierdzałam się w przekonaniu, że mój Jaculka to skarb. Przystojny, męski, opiekuńczy, zasypujący mnie kwiatami i prezentami. A ileż miłosnych listów mam schowanych w szufladzie biurka! Nie jakieś tam smsy, maile, a prawdziwe, tradycyjne listy, pisane na przepięknej papeterii. A, jeśli chodzi o seks, to był naprawdę cudowny, szczególnie w pierwszym roku małżeństwa, a później... Tak czy siak, uważałam, że nasze małżeństwo jest doskonałe i dałabym sobie rękę urąbać (mam nadzieję, że chociaż wykazałabym tyle rozsądku, żeby lewą, bo jestem praworęczna), że wpatrzony we mnie jak w obrazek, mężuś, nigdy mnie nie zdradzi. O święta naiwności! Pociechą jest to, że zachowałam obie ręce i tymi ręcyma znalazłam dowód na to, jak bardzo się myliłam. A niech to szlag! Jednak, nim dojdę do sedna sprawy, nadmienię, że mój wybranek miał jedną wadę, która na początku wydawała mi się jedynie wadką, a dla innych (czytaj: moja szanowna mamusia) nawet zaletą.

- A gdzie ty, dziewczyno, takiego drugiego znajdziesz, co do kościoła chodzi, modli na różańcu? A co ci to przeszkadza? Widać, że chłopak dobry, spokojny, zakupy robi, sprząta, gotuje, pierze, kwiaty przynosi... - Tu mamcia musiała złapać oddech, bo aż ją zatchło od wymieniania zalet wszelakich wyżej wymienionego Jacka, czyli zięcia idealnego.

No dobra. Może i racja. Przemogłam się i w niedzielę, po upojnym seksie i przepysznym śniadanku, przyrządzonym przez mężulka, szłam z nim za rączkę do domu bożego, gdzie na około czterdzieści pięć minut, stawałam się posłuszną owieczką: wstawałam, robiłam znak krzyża, siadałam, klękałam... taka swego rodzaju gimnastyka. Później szliśmy na spacer do pobliskiego parku, następnie na lody i na obiad do rodziców Jacusia. Z czasem chodzenie na coniedzielną mszę stało się dla mojego męża niewystarczające i zaczął uczestniczyć w niej również w dni powszednie i nie ma, że boli... trzaskające mrozy, wichury, burze, tropikalne upały, nic a nic, nie przeszkodziło mu w spełnianiu katolickiego obowiązku. Chodził do kościoła nawet z gilem do pasa i tak kaszląc, że ludzie rozbiegali się w panice, byle dalej od niego. Na takie coś to ja się już zgodzić nie mogłam, a utwierdziłam się w postanowieniu, kiedy w niedzielę wielkanocną, zostałam brutalnie zbudzona z najlepszego snu o piątej rano!

- Zwariowałeś??? - Byłam naprawdę wściekła.
- Małpeczko kochana, wstawaj. Przecież musimy zdążyć na Rezurekcję - powiedział z czułym uśmiechem, ubrany w najlepszy garnitur, Jaculka.
- Co???? - Schowałam głowę pod kołdrę i ani myślałam spod niej wyjść, dopóki niebezpieczeństwo nie minie.

Jacek na Rezurekcję poszedł sam, a kiedy wróci,ł nie ukrywał, że jest na mnie śmiertelnie obrażony, ale różaniec za mnie zmówił. Głośno. Nawet dobrze, bo dzięki temu znów zmorzył mnie sen, a później wstałam wypoczęta i pełna energii, tym bardziej, że pogoda za oknem nastrajała optymistycznie. Pogodziliśmy się i stwierdziliśmy, że będziemy dla siebie tolerancyjni, czyli on będzie praktykującym katolikiem, a ja niepraktykującą katoliczką, jeśli tak można nazwać moją niechęć do uczestnictwa w nabożeństwach, ale co tam, bylebym miała spokój. Później uległam tylko raz, ponieważ Jacuś z taką pasją i miłością opowiadał o Triduum Paschalnym, że chciałam się przekonać na własne oczy i uszy o sile tych uroczystości. Wyszłam z pracy o siedemnastej, biegiem zrobiłam zakupy, wpadłam do domu, aby coś przekąsić i się odświeżyć, a następnie, co koń wyskoczy pognałam do kościoła, gdzie miał czekać na mnie Jacuś. Niestety nie wypatrzyłam w tłumie wiernych ani męża, ani wolnego miejsca. Przestałam bite dwie godziny, przestępując z nogi na nogę i ziewając tak szeroko, że o mało nie zwichnęłam sobie szczęki. To nie dla mnie. Zapewne sczeznę w piekle, ale nawet taka groźba nie jest w stanie wywołać we mnie prawdziwych uczuć religijnych. Od tej pory już nie ulegałam takim praktykom i żyliśmy sobie spokojnie aż do momentu, kiedy wiara zaczęła wkraczać do naszego życia intymnego. Okazało się, że wolno kochać się tylko w jednej, wiadomej pozycji, o miłości francuskiej nawet mowy nie ma, a jak już się skusił, to na drugi dzień leciał do spowiedzi, mało nóg nie połamał. Stwierdziłam, że mój małżonek zwariował i prosto z mostu mu to powiedziałam, a nawet zapisałam go na wizytę do psychologa. Z tym trzeba walczyć. Mąż spojrzał na mnie tak, jakbym to ja potrzebowała wizyty u specjalisty, a najlepiej, żebym od razu została poddana serii elektrowstrząsów i stała się warzywkiem jak McMurphy w "Locie nad kukułczym gniazdem". Następnie poskarżył się teściowej na Małpeczkę.

- Dziewczyno, czy ty oszalałaś? Gdzie ty takiego drugiego znajdziesz? - No nie, znów ta sama śpiewka.
- Ale mamo, ty nic nie rozumiesz! Jestem młoda, chcę się bawić, zwiedzać świat, kochać...
- A o to ci chodzi. Coś nie tak z nim w łóżku?
- Wszystko nie tak.
- To twoja wina - stwierdziła mama autorytatywnie. - Spójrz na siebie. Kiedy byłaś ostatnio u fryzjera czy kosmetyczki? Kiedy kupiłaś sobie nowy ciuch? Zapuściłaś się jak dziadowski bicz.
- Rozpuściłaś a nie...
- Cicho! Weź się za siebie, a i świętego na złą drogę sprowadzisz. Do dzieła!

Może i racja. Ostatnio tylko wiara i wiara aż do przesytu i chyba się trochę w tym wszystkim pogubiłam. Nie ma co gdybać, a trzeba działać. Poszłam do pani Kasi, właścicielki salonu piękności i po starej znajomości, wcisnęła mnie bez zapisu, między tłum klientek. Po drodze do domu, przeglądając się z satysfakcją w mijanych witrynach, kupiłam sobie dopasowaną sukienkę z dekoltem i koronkową bieliznę. Drżyjcie narody! Czekałam odziana w seksowne ciuszki, a na stole stygła kolacja i wypalały się świece, a Jacusia nie było widać. W komórce włączała się tylko poczta głosowa. Cóż było robić? Nalałam sobie wina do kieliszka i wysączyłam dla poprawy nastroju. Później drugi kieliszek i trzeci... Przyszedł Jacula, a ja już byłam trochę wstawiona, ale tym bardziej gotowa na seks, więc zaczęłam się do niego przymilać, zamiast skrzyczeć za spóźnienie i nie odbieranie telefonu.

- Małpeczko, jedynie marzę o łóżku... - Na słowo łóżko pognałam do sypialni jak młoda klacz, z tą różnicą, że po drodze zrzuciłam szpilki i sukienkę. Mąż przyczłapał za mną noga za nogą. Normalnie trwało to całą wieczność...
- Jaculku... - Mówiąc to, przytuliłam się do mężowskiej piersi. - Nie uważasz, że już dawno się nie kochaliśmy, a czasem warto popracować nad przekazaniem genów...
- Co? Jestem tak zmęczony, że nie mam siły nawet wziąć prysznica. Marzę tylko o śnie.
- Ale przed snem pieszczotki nie zaszkodzą. - Nie ustępowałam, a wtedy, mimo zmęczenia, wyskoczył jak oparzony z naszej alkowy.
- Małpeczko zaraz ci przyniosę zimny napój i lody, te twoje ulubione z czekoladową polewą. Upał dziś nie do zniesienia, więc trochę się ochłodzisz.
- Daruj sobie - odpowiedziałam zniechęcona. - Ale jak już wstałeś, to przynieś mi wino.

I tak każda moja próba uwiedzenia własnego małżonka spełzała na niczym. Pewnego wieczoru zaczął płakać nad talerzem z kolacją i urywanym od szlochu głosem powiedział, że stał się impotentem, że to nie moja wina, że mnie kocha... Cóż było robić? Małpeczka czyli ja we własnej osobie, przytuliła biednego Myszorka i pocieszała jak mogła.
- Będzie dobrze, ale przestań brać na siebie tyle obowiązków w pracy. To cię wykańcza. Pieniędzy mamy dość. - Pokiwał tylko głową i ponownie się rozszlochał. Postanowiłam, że na jakiś czas zaprzestanę ataków seksualnych i uzbroję się w cierpliwość. Mam dwadzieścia osiem lat, a Jaculka jest ode mnie starszy o dziesięć lat, więc dobiega czterdziestki. Może dopadł go kryzys wieku średniego...

No i zaprzestałam. Minął miesiąc, dwa, pół roku, a ja wmawiałam sobie, że takie białe małżeństwo ma swoje plusy. Na razie nie potrafiłam wymienić ani jednego, ale na pewno są. Rekompensowałam sobie braki pysznym jedzonkiem, a gotowałam i piekłam naprawdę dobrze. Jednak zauważyłam, że zaczęło mi to wchodzić w boczki i kamuflowałam naddatki tłuszczyku, spodniami na gumkę i luźnymi bluzkami. Tak odziana szłam do pracy i łudziłam się, że nikt nie zauważy powstałych krągłości. Nie mogłam sobie odmówić porcyjki lodów, które obficie polewałam ajerkoniakiem. Z czasem wystarczał mi już tylko ajerkoniak, a później innego rodzaju trunki. Mimo otumanienia procentami zauważyłam, że Jacula zaczął bardzo o siebie dbać, a nawet korzystać z solarium, które kiedyś uważał za bardzo niezdrowe dla skóry, a wręcz potępiał. Chodził też na siłownię, a nawet zakupił rower stacjonarny i postawił w naszej sypialni, aby co wieczór go ujeżdżać. Wtedy przemykałam do łóżka, szczelnie owinięta szlafrokiem, ponieważ zaczęłam wstydzić się swojego męża. Ale jego niewiele obchodziło, czy jestem naga, czy ubrana... Może teraz to nawet lepiej. Kiedy Jacuś piękniał, ja...

- Dziewczyno, jak ty wyglądasz??? I co ty na siebie włożyłaś? Worek po kartoflach? - Mama nie kryła oburzenia. - Coś się tak zapuściła?

A co jej będę tłumaczyć.

- Zaraz zapuściła. Mam gorsze dni.
- Raczej gorsze miesiące. Przecież zaraz wyjeżdżacie na urlop. Jak ty będziesz wyglądała w kostiumie?

A niech to szlag! Rzeczywiście. Ale przecież niewiele jem, a tylko piję... Hm... I zaczęłam co wieczór ujeżdżać ukochany sprzęt męża. Urlop zbliżał się nieubłaganie, a tłuszczyk nie miał zamiaru mnie opuścić, więc z rozpaczy piłam więcej. Często miałam wolną chatę, bo Myszorek wyjeżdżał w delegacje i mogłam bezwstydnie obalać wieczorem butelkę czerwonego wina. Na następny dzień czułam się okropnie i obiecywałam sobie, że już nigdy więcej, ale kiedy około południa kac mijał, obiecanki schodziły na dalszy plan.

Mieliśmy wyjechać w sobotę, ale urlop wzięłam już od środy. Chciałam na spokojnie nas spakować, opłacić rachunki, ogarnąć chatynkę i doprowadzić się do ładu, ale pierwszy dzień urlopu zaczęłam od zrobienia sobie drinka. Pierwszy łyczek i wstąpiła we mnie energia. Zaczęłam przeglądać ubrania i stwierdziłam, że wielu nie nosiłam od lat, więc trzeba je spakować do pudła i wynieść na strych. Po powrocie znad morza zdecyduję, co z nimi zrobię. Jak pomyślałam tak też zrobiłam. Pociągnęłam drugi łyk smakowitego drineczka i uniosłam ciężkie pudło jak piórko, a następnie wspięłam się z nim po schodach. Przecież nie będę czekała z takim drobiazgiem na Jacusia. Dam se radę. No i dałam. Na strychu, na którym byłam wieki temu, dopadły mnie wspomnienia i sobie nawet puściłam łezkę, może dwie. Zeszłam na dół po drinka, do którego sowicie dolałam wódki, a trochę mniej soku pomarańczowego i wróciłam z nim na strych. Postanowiłam, że pobuszuję trochę w pamiątkach i innych szpargałach, które trzymaliśmy w odpowiednio oznaczonych pudłach. Sięgnęłam po pierwsze z brzegu i znalazłam porcelanowe figurki aniołków, które zbierałam w dzieciństwie, a pod nimi kolekcję słoni, koniecznie z podniesioną trąbą, które niegdyś z pasją zbierał Jacuś. Kiedy to było? Dawno, dawno temu w odległej galaktyce, kiedy jeszcze wierzył, że słoń przynosi szczęście. Toż to grzech. Uśmiechnęłam się. Wyciągnęłam największego słonia i przyglądałam mu się, nie dowierzając, że Jacuś mógł kupić taki kicz.
Jednak ostrożnie odłożyłam go na miejsce, bo przecież zyskał wartość sentymentalną, czyli jest bezcenny i wtedy zauważyłam coś kolorowego obok jego pokaźnej trąby. Ostrożnie odsunęłam resztę figurek i moim oczom ukazała się papierowa, błyszcząca torebka, a na niej wizerunek uśmiechniętego bobasa, otoczonego kwiatkami i motylkami. O jakie urocze zjawisko - pomyślałam. Zajrzałam do środka i znalazłam tam przesłodkie, malutkie, różowe buciczki. Rozkoszne..., ale zaraz zaraz, skąd one się tutaj wzięły? Takie butki dostają mężczyźni od swoich ciężarnych partnerek, a Jaculka jest jedynym mężczyzną, który mieszka w tym domu, a ja jedyną kobietą, ale na pewno nie jestem ciężarna, ponieważ stosuję najskuteczniejszą metodę antykoncepcyjną, czyli całkowitą wstrzemięźliwość seksualną, nie licząc sprawiania sobie samej, od czasu do czasu, przyjemności. Jakoś trzeba sobie radzić, no nie? Święta, w przeciwieństwie do Myszorka, to ja nie jestem. Ale, wracając do tematu... Co te buciki robią w naszym pudle z pamiątkami?
Zajrzałam jeszcze raz do torebki i znalazłam w niej kopertę, która wcześniej umknęła moim oczom. Z koperty wyjęłam list i przeczytałam go jednym tchem. Był pełen miłosnych wyznań, pieszczotliwych, figlarnych słów, a na końcu... Najukochańszy Jacku, dzięki Tobie jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie. Teraz gdy wiem, że zostaniemy rodzicami, to miłość wypełnia mnie po brzegi. Kocham cię, kocham, kocham....
A niech to szlag. To nie może być prawda. Na pewno, wchodząc na strych, wyrżnęłam się w łeb o powałę, spadłam ze schodów i teraz leżę w szpitalu, będąc w śpiączce i śnię takie horrory, a przy moim łóżku siedzi mój wspaniały, wierny mąż i zrozpaczonym, ale pełnym nadziei głosem mówi...

- Małpeczko, dlaczego sama wchodzisz na strych. Mogłaś poczekać na mnie. Wtargałbym ci to pudło... - Nagle zamilkł. Jego wzrok padł na list i buciki, które trzymałam na kolanach. - To nie moje. - Czyżby w jego głosie naprawdę brzmiała rozpacz
- A CZYJE???????? - wydarłam się aż sufit zatrząsł się nam nad głowami. Niestety nie doczekałam się odpowiedzi, a w sumie byłam ciekawa, jakie kłamstewko na poczekaniu wymyśli. Widocznie wystraszyłam go swoim krzykiem. Nie czekał na więcej, ale z szybkością geparda pokonał schody. Przecież nie zamierzałam go gonić. Co jak co, ale godność swoją mam. Takich rzeczy nie robi się kochającej i ufającej bezgranicznie żonie. Takich rzeczy kochająca i ufająca żona nigdy nie wybacza. Chciałam zapiec się w złości, ale wbrew sobie usiadłam na podłodze i zaczęłam płakać. Ale byłam głupia! Dokończyłam drinka i podniosłam się, prostując dumnie, a wtedy naprawdę wyrżnęłam łbem o belkę. Zabolało jak cholera i błyskawicznie urósł mi wielki guz po prawej stronie głowy. Pomyślałam, że gdybym nabiła sobie guza jeszcze po lewej, to będzie namiastka rogów.. jak znalazł.

Zeszłam na dół, a tam mój niewierny małżonek cały w pąsach, z mnóstwem czerwonych róż w ramionach, klęczy na dywanie w salonie. Kiedy tylko mnie ujrzał, od razu wpadł w lament i błagał o przebaczenie swoją Małpeczkę. Małpeczka czyli ja, zdradzona żona, żona wpuszczona w kanał, której naiwność graniczyła z głupotą, podeszła do zapłakanego Myszorka i dała mu z całej siły w gębę. Biedny Jacula wypuścił z wrażenia różyczki z drżących rączek i powiedział - Jak możesz, Małpeczko?
Nie, tego to już mi było za wiele. - Paszoł won! - wrzasnęłam. Następnie wpadłam w taki szał, że z siłą wodospadu zmiotłam wszystkie jego rzeczy na środek podwórka, a na wierzchołku góry zatknęłam przeuroczą torebkę. Rower sobie zostawiłam. W końcu coś ujeżdżać muszę.

Z urlopu nie zrezygnowałam, ale nie pojechałam nad morze, tracąc tym samym wpłacony wcześniej, dość pokaźny zadatek. Chciałam znaleźć spokojne, ustronne miejsce i w końcu padło na malutką wieś, położoną nad rzeczką, wśród lasów. Dotarłam na miejsce zapyziałym busem, który prowadził niesympatyczny kierowca z mordem w oczach. Cóż, mogłam pojechać samochodem, ale trudno byłoby jednocześnie popijać wino z butelki po soku, rozmyślać nad tym, co się stało i prowadzić... W przydrożnej gospodzie nie było dla mnie miejsca, ale urocza właścicielka pokierowała mnie do równie uroczej pani Marysi, która wynajmowała pokoje w swoim prześlicznym jednopiętrowym domku. Przyjęła mnie z otwartymi ramionami, tym bardziej, że byłam pierwszą w tym sezonie wczasowiczką. Dostałam ładny pokoik z ukwieconym balkonem, z którego widok rozpościerał się na sosnowy las. Zaraz za płotem, okalającym posiadłość pani Marysi, zobaczyłam pasące się trzy krowy, a za nimi malownicze budynki stodół, w tym jedną wskazującą na przebyty pożar. Wysłuchałam, co ma mi do powiedzenia gospodyni, na temat oszczędzania wody, segregowania śmieci i zamykania drzwi wejściowych, a następnie z ulgą zamknęłam za nią drzwi, ciesząc się nareszcie, otaczającą mnie ciszą. Następnie chwyciłam butelkę po soku, usiadłam na balkonie w starym fotelu i zaczęłam przyglądać się krówkom, popijając winko. Wolałabym, żeby było zimne, ale nie chciało mi się iść do kuchni i włożyć go na trochę do zamrażalnika, więc delektowałam się tym, co mam. Przymknęłam oczy...

- Renatka! Jola! Grażynka! Chodźcie dziewczynki. Przyniosłem wam jabłuszka. Grażynka! Ogłuchłaś, babo jedna?

Donośny głos sprawił, że podskoczyłam na fotelu i wylałam na siebie zawartość butelki. No nie! Dobrze, że w walizce mam jeszcze dwie butelki. Przezorny zawsze ubezpieczony. Spojrzałam w kierunku wrzasku i zobaczyłam mężczyznę w nieokreślonym wieku, ubranego w białą koszulę, czarną kamizelkę i czarne spodnie, których nogawki schowane były w granatowych gumowcach. Osobnik miał na głowie czarny kapelusz, a w dłoniach metalowe wiadra, po brzegi wypełnione papierówkami.

- Jolka, nie fikaj, tylko podążaj do mnie, bo ci jabłuszek zabraknie.

Na te słowa jedna z krówek, na moje oko najmłodsza, pobiegła w podskokach do gospodarza, a dwie starsze podążyły za nią majestatycznie.

- Jak będziecie grzeczne, to i drugą porcję wam przyniosę. - Krowy zachowały całkowitą obojętność na taką deklarację, a skupiły się na konsumowaniu owoców. Mężczyzna zniknął za stodołą, by wrócić po kilku minutach z następną dostawą jabłek. W tym samym momencie, jedna z krów, która stała zadem w moim kierunku, nagle podniosła ogon i zrobiła wielką kupę. O rany! Obrzydliwość.
- No najadłyście się dziewczynki, to jazda do domu. Grażynka! Jolka! Renatka! - Darł się mężczyzna, a krowy posłusznie podążały za jego głosem.

No nareszcie będzie trochę spokoju...

Mimo wypitego wina długo nie mogłam zasnąć. Udało mi się dopiero, jak zaczęło widnieć. Zapadłam w drzemkę, z której nagle wyrwał mnie znajomy głos.

- Renata cholero jedna! Pospiesz się, bo do jutra nie zajdziemy na pastwisko! - Wtedy rozszczekały się psy z całej okolicy, zapiały koguty, a sroki, skrzecząc niemiłosiernie, ganiały się wśród listowia przydomowej brzozy. A niech to szlag! Muszę zamykać na noc okno, ale przecież w takim upale się uduszę. W takim razie muszę kupić zatyczki do uszu. Chyba mają tu taki asortyment...

Nie mieli, ale za to byli w posiadaniu najprzeróżniejszych trunków. Tym razem postawiłam na piwo, które po powrocie do domu, porządnie ochłodziłam, a następnie zaczęłam popijać, siedząc na wspomnianym już balkonie. O cholera. Romeo wraca z krowami i już po spokoju.

- A nie chce mleka? - krzyknął mężczyzna, zadzierając głowę i patrząc w moim kierunku.
- Ja?
- A widzi tu kogoś jeszcze?
- Mleka?
- No mleka, to taki biały płyn i w dodatku prosto od krowy. - Czyżby się ze mnie nabijał? - I twaróg mam i masło. Sam robię. Chce, czy nie chce? - Zaniemówiłam. - Jak chce, to niech do mnie przyjdzie jutro o dziesiątej, świeżutkie jej dam, Marysia powie jak do mnie trafić. Aaaa..., tylko niech butelkę weźmie po mineralnej.
- Butelkę? - Byłam naprawdę oszołomiona. Nigdy nie piłam mleka prosto od krowy.
- No butelkę na mleko. - Gospodarz pokiwał głową i zdawało mi się, że zrobił to z politowaniem. - Renatka, a gdzieś ty tam wlazła cholero jedna? Zobaczysz, że cię do rzeźni oddam!

Następnego dnia, w okolicach dziesiątej, wzięłam butelkę po wodzie mineralnej i podreptałam do pani Marysi, aby mi powiedziała, gdzie mieszka facet od krów.

- Andrzej? - zapytała pani Maria.
- Nie wiem czy Andrzej, ale chodzi mi o tego mężczyznę, którego krowy pasą się codziennie pod pani płotem.
- Andrzej.
- No to zechce mi pani powiedzieć, jak do niego trafić?
- Łatwo.
- Aha. - Pani Maria naprawdę dziwnie się zachowywała, więc zapytałam wprost, o co jej chodzi.
- Ano chodzi o to, że Andrzej... - Tu zawiesiła dramatycznie głos, aż mnie ciarki przeszły. - Otóż Andrzej - ciągnęła dalej, a ja coraz bardziej zaintrygowana wpatrywałam się w nią jak sroka w gnat. - Andrzej podrywa kobiety na mleko prosto od krowy - wypaliła gospodyni jednym tchem, a ja po dłuższej chwili konsternacji dostałam ataku śmiechu, który trwał i trwał. Prawdę powiedziawszy, dawno się tak nie ubawiłam.
- A niech się pani śmieje, ale później proszę mi nie mówić, że pani nie ostrzegałam. Jakby co, to on się z panią nie ożeni, a jedynie następną krowę nazwie pani imieniem. Była tu parę lat temu taka Grażynka z Warszawy, pani profesor. I też jej się mleka zachciało, a później to za nic wyjechać nie chciała, tylko za Andrzejem jak cielę łaziła. Nie powiem, zarobiłam na niej sporo, ale żal kobieciny, zakochała się na zabój. W końcu mąż po nią przyjechał i siłą do samochodu zapakował. Wierzgała jak opętana jakaś.
- Ale bajki pani opowiada.
- Żadne bajki - oburzyła się pani Maria. - Po niej była Renata. Piękna kobieta, dystyngowana, no dama po prostu, ale cóż, jak i ona mleka zapragnęła, a po kilku dniach spakowała się, pożegnała ze mną i do Andrzeja chciała wprowadzić, a on jej veto postawił. Ależ rozpaczała, krzyczała, że go kocha, że tylko on sprawił, że poczuła się prawdziwą kobietą. I nic z damy nie zostało. Andrzej się zlitował, sprawdził, kiedy odjeżdża bus do Łodzi, wziął walizkę w jedną rękę, a Renatkę pod drugą i wpakował do tego busa, choć się bardzo opierała, a później na pożegnanie jej pomachał. Ludzie mieli widowisko, że ho ho. Jola była u mnie dwa lata temu. Wesolutka jak szczygiełek. Fajna taka, że aż miło. Kiedy zobaczyłam, że idzie po mleko, postanowiłam ją ostrzec, ale śmiała się tak jak i pani, do rozpuku i poszła, i tak chodziła codziennie przez dwa tygodnie, a zadowolona jaka była, a wypiękniała jak królewna. Stwierdziła, że z Andrzejem to może nawet krowy paść, gnój wyrzucać, ale on ani myślał jej na gospodarstwo brać. Na szczęście Jolka nie rozpaczała, a powiedziała do mnie, że rozumie Andrzeja i jest mu wdzięczna za wszystkie chwile szczęścia. To jej wystarczy. Wycałowała mnie na pożegnanie, pomachała Andrzejowi, który akurat krowy z pastwiska sprowadził, posłała mu buziaka i odjechała.

Stałam z rozwartą buzią, naprawdę nie wiem jak długo. Ocknęłam się, kiedy poczułam, że ślina wypływa mi kącikiem ust. Musiałam wyglądać bardzo zabawnie, ponieważ gospodyni, do tej pory śmiertelnie poważna, nagle zachichotała. Wierzchem dłoni otarłam ślinę, przełknęłam jej nadmiar, zgniotłam butelkę i poszłam wrzucić ją do worka na plastik. Pani Maria pokiwała głową z wyraźną aprobatą. No co jak co, ale ja nie zamierzam uganiać się za facetem. Owszem potrzebuję mężczyzny, ale to on ma zabiegać o mnie, a nie odwrotnie. Upokorzeń miałam dość na następne sto lat.
Tym razem zamiast siedzieć na balkonie i pić, poszłam na długi spacer do lasu, a później nad rzekę. Wykąpałam się, poopalałam i poczułam się naprawdę dobrze, prawie tak jak dawniej, nim zostałam zdradzoną żoną. Poza tym przypomniałam sobie, że w sumie to ja nie przepadam za mlekiem.

Po trzech tygodniach abstynencji, kąpieli rzecznych i słonecznych, wróciłam do domu tym samym zapyziałym busem, prowadzonym przez kierowcę, w którego oczach nie dojrzałam tym razem żądzy mordu, ale zainteresowanie, a nawet podziw. Uśmiechał się do mnie szeroko, ilekroć na niego spojrzałam, więc stwierdziłam, że lepiej będę gapić się w okno. Co prawda zauważyłam, że jest nawet przystojny, ale na razie nie chciałam zawierać nowych znajomości. Przyjdzie na to czas. Podróż minęła szybko, a ja, wysiadając z busa, śledzona spojrzeniem kierowcy, pomyślałam, że nareszcie mogę zacząć nowe życie. Nie będę już szukać pocieszenia w alkoholu i nikomu nie pozwolę nazywać się Małpeczką, Żabcią czy inną zwierzyną. Mam całkiem ładne imię. Jestem mądrą, energiczną, piękną kobietą z poczuciem humoru, a moja wartość w związku nie będzie dzielić się na dwa, ale mnożyć.

A swoją drogą, to trochę mnie intryguje, co ten Andrzej w sobie ma...



Awatar użytkownika
Navajero
Pisarz
Pisarz
Posty: 4820
Rejestracja: czw 20 gru 2007, 17:32
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Muuuuuuuuuuuuuuu (obyczaj) P

Postautor: Navajero » pn 14 sty 2019, 15:02

Ech ci kowboje ;)


Panie, ten kto chce zarabiać na chleb pisząc książki, musi być pewny siebie jak książę, przebiegły jak dworzanin i odważny jak włamywacz."
dr Samuel Johnson

Awatar użytkownika
Gelsomina
Pisarz domowy
Posty: 129
Rejestracja: pt 11 sty 2019, 13:10
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Muuuuuuuuuuuuuuu (obyczaj) P

Postautor: Gelsomina » pn 14 sty 2019, 15:08

Szybko czytasz :clap:
Ale co? Może być? Czy dać sobie spokój z taka pisaniną? Jest poprawnie czy niepoprawnie? Jestem ciekawa zdania pisarza.



Awatar użytkownika
Navajero
Pisarz
Pisarz
Posty: 4820
Rejestracja: czw 20 gru 2007, 17:32
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Muuuuuuuuuuuuuuu (obyczaj) P

Postautor: Navajero » pn 14 sty 2019, 15:22

Ale ja jestem zbyt leniwy, żeby robić analizę tekstu, mogę co najwyżej ocenić go w kilkuwyrazowym, nie wnoszącym treści komentarzu :P Generalnie nie jest źle, wypadałoby apgrejdować warsztat, ale i ten nie jest tragiczny. Pisz dalej :)


Panie, ten kto chce zarabiać na chleb pisząc książki, musi być pewny siebie jak książę, przebiegły jak dworzanin i odważny jak włamywacz."

dr Samuel Johnson

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1379
Rejestracja: wt 15 lis 2011, 18:40
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Muuuuuuuuuuuuuuu (obyczaj) P

Postautor: Gorgiasz » pn 14 sty 2019, 15:58

Przeczytałem z zainteresowaniem, choć to nie moja tematyka. Brzmi przekonująco, lekko napisane, z dystansem do narratora i wydarzeń, czyta się płynnie i prawie z uśmiechem. Podobało się.
Jest kilka potknięć, ale to drobiazgi; nie mają wpływu na ogólne wrażenie.

Wydaje mi się, że za dużo „u” w tytule. Trzy-pięć by wystarczyło.

Zaraz zaraz...

Zaraz, zaraz...

Baaaaa, nie zakładałam tego w ogóle.

Napisałbym: Ba, nie zakładałam tego w ogóle.

Nie jakieś tam smsy,

Lepiej: SMS-y

A, jeśli chodzi o seks

Zbędny przecinek (spójnik złożony).

Jacek na Rezurekcję poszedł sam, a kiedy wróci,ł nie ukrywał,

Jacek na Rezurekcję poszedł sam, a kiedy wrócił, nie ukrywał,

Pogodziliśmy się i stwierdziliśmy, że będziemy dla siebie tolerancyjni,

Napisałbym, żeby uniknąć powtórzenia końcówek: Pogodziliśmy się, stwierdzając, że będziemy dla siebie tolerancyjni,

zamiast skrzyczeć za spóźnienie i nie odbieranie telefonu.

zamiast skrzyczeć za spóźnienie i nieodbieranie telefonu

Jestem tak zmęczony, że nie mam siły nawet wziąć prysznica.

Raczej „prysznic”.

Małpeczka czyli ja we własnej osobie, przytuliła biednego Myszorka i pocieszała jak mogła.

Małpeczka, czyli ja we własnej osobie, przytuliła biednego Myszorka i pocieszała, jak mogła.

Nie mogłam sobie odmówić porcyjki lodów, które obficie polewałam ajerkoniakiem.

Napisałbym: porcji.

Mimo otumanienia procentami zauważyłam, że Jacula zaczął bardzo o siebie dbać, a nawet korzystać z solarium, które kiedyś uważał za bardzo niezdrowe dla skóry, a wręcz potępiał. Chodził też na siłownię, a nawet zakupił rower stacjonarny i postawił w naszej sypialni, aby co wieczór go ujeżdżać.

Czy powyższe naprawdę nie dałoby kobiecie (żonie zwłaszcza) nic do myślenia?

Jak pomyślałam tak też zrobiłam.

Jak pomyślałam, tak też zrobiłam.

Pociągnęłam drugi łyk smakowitego drineczka i uniosłam ciężkie pudło jak piórko, a następnie wspięłam się z nim po schodach.

„ drineczka”: wydaje mi się, że to zdrobnienie nie jest najszczęśliwsze.

Zeszłam na dół po drinka, do którego sowicie dolałam wódki, a trochę mniej soku pomarańczowego i wróciłam z nim na strych. Postanowiłam, że pobuszuję trochę w pamiątkach i innych szpargałach,

Powtórzone „trochę”.

- Czyżby w jego głosie naprawdę brzmiała rozpacz

Brakuje czegoś na końcu.

- wydarłam się aż sufit zatrząsł się nam nad głowami.

- wydarłam się, aż sufit zatrząsł się nam nad głowami.

Pomyślałam, że gdybym nabiła sobie guza jeszcze po lewej, to będzie namiastka rogów.. jak znalazł.

Dwie kropki. A pewnie miało być ich trzy.

Małpeczka czyli ja, zdradzona żona, żona wpuszczona w kanał, której naiwność graniczyła z głupotą, podeszła do zapłakanego Myszorka i dała mu z całej siły w gębę.

Małpeczka, czyli ja, zdradzona żona, żona wpuszczona w kanał, której naiwność graniczyła z głupotą, podeszła do zapłakanego Myszorka i dała mu z całej siły w gębę.

Biedny Jacula wypuścił z wrażenia różyczki z drżących rączek i powiedział - Jak możesz, Małpeczko?

Trochę za dużo tych zdrobnień i nie zawsze są trafione.

- Nie wiem czy Andrzej, ale chodzi mi o tego mężczyznę, którego krowy pasą się codziennie pod pani płotem.

- Nie wiem, czy Andrzej, ale chodzi mi o tego mężczyznę, którego krowy pasą się codziennie pod pani płotem.

Tym razem zamiast siedzieć na balkonie i pić, poszłam na długi spacer do lasu, a później nad rzekę.

Tym razem, zamiast siedzieć na balkonie i pić, poszłam na długi spacer do lasu, a później nad rzekę.

Swoją drogą, cierpliwość narratorki wobec małżonka jest zastanawiająca. Ale może bywa i tak.



Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 336
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Muuuuuuuuuuuuuuu (obyczaj) P

Postautor: MargotNoir » pn 14 sty 2019, 16:44

Warsztatowo mi się podoba. Zabawne, przykuwa uwagę. Plus za dwuznaczność, czy nawet trzyznaczność tytułu Miły jest ten lekko absurdalny klimacik i wplecenie w tekst kilku momentów z pogranicza realizmu i magii (materializacja róż i magiczne psychotropowe właściwości mleka).

Zastanawiam się tylko, gdzie na tym pograniczu magii i absurdu jest chowanie bucików i listu w pudełku na pamiątki - to nie wygląda jak coś, co powinno być magiczne czy nierealne, raczej, jakby Ci się nie chciało wymyślać lepszego sposobu na odkrycie pamiątek.

Jeśli chodzi o treść...
Sama nie wiem. Znów załączę ten sam disclaimer, co zwykle, czyli: mam ogromne problemy z odróżnieniem parodii od tekstu potraktowanego na serio.

Nie zrozum mnie źle, wiem, że miał być humor i jest humor. Tu nie mam uwag.

ChodI mi o to, że jeśli ten tekst nie miał być parodią jemu podobnych to niestety fabularnie jest kiepski. Zaczynasz od kliszy ogranej jak kaseta VHS z wypożyczalni z "Lolitą". Potem zaskoczył kościółkowy mąż. Tekst dużo by zyskał, gdybyś na tym poprzestała, ale do kliszy wrociłaś i potem poza magicznym mlekiem w tekście nie ma niczego zwracającego uwagę. Zakończenie też typowe dla gatunku.

I jeśli to parodia, mająca wyśmiewać i pokazywać nonsens działania takich kobiet to jest nieźle, choć nie super, bo jak widać zamysł nie jest jasny. Trochę zabrakło tego "puszczenia oczka" do czytelnika, może było, a ja jestem waflem i nie widzę.



Awatar użytkownika
Gelsomina
Pisarz domowy
Posty: 129
Rejestracja: pt 11 sty 2019, 13:10
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Muuuuuuuuuuuuuuu (obyczaj) P

Postautor: Gelsomina » pn 14 sty 2019, 17:37

Gorgiaszu bardzo dziękuję za poprawki i chętnie je naniosę :)
Margot, jeśli czegoś zabrakło, to tylko wina autora. Dziękuję za czytanie :)
Chciałam na wesoło przedstawić powagę sytuacji, ale widocznie nie sprostałam :ups:
Bardzo cenię każdą opinię i biorę sobie do serducha.
Długo zastanawiałam się, co dać na pierwszy ogień, ale doszłam do wniosku, że wszystko to kiepszczyzna, więc ene due rike fake... i bęc. Teraz się upewniłam. Dzięki :)



Awatar użytkownika
Katka
Pisarz domowy
Posty: 70
Rejestracja: sob 12 sty 2019, 17:50
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Muuuuuuuuuuuuuuu (obyczaj) P

Postautor: Katka » pn 14 sty 2019, 19:22

Z czasem chodzenie na coniedzielną mszę stało się dla mojego męża niewystarczające i zaczął uczestniczyć w niej również w dni powszednie i nie ma, że boli... trzaskające mrozy, wichury, burze, tropikalne upały, nic a nic, nie przeszkodziło mu w spełnianiu katolickiego obowiązku.

Codzienna msza św. nie jest obowiązkiem katolika. Niedzielna i w święta owszem. :)

Na takie coś to ja się już zgodzić nie mogłam

Bez cosia chyba brzmiałoby lepiej. Może po prostu: "Na to już zgodzić się nie mogłam"?


Od tej pory już nie ulegałam takim praktykom i żyliśmy sobie spokojnie

Nie ulegałam takim namowom albo nie godziłam się na takie praktyki.


kupiłam sobie dopasowaną sukienkę z dekoltem

W sumie to każda sukienka ma dekolt, rozumiem, że ta miała głęboki. ;)

Drżyjcie narody!

Coś tu się chyba wydarzyło nie tak jak trzeba. Tak jakbyś połączyła "klękajcie narody" z czymś jeszcze. A może się czepiam? Ale jakoś mi to nie brzmi. Może niech drżą mężczyźni albo męskie serca! ;)

Czekałam odziana w seksowne ciuszki, a na stole stygła kolacja i wypalały się świece, a Jacusia nie było widać.

To drugie "a" można by wywalić i od Jacusia rozpocząć nowe zdanie.

ponieważ zaczęłam wstydzić się swojego męża[/quote]
Może lepiej brzmiałoby "wstydzić się przed swoim mężem". W tej formie brzmi, jakby to mąż był powodem do wstydu przed innymi ludźmi.


Jak pomyślałam tak też zrobiłam.

Chyba zbędne, to wynika z dalszej części tekstu.

Sięgnęłam po pierwsze z brzegu i znalazłam porcelanowe figurki aniołków, które zbierałam w dzieciństwie, a pod nimi kolekcję słoni, koniecznie z podniesioną trąbą, które niegdyś z pasją zbierał Jacuś.

Uwaga na powtórzenia.


Takie butki dostają mężczyźni od swoich ciężarnych partnerek, a Jaculka jest jedynym mężczyzną, który mieszka w tym domu, a ja jedyną kobietą

Tu też.

pieszczotliwych, figlarnych słów

Samo "pieszczotliwych" chyba by wystarczyło. Figlarny może być uśmiech albo człowiek, czy słowo - nie wiem.

a przy moim łóżku siedzi mój wspaniały, wierny mąż

Uwaga na nadmierne zaimki. Warto sprawdzić, które można wykreślić bez utraty sensu tekstu. ;)

wpadł w lament

jak mówił mój profesor w podobnych sytuacjach "te wyrazy się nie lubią" :D Nie wpadamy w lament - wpadamy w szał albo lamentujemy.

Następnie wpadłam w taki szał

No właśnie, teraz pięknie!

kierowca z mordem w oczach

Tu też coś nie gra. Może z żądzą mordu?

W przydrożnej gospodzie nie było dla mnie miejsca, ale urocza właścicielka pokierowała mnie do równie uroczej pani Marysi, która wynajmowała pokoje w swoim prześlicznym jednopiętrowym domku. Przyjęła mnie z otwartymi ramionami

Ponownie powtórzenia i ponownie zaimki osobowe.

na przebyty pożar

Hmmm... przebyta choroba, a pożar? Jakieś inne słowo powinno się tu znaleźć.


ciągnęła dalej

podobny błąd jak "kontynuowała dalej", wiadomo, że dalej, bo "ciągnęła" ma w sobie tę informację.


zapyziałym busem

Ojej, mam problem z zapyziałym busem. Te słowa też się raczej nie lubią.

prowadzonym przez kierowcę, w którego oczach nie dojrzałam tym razem żądzy mordu

Otóż to!

A swoją drogą, to trochę mnie intryguje, co ten Andrzej w sobie ma...

Mnie też. I szkoda, że się nie dowiedziałam, bo spodziewałam się jakiejś mrocznej albo groteskowej historii.

Ogólnie rzecz biorąc, naprawdę mi się podobało, mimo tych potknięć, które wypunktowałam. Interpunkcją zajął się Gorgiasz, więc to pominęłam. Rzuciło mi się w oczy sporo powtórzeń, również składniowych, często zaczynasz od "a" lub "ale". Nie ma w tym niczego złego, ale zdania wielokrotnie złożone, w których to się powtarza, mogą się nie podobać. Na szczęście takie rzeczy są do wyłapania i poprawienia. Ważne, że jest co poprawiać. Czyta się szybko, lekko i przyjemnie, humor w porządku. Może trochę razi mnie stereotypowe traktowanie bohaterów - no ale to chyba taka konwencja. Poza tym część z mężem i część z Andrzejem jakoś mi się ze sobą nie łączą. Nie widzę związku. Oba wątki są jakby urwane i niewiele z nich wynika.

Gratuluję lekkiego pióra! :)


"Moje znaki szczególne
to zachwyt i rozpacz."
W. Szymborska

Awatar użytkownika
Gelsomina
Pisarz domowy
Posty: 129
Rejestracja: pt 11 sty 2019, 13:10
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Muuuuuuuuuuuuuuu (obyczaj) P

Postautor: Gelsomina » pn 14 sty 2019, 19:39

Katko, dziękuję za wychwycenie błędów :)
Myślę, że gratulacje są na wyrost :ups:
* Poza tym część z mężem i część z Andrzejem jakoś mi się ze sobą nie łączą. Nie widzę związku. Oba wątki są jakby urwane i niewiele z nich wynika.*
Mnie się łączą. Ale ja się nie znam. Zresztą już przestałam pisać, przynajmniej na razie. Ostatnie, co wyszło spod mojej ręki, to bajka, która powstała w grudniu zeszłego roku.
Pozdrawiam :)



Awatar użytkownika
Katka
Pisarz domowy
Posty: 70
Rejestracja: sob 12 sty 2019, 17:50
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Muuuuuuuuuuuuuuu (obyczaj) P

Postautor: Katka » pn 14 sty 2019, 19:43

Gelsomina pisze:Source of the post Zresztą już przestałam pisać, przynajmniej na razie. Ostatnie, co wyszło spod mojej ręki, to bajka, która powstała w grudniu zeszłego roku.

To wielka szkoda! Dlaczego przestałaś pisać? (Jeśli to tajemnica, to przepraszam za wścibstwo.)


"Moje znaki szczególne
to zachwyt i rozpacz."
W. Szymborska

Awatar użytkownika
Gelsomina
Pisarz domowy
Posty: 129
Rejestracja: pt 11 sty 2019, 13:10
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Muuuuuuuuuuuuuuu (obyczaj) P

Postautor: Gelsomina » pn 14 sty 2019, 19:45

Właśnie dlatego, co czytałaś powyżej :ups:
Rejestrując się tutaj, chciałam się tylko upewnić, co do słuszności swojej decyzji. ;)
Może będę pisać, ale do szufladki :lol:



Awatar użytkownika
Gorgiasz
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1379
Rejestracja: wt 15 lis 2011, 18:40
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Muuuuuuuuuuuuuuu (obyczaj) P

Postautor: Gorgiasz » pn 14 sty 2019, 19:51

Gelsomina pisze:
Może będę pisać, ale do szufladki :lol:

Nie przesadzaj! Przecież są osoby, którym tekst odpowiada. Nigdy nie ma i nie będzie tak, aby coś podobało się wszystkim. A z krytyką trzeba nie tylko umieć żyć i pracować dalej, ale również na bieżąco ją wykorzystywać, doskonaląc swoją twórczość.



Awatar użytkownika
Katka
Pisarz domowy
Posty: 70
Rejestracja: sob 12 sty 2019, 17:50
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Muuuuuuuuuuuuuuu (obyczaj) P

Postautor: Katka » pn 14 sty 2019, 19:52

Gelsomina,
Ale przecież te błędy są do wyczyszczenia przy korekcie czy redakcji. Wystarczy tekst dopracować i będzie grał. :) Najważniejsza jest umiejętność opowiadania historii tak, żeby była wciągająca. A to potrafisz! :) Może byłam czepialska, ale miałam dobre intencje. Mam nadzieję, że jednak jeszcze kiedyś się skusisz i puścisz coś na wery, a później w świat. ;)


"Moje znaki szczególne
to zachwyt i rozpacz."
W. Szymborska

Awatar użytkownika
Gelsomina
Pisarz domowy
Posty: 129
Rejestracja: pt 11 sty 2019, 13:10
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Muuuuuuuuuuuuuuu (obyczaj) P

Postautor: Gelsomina » pn 14 sty 2019, 20:12

Gorgiasz pisze:Source of the post Nie przesadzaj! Przecież są osoby, którym tekst odpowiada. Nigdy nie ma i nie będzie tak, aby coś podobało się wszystkim. A z krytyką trzeba nie tylko umieć żyć i pracować dalej, ale również na bieżąco ją wykorzystywać, doskonaląc swoją twórczość.


Wiem Gorgiaszu. Dlatego wstawię tu, co już napisałam, ponieważ jestem bardzo ciekawa Waszego odbioru i za wszystkie uwagi będę i jestem wdzięczna. Na pewno naniosę je na swoje teksty. Nie chodzi o krytykę, bo do niej jestem przyzwyczajona i wręcz jej wymagam. Bez krytyki nie ma rozwoju. Po prostu mam taki moment w swoim życiu :ups:

Added in 2 minutes 26 seconds:
Katka pisze:Source of the post Może byłam czepialska, ale miałam dobre intencje.

Czepialska??????????????????????
Daj Boże wszystkim i na każdym portalu takich czepialskich* :D
Dziękuję i tyle. I proszę abyś zawsze przy każdym moim tekście, który tu wstawię, właśnie taka była, Katko :)



Awatar użytkownika
Katka
Pisarz domowy
Posty: 70
Rejestracja: sob 12 sty 2019, 17:50
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Muuuuuuuuuuuuuuu (obyczaj) P

Postautor: Katka » pn 14 sty 2019, 20:45

Gelsomina, ale słodko! :D Postaram się.


"Moje znaki szczególne
to zachwyt i rozpacz."
W. Szymborska


Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości