Szkoła diabłów

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
MAREL
Pisarz osiedlowy
Posty: 290
Rejestracja: wt 02 cze 2009, 01:52
OSTRZEŻENIA: 2
Płeć: Kobieta

Szkoła diabłów

Postautor: MAREL » pt 12 cze 2009, 23:17

- Co to jest? – spytał Profesor Kapszt, głaszcząc czarnego potwora.

- Ja! Ja! Ja wiem! – Piecia z sąsiedniej ławki zawsze był wyrywny.

- Mów! – kiwnął rogami wykładowca.

- To jest kot! – z triumfem rozglądał się po klasie.

- Zuch młokos! Szóstka! – wpisał notę w księgę.

- Włazidupa – poleciało z tylnych ławek. Kolejna pyskówka wisiała w powietrzu.

- Cisza biesy! – zagrzmiał nauczyciel. Podziałało. Jak makiem zasiał. Głaskał z lubością sierściucha, który odwzajemniał mu się cichym warkotem.

- Mr, mrrr,mrrr. A teraz, powiedzcie mi osły dardanelskie, mrrr, mrrr, co zrobiłem? – kot wyprostował ogon, nagiął grzbiet i piernął w naszą stronę.

- Ja! Ja! Ja wiem panie psorze! – to ci lizus dopiero.

- Czy ktoś jeszcze, oprócz Pieci naturalnie – spojrzał z satysfakcją na prymusa – stara się, próbuje przynajmniej myśleć!? – kończył krzycząc. Najwidoczniej tracił cierpliwość, bo mu rogi poczerwieniały ze złości.

- Maniek wie! – krzyknęła Wera.

- Mów baranie jeden! – miałem rację, miałem rację, jak się wkurzy, to po nas. Cała nadzieja w Mańku.

- Pan psor……. – jedna szansa, jedyna, albo będziemy zgubieni.

- Hę? – uniósł gęste brwi diabeł trzeciej kategorii.

- …obrócił kota ogonem! – skulił się, czekając na cios.

- Tak. Dobrze. Nieźle nawet. Siadaj. – przeżyliśmy.

- Miauuuuu – kot potwierdził słowa pana.

- No już kicia, zmiataj, huś, huś, huś – łagodnie strzelił czarną bestię po łbie. Poszła sobie, patrząc na nas ze współczuciem. Teraz dopiero się zacznie.

- A co, osły nad osłami, to oznacza!? – ryknął znienacka.

Nawet Piecię zamurowało. Chryste Panie, on nas tu wszystkich…..tfu! Co ja gadam? To ze strachu, na szczęście.

- Ty! – wskazał rogiem siedzącego za mną, na samym prawie końcu, Freda. Jak on nas podszedł? Kiedy? Nawet się nie zorientowaliśmy.

- Tttakkk? – jąkał się wskazany.

- C-o a-u-t-o-r m-i-a-ł n-a m-y-ś-l-i? – wybijał za każdym razem swoimi rogami spore dziury w betonie. Walił łbem w mur, po prostu. Przeszły mnie ciarki, a pot spływał strumieniami. Spojrzałem tu i tam. Nie tylko ja się bałem. Nawet Poksi, diablica jak się patrzy miała oczy wbite w podłogę.

- C-y-m-b-a-l-e j-e-d-e-n – odpadł spory kawał. Widać było szkolny korytarz. Pusty. Nic dziwnego. Zajęcia trwały.

- J-a p-r-z-e-z w-a-s o-c-h-u-j-e-j-e – dziura systematycznie się powiększała. Teraz mógł spokojnie przez nią przebiec cały tabun rozhisteryzowanych dziewic.

- Ochujam, panie psorze? – oj Piecia, Piecia, nie dość, żeś wyrywnyś, to jeszcze do tego nigdy nie wiesz, kiedy mordę rozdziawić. Na szczęście jesteś prymusem.

- Piecia, wyjdź, bo nie ręczę za siebie! – już go nie było. Poszedł przez dziurę z zapasem metra po każdej stronie. Potępieńcy znowu będą mieli co murować.

- Jakby nie patrzeć, to dupa z tyłu? – diabeł podkusił, nic innego. Kapszt podszedł do mnie i walnął w kark. Jak pamięcią sięgam nikt nigdy takiego zaszczytu nie dostąpił. Odbiłem się czołem od blatu, zabierając ze sobą temperówkę, zszywki i długopis w głowie.



Otwierał usta. Czekałem na wyrok, kiedy rozległ się jęk potępienia. Przerwa i zarazem koniec naszych zajęć na dzisiaj. A wszystko zaczęło się tak niewinnie….

- Powinniśmy się rozstać - usłyszałem na dzień dobry z ust mojej dziewczyny. Po to przejechałem trzysta kilometrów w jedną stronę, swoim kilkunastoletnim rzęchem, robiąc w międzyczasie kapitalny remont i wymieniając silnik, zainwestowałem krocie w benzynę mieszaną z olejem, żeby teraz usłyszeć coś takiego!? Ale nie, trzymam fason, trzymam.

- O, to coś nowego – wersja dla niezorientowanych. Miałem starego trabanta i w każdą drogę, powyżej trzydziestu kilometrów zabierałem zapasowy silnik do bagażnika. Żadna rewelacja. Motor był wielkości napędu pralki, a jego wymiana trwała około dwóch godzin. Co tam, nieważne, dalej trzymam fason.

- Nie, nic nowego, dawno o tym myślałam. Nie pasujemy do siebie – o żesz ty…..!

- Nie rób takiej miny, to nic nie zmieni. Podjęłam decyzję. Proszę, twoje nędzne wiersze o miłości do mnie, porąbany tekst o szczęściu i zdjęcia. Jedno, my razem. Drugie, ja na tle gór. Trzecie ty w lokalu, z tyłu ta ruda małpa Weronika i podkoszulek chiński, brudny, bo nie zdążyłam wyprać, zaskoczyłeś mnie swoim przyjazdem – grzecznie pakowałem reklamówkę. Trzymam fason. Ciągle.

- Ja ciebie zaskoczyłem!? – ale kurwa, wszystko ma swoje granice.

- Poznałaś kogoś na wycieczce? – tak tylko chciałem wiedzieć.

- Nigdy nie potrafiłeś być romantyczny, kwiaty dla ciebie nie istnieją, telefony też – na pewno franca poznała.

- Zrozum. Między nami wszystko skończone – jaki koniec, przecież ja ciebie nawet jeszcze nie „ pyknąłem”!? Obróciłem się na pięcie. Walnąłem drzwiami, a co, i tak nie moje. Niech tamten osadza futryny na nowo. Melepeta pierdolona. Nie znam go, ale na pewno taki jest. Wracając zabrakło mi silników na wymianę. Podróż kończyłem na przykrótkiej lince holowniczej, a gościu z przodu gnał dziewięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Jakby nie pamiętał, że cztery metry za tylnym zderzakiem majtam się w plastikowej mydelniczce bez hamulców, które też wysiadły.

- Nie dostałeś się pan na studia – usłyszałem przez telefon. Pierdolony świat. W domu ojciec awanturnik, ochlapus jak się patrzy. Matka, która zrzędzi cały dzień, „ idź do roboty, weź coś zrób, bo zdechniemy z głodu” i stado gdakających kur o poranku. Żeby ich wszystkich tak piekło pochłonęło, niech to licho! Diabeł jeden wie, jak z tego wybrnąć.

- Słucham? – odłożyłem słuchawkę i obróciłem się na pięcie. Przede mną stał mężczyzna. Normalny, jakich setki mijałem każdego dnia na chodniku.

- Co słucham? – wkurzony byłem na maksa.

- Nie jesteśmy w stanie wszystkiego pochłonąć, to zresztą nie nasza rola, jestem Maks – wyciągnął rękę.

- Chcesz w ryj? – nie potrafiłem dawać kwiatków, prowadzić czułych rozmów i układać wierszy, ale za to bilans walk ulicznych miałem dodatni. Na czterdzieści w życiu stoczonych, wygrałem dwadzieścia jeden. Dziewiętnaście razy uciekałem bądź zabierało mnie pogotowie ratunkowe.

- Cienki Bolek z ciebie i do tego głupi – cmoknął, wypluwając tabakę. Nigdy nie remisowałem. Zawsze szedłem na całość, tak jak teraz. Cios, dobrze wymierzony, wyprowadzony nagle, powinien go trafić w samą szczękę, ale chybiłem. Jakbym trafił w próżnię. Poleciałem do przodu i wyrżnąłem głową w słup. Usłyszałem chichot.

- Głupi głupek, głupi głupek, głupi…. – nie, no ja go rozniosę. Po czterech minutach walki z cieniem, miałem rozbity łeb, poharatane ręce i obolałe kolana. Wokół mnie zebrała się spora grupka kibiców.

- Dołóż mu, bij zabij, na glebę z nim! – mieli niezły ubaw. Przecież to niemożliwe, żebym tylko ja widział cymbała.

- Możliwe. Tylko ty mnie widzisz i słyszysz. Taka choroba. Nikt ci nie uwierzy, a jeszcze wsadzą do wariatkowa – rzekła do mnie niedoszła ofiara, smarkając w chusteczkę i wycierając łzy płynące z oczu. Śmiech to zdrowie.

- Pogadamy, czy wolisz iść z nimi? – kiwnął zakrytym łbem w kierunku dwóch krawężników, przyglądających mi się z zainteresowaniem.

- Spadamy – podniosłem się z bruku. Prowadził, ja za nim.

- Wezmę twoją duszę, pokaż – obejrzał.

- E, niewiele warta, zapomnij o kasie, dupach i sukcesach zawodowych. Za to możemy cię jedynie posłać na nauki. Masz zadatki. Rogi ci już ktoś doprawił…- znowu poleciałem za ciosem. Wyrżnąłem pyskiem w witrynę piekarni. Wiedziałem, wiedziałem! To sucz jedna.

- Gdzie mam się stawić, kiedy, co ze sobą zabrać? – zgodziłem się natychmiast. Nie wrócę do domu, za żadne skarby świata.

- Tradycyjnie, o północy, wedle toporkowego młyna, przy pełni księżyca, po trzech kręceniach wichru. Może i głupio brzmi, ale wiesz, tradycja zobowiązuje – usłyszałem jeszcze chichot. Rozpłynął się.

Nie wiem, kiedy może ujawnić się choroba psychiczna. Byłem pełnoletni. Wróciłem do domu.

- Mamo, czy u nas w rodzinie był ktoś stuknięty? – miałem powody do obaw.

- Twoja prapraprababcia była czarownicą, wystarczy? – nie.

- A u ojca? – głupie pytanie.

- I powiadam wam ludzie, koniec świata nadchodzi, a z nim skaranie boskie za wasze niecne grzechy…..oj łby się posypią, mówię wam ja….! – usłyszałem z podwórka, wracającego zygzakiem apostoła.

Znowu w chacie była burda. Wyzwiska, krzyki i latające naczynia.

Spakowałem plecak. Wyszedłem z domu w momencie, kiedy tata robił unik przed lecącą wazą z resztką zupy, a za nim tkwiły wbite w tapetę liczne widelce i noże.

Za chuja tu nie wrócę. Podniosłem głowę. Lało jak z cebra. Zapomnij o pełni. Nocnym autobusem dotarłem z przedmieścia do centrum. Szedłem, szedłem i doszedłem.

- Stój! – usłyszałem. Podniosłem głowę. Plakat, za szklaną witryną informował o nowym kinowym hicie. W pełni księżyca, rycerz bez głowy, na tle młyna. W ręku topór.

- Anioły i d…. – zacząłem czytać na głos, gdy zerwała się wichura. Zadęło, zawiało, piaskiem oczy zasypało……….

Jęk potępionych niósł się w czarnej pustce.

- Siadać! – doktor Kysz uchodził za specjalistę. Wybitnego.

- Siadać proszę! – o wysokiej kulturze osobistej.

- Siadać mówię! – mógł tak prosić do końca świata i dzień dłużej.

- Mordy w kubeł kutafony! – na szczęście dyżur miał Gostosz. Ciekawy gość. Chodząc po korytarzach, w czasie przerw, dbał o wszystko.

- Nie stać, nie odpoczywać. Lać się, gwałcić, dźgać nożami, filmować to wszystko i dalej puszczać – wskazywał na szafki pełne narzędzi i sprzętu. Dbał do tego o nasz wygląd.

- Za mało kolczyków. Wbijcie sobie jeszcze w dupę, pod jaja i nad waginą! A ty! Ty, drugi z lewej! Co to za ubiór!? Na czarno ma być! Jasne!? – pewnie, nikt nie miał odwagi sprzeciwić się Gostoszowi. Tak jak teraz. Zaległa cisza.

- Co to jest jawa? – głos zabrał Kysz.

- Ty! – jak oni to robią? Przecież nikt nie może tak szybko przenosić się bezszelestnie – doktor stał przy Mapidzie. Czwarta ławka z prawej strony.

- Jawa to polski motocykl…. – zła odpowiedź. Coś uniosło kadeta i rozbiło na suficie, spadając z kawałkami tynku i farby walnął głucho o podłogę.

- Motorower…? – nie dane mu było złapać oddech. Fruwał, obijając się o ściany, drzwi, meble i sufit. Doktor śledził wzrokiem, cierpliwie czekając na prawidłową odpowiedź.

- Co za ból… - jebnął w profesorskie biurko.

- O, i na tym dzisiaj poprzestańmy! – trąc dłonie, Kysz wracał na miejsce. Nogą kopnął czołgającego się ucznia. Prawie utonął we własnych odchodach i płynach fizjologicznych. Ktoś poderwał się, żeby pomóc koledze dotrzeć na miejsce.

- Jawa to ból, po części, ale więcej na początek wiedzieć nie musicie. Nie waż mi się, go…. – wystarczyło. Tamten wrócił na miejsce.

- Tutaj nie ma kolegów, zrozumiano? – nauczyciel popatrzył po klasie. Sprzeciwu nie było. Stękając, srając i szczając pod siebie Mapid wrócił na ławkę.

- Masz mierną za cząstkową odpowiedź. Oki doki, a teraz powiedzcie mi, moi mili, co to jest sen? – zmrużył oczka, świdrując przestrzeń kat.

- Przyjemność? – wyszeptała zmysłowo Wera, przeciągając się przy tym. Nie, no żebym tak teraz, już, zaraz, na miejscu trupem padł i nigdy się nie obudził. Z nią w ramionach oczywiście.

- Wero, zawsze mogę na tobie polegać, szóstka – wpisał ocenę.

- Miauuuuu – chyba mam halucynacje.

Rozległ się jęk. Wstałem głodny, brudny i zziębnięty. Jak do tej pory, żadnych profitów z interesu życia, mocy nadprzyrodzonej, lepszego samopoczucia, wyglądu lepszego. Żebym chociaż tak strach zaczął wzbudzać, gdzie tam. Nawet starsze lumpy, obyte i otrzaskane przeganiały mnie ze swoich rewirów. Zostawiłem swoje kartonowe wyro, pod mostem i ruszyłem na łowy. Po ostatniej lekcji, najmniejszego zamiaru nie miałem, prosić kogokolwiek o pomoc, ani sobie dać pomóc, co mogłoby okryć mnie hańbą. Pomysł przyszedł szybko i nagle. Na wysokości parku miejskiego zauważyłem idącą w przeciwną stronę, samotną, starszą kobietę. Podbiegłem, lekko stuknąłem i już torebka była moja. Dałem dyla w krzaki. Po drodze dwa razy wywróciłem się na psich odchodach. Upaprany przetrząsałem torebkę. Legitymacja emeryta, święty obrazek, łańcuszek z krzyżykiem, receptę i inne pierdoły wywalałem od razu. Jest! Znalazłem trzy stówy. Reszta won. Najadłem się do syta, umyłem i ubrałem jako tako. Zadowolony, z dobrze zakończonego dnia wróciłem do kartonu.

- W-y d-e-b-i-l-e! K-t-ó-r-y c-y-m-b-a-ł n-a-p-a-d-ł s-t-a-r-u-s-z-k-ę!? – cała ściana rozsypała się w drobny mak. Szkoda. Ledwo co skończyli murować.

- J-a p-r-z-e-z w-a-s o-s-i-w-i-e-j-ę a-l-b-o r-o-g-i m-i w-y-p-a-d-n-ą! K-t-ó-r-y…..? – walił w próżnię.

- Ja, panie profesorze. Żal mi się go zrobiło, jeszcze wstrząsu mózgu dostanie.

- Ty!? – nie krył zdziwienia.

- Jedyny znający myśl czarnego kota? – dalej nie wierzył. Od tego tynku i pyłu był cały biały i najwyraźniej dostrzegł to, bo zerwał się i raz pras zrzucił kurz.

- Posłuchajcie mnie, osły – nie krzyczał.

- Złych, to my mamy tu, o – zrobił cięcie ręką nad głową, potem schylił się i otworzył klapę w podłodze. Na wierzchu natychmiast pojawiły się ordynarne mordy. Ugniatając nogą, wpędził towarzystwo z powrotem.

- Nie jesteście tu, żeby napędzać koniunkturę na ofiary! – rozkręcał się, chyba tynk go tak rozdrażnił.

- Cepy pierdolone! Nie krzywdźcie ludzi, bo nam to bokiem wychodzi! Rozumiecie!? – nie, skąd znowu.

- Macie być dobrzy, dobrzy i jeszcze raz dobrzy! Bez przesady, oczywiście, A ludzie niech żałują, za wszystko,boją się i dorabiają. Będą sami wpadać w nasze sidła! Niech się gotują we własnej zupie, ale w naszym kotle! Paniatno!? – nie.

Właśnie poczułem, że unoszę się z innymi, zmierzając ku sufitowi, gdy rozległy się jęki. Dzięki Bo… Co ja gadam?

Przerwę wykorzystaliśmy sumiennie. Skopaliśmy nowego, zgwałciliśmy kilka koleżanek, nagrywając wszystko i puszczając dalej. Dziwne zasady, tylko w szkole, ale trzymać się czegoś trzeba.

Nie zdążyłem jeszcze porządnie umorusać ciuchów, więc zacząłem szukać pracy, póki wyglądałem jako tako. Cały dzień ganiałem od biura do biura. Nogi wchodziły mi do dupy. Nie. Wsiadam do tramwaju.

- Bilety do kontroli – ja to mam szczęście, żebym chociaż jeden przystanek zaliczył.

- Nie mam, ale uczę się – a co tam będę się szczypał.

- Legitymacja! – a masz kanarze jeden.

- Co to jest!? – gówno. Dosłownie.

Wywalili mnie biorąc na buty. Ryjem zaryłem w ziemię. Przechodzący jamnik, zadbany, na pięknej smyczy, której koniec trzymała blondynka obrzydlistwo, zatrzymał się i zjeżył.

- Hau! Hau! Hau! – żebyś tak sczezł.

- Pikuś! Do nogi! -paniusia pociągnęła psa.

- Agrrrrr! – Pikolo, zostaw pana!

Ugryzł mnie, wyrwał kawałek spodni i poszedł, psia jego mać.

Kolejne zajęcia mieliśmy z Grubą Mertą. Fajna diablica. Jedynym jej mankamentem było, to że nigdy, nic w życiu nie powiedziała ciszej niż sto dwadzieścia decybeli, czyli od śmigła helikoptera, pracującego. Drżały wtedy szyby, stoły, biurka i ławki. Kiedy się podniecała albo wkurzała, a czasem jedno i drugie, osiągała poziom promu kosmicznego, w granicach stu dziewięćdziesięciu decybeli. Drżało wtedy wszystko.

- Klasa! Cisza! – mało okna nie wypadły z ram. Przynajmniej nie musiała dwa razy powtarzać.

- Dzisiaj będziemy mówić o zdradzie i jej wpływie na nasze czyny. Pytanie pierwsze, czym jest zdrada i jak to się kończy? – pękły wazony.

- Strzeleniem sobie z kałacha w kolano i powoduje kulawość? – nie baliśmy się jej.

- Strzeleniem sobie z kuszy w jaja i powoduje bezjajność? – jedynie o własny słuch się martwiliśmy.

- Jest ściągnięciem własnych gaci przez głowę i powoduje perturbacje? – błyszczeliśmy dzisiaj jak nigdy.

- To wywrócenie kasku na lewą stronę w efekcie czego tworzą się nam nowe guzy i wypukłości na czaszce? – no, proszę, a wszyscy uważali go za niemowę.

- Jest to produkt marketingowy, przereklamowany i powoduje wzrost popytu na zemstę? – Wera grzecznie dygnęła i wróciła na miejsce. Zauważyłem, że pani dziekan była z nas zadowolona.

- Piątka, szóstka, czwórka, trójka, szóstka – rzucała i wpisywała szybciutko, rzeczywiście zadowolona z nas Merta.

Jęki i koniec zajęć.

Znalazłem pracę. Jestem miły, uśmiechnięty i elegancki. Kieruję samochodem. Ze mną jeździ ekipa z kramem do filmowania. Latamy po całym kraju. Tu wywiadzik, tam konferencja, gdzie indziej krótki filmik.

- Co pani o tym sądzi? – Iza podtyka mikrofon maskarze.

- A, pani kochana, a, ja to bym takiego bez znieczulenia za jaja i na drzewo, a, bo to nie ma, a w imię ojca i syna, a, miejsca dla takich, a – ależ ona śmierdzi!

- Yhy – Iza ładnie za to pachnie.

- A pan? – czarny kostiumik ubrała, jak my wszyscy, wiadomo, żałoba. Taka tragedia.

- Ja!? Dajcie mi go!? Dajcie! Najpierw mu łeb urwę, potem ręce i nogi, a to wszystko na żywca! – nie damy, nie damy, pomęcz się.

- To chyba raczej niemożliwe, po urwaniu głowy będzie jeszcze żył? Może lepiej zacząć od rąk? – dobra rada, dobra.

Dziennie kilka takich wypadów. Albo tu.

- Co sądzicie państwo o ministrze…… ? – przebrała się Iza.

- Na szafot! Na pohybel! – dobrze, bardzo dobrze, puścimy to dalej w świat.

Czasem, nagle dostaję telefon.

- Dawaj gościu, dawaj. Szybko, prędko, bo nam trupy wystygną – zwalniają mnie wtedy z zajęć. Żyję na wysokich obrotach.

Pamiętam, kiedyś siedzieliśmy na zajęciach. Nagle drzwi się otworzyły i do klasy weszła pielęgniarka Hermenegildy, szkolnej dentystki. Zamarłem. Szła wzdłuż ławek.

- Ty, ty, ty i ty – ręką łagodnie dotykała ramion. Skazani wstawali i ustawiali się pod ścianą. Gabinet dentystyczny mieścił się na samym dole, przy piwnicach, w dzikich zakamarkach budynku.

- Ty, ty, ty i ty – przygotowywała drugą turę. Nasza klasa mieściła się na pierwszym piętrze, ale nawet tutaj docierały ryki pacjentów. Okna wychodziły na szkolne boisko. Zapatrzyłem się. Tym razem mnie nie trafiło. Zapomniałem o bożym świecie…. Nie, chyba wzrok mi szwankuje! Przez boisko, na przełaj, na łeb i szyję gnał Piecia! Klasowy prymus uciekał, co sił w nogach, przed wizytą u Hermenegildy! O niebiosa!

- Piecia dał dyla! – wrzasnąłem, mimo woli, przerywając wykład pani od biologii, mówiła coś o gadach, i tak nie słuchałem.

- Gonimy go! – nie było takiej siły, która mogłaby nas zatrzymać, nikt zresztą nie próbował. Trzydzieści parę dusz rzuciło się w pościg. Schody mało się nie zawaliły. Pognaliśmy w jego kierunku. Szukaj wiatru w polu, raczej Pieci na gigancie. Niedaleko był cmentarz, przebiegając zauważyliśmy otwartą kaplicę z trumnami. Był nas tłum, pełnia dnia, nikt nie odważył się zajrzeć do środka. Stojący nieopodal cmentarny dziad, spytany o biegnącego chłopca, wskazał nam las. Wróciliśmy do szkoły. Tak pod koniec zajęć tchórz wrócił. Oczywiście, najpierw pogratulowaliśmy mu szybkości i sprytu. Potem, naturalnie posypały się pytania, gdzie był, jak się schował, czy nam pokaże? Po lekcjach pokazał. Zamkniętą kaplicę.

- Tutaj się schowałem – nikt nie uwierzył.

- Widziałem was i słyszałem, leżałem między trumnami – gadaj zdrów. Podszedł dziad.

- Co tam, chłopak? Udało się? Klepnął go w ramię, a on odpowiedział mu uśmiechem! – nie, no tego jeszcze nie było! Żeby naczelny tchórz klasowy trzymał sztamę z cmentarną hieną, o której słyszałem, że rżnie się z nieboszczykami, okrada ich i do tego handluje ludzkimi kośćmi ze studentami miejscowej Akademii Medycznej. Od tej pory inaczej patrzyłem na Piecię. I nie zmieniło się nic, kiedy na drugi dzień, razem z nim, pod zdwojoną strażą zaciągnięto nas do królestwa Hermenegildy, gdzie ja i on darliśmy się jak obdzierani ze skóry.

Porzuciłem karton i wynająłem pokój z oddzielnym wejściem.

- Dzisiaj zajmiemy się…… - zaczął Fastek, wuefista – transwestyta, wpychając Mańka do ciemnej komórki i zamykając na kłódkę.

- Co to jest ciało? – odpowiedziom nie było końca. Różne padały, że kupa gówna, zbiór atomów, cud i takie tam.

- Nie, nie i nie – wstawiał za każdym razem jedynkę. Maniek siedział cichutko w ciemnościach i chichotał się z nas. Pały nie dostanie.

- Maniek, wiesz, że tam są pająki? – spojrzałem z szacunkiem na Werę. Zaczęło się. Najpierw spokojnie, z opanowaniem, potem coraz gwałtowniej. W końcu Maniek wpadł w szał.

- Wypuście mnie stąd! – ściany drżały, podobnie jak wtedy, gdy kadet latał po klasie.

- Chuje zajebane, skurwysyny pierdolone, ja się boję! – nie rozwalił żadnej, wiadomo, początkujący. Może bić łbem w mur do końca świata, bez skutku. Nie to, co profesor, ten jakby pierdolnął…

- Ciało, jest taką komórką – powiedział wuefista –transwestyta i otworzył kłodkę. Na zewnątrz wypełzł Maniek. Cały we krwi, fekaliach i łzach. Drżał. Pomni wcześniejszych nauk, nawet nie staraliśmy mu się pomóc.

- A co to jest dusza? – powlókł smętnym wzrokiem, nie spodziewając się żadnej odpowiedzi, sportowiec psychopata.

- Dusza jest taką kłódką – Wera grzecznie dygnęła.

- Do środka! – weszła sama. Gadał z nami o dupie Maryni, a my krzyczeliśmy do zamkniętej, że tam są przecież pająki, węże, zboczeńcy i mordercy.

- Wychodź – wyszła jakby nigdy nic.

- Szóstka! – powiedział głośno, żeby wszyscy słyszeli.

- Dziękuję – ugięła kolanko. To ci diablica dopiero!

- Trzymaj, od dzisiaj należy do ciebie – podał jej kłódkę

- A wy, psie juchy zatracone, szukać swoich, albo nie przyłazić na moje zajęcia! Tfu! – splunął z pogardą na wciąż leżącego, łkającego i drgającego Mańka. Poszedł sobie, balsamując wypielęgnowane ciało i poprawiając spódniczkę. Zostaliśmy sami.

Dostałem telefon.

- Dawaj gościu, dawaj szybko, syn zabił matkę i zjadł jej mózg, kupa krwi, miazgi i mięsa, sensacja jak się patrzy, nie ma czasu, cała ekipa na ciebie czeka! – poznałem po głosie operatora.

- Może szukał kłódki? – myślałem zupełnie o czym innym.

- E, gościu, co ty pitolisz!? Zgubiłeś klucze, nic się nie martw, mamy w robocie zapasowe, dawaj, dawaj czadu, bo nam ktoś materiał podpierdoli i szef znowu się wścieknie – dobra, dobra już jadę.

Przybyliśmy na miejsce. Ekipa rozstawiła sprzęt.

- Panie komendancie, co się stało? – Iza jak zawsze elegancka.

- Yyyy, taak, yyyyy syn zabił, yyyyy matkę – kurwa, ale jazda!

- To już wiemy, ale dlaczego, w jaki sposób i czy to prawda, że zjadł jej mózg? – oj Izunia, Izunia.

- Yyyy, nie mogę, yyyyy, nie wiem, yyyyyy, nie czas teraz na to, yyyy, pracuje ekipa, yyyy, pan prokurator właśnie dojechał, yyyyy, muszę iść – poszedł.

Mało nie umarłem. Kapszt we własnej osobie! Prokurator Kapszt, znaczy się. W peruce, garniturze i okularach, ale poznałem. Nie mogę się mylić. Podszedłem.

- Dzień dobry, panie prof… - ciarki mnie przeszły.

- O, to ty, słuchaj, teraz nie mam czasu, wpadnij, zadzwoń wcześniej, masz tu moją wizytówkę – ja cię kręcę.

- E, gościu, ty to masz znajomości. Przecież to Jądralski z Okręgówki. Najsurowszy krzykacz w granicach naszego województwa. Ostoja spokoju, ładu i sprawiedliwości. Przykład pobożności, życia rodzinnego i zawodowego sukcesu – klepała mnie ekipa.

Tam poznałem kobietę. Wracałem właśnie do samochodu, coś mnie tknęło i podniosłem głowę. Stała i patrzyła się. Inni udzielali wywiadów.

- Ło, pani kochana, to taki miły chłopiec był, ło, kto by pomyślał, ło, do mszy w niedzielę zawsze służył, drzewa narąbał, ło – cały czas wlepiała te swoje ślepia.

- Ja to bym go rozerwał na strzępy, żeby śladu, po ścierwie nie zostało. Zawsze mówiłem Wieśce, zobacz, inni po kilka dziewczyn mają, mordy przy byle okazji obijają sobie i innym, a ten cichy, spokojny, kłania się osiem razy dziennie, coś z nim nie tak jest. I co, kto miał rację, no kto? – ile można patrzeć na faceta?

- Wszystko w rękach Boga, tak widocznie im pisane było, teraz dostanie dożywocie, albo do wariatkowa trafi, bo to nie jest normalne, przepraszam, muszę wracać do domu, garnki na gazie zostawiłam – podszedłem do niej.

- Zabierz mnie stąd, proszę – zabrałem.

Dorota była systematycznie gwałcona. Nie chciała powiedzieć, przez kogo. Ojca, braci, lokalnego księdza czy sąsiada. Prała, gotowała i sprzątała bez zbędnych słów. Chciałem jej pomóc, wyręczyć, nie jestem sadystą. Jeszcze. Dopiero się uczę.

- Zostaw, nie mogę inaczej płacić za swoje utrzymanie – spała na osobnym łóżku, zresztą ja nocami…..

- D-u-r-n-i-u! – znowu demolka Kapszta.

- J-a s-i-ę c-h-y-b-a d-a-m w-y-ś-w-i-ę-c-i-ć! – gorzej być nie może

- Pięć? – Pytka stał. Jedenasty raz poprawiał odpowiedź, na pytanie profesora.

- Ile lat potrzeba, żeby wykształcić diabła? – zaczął od dwudziestu, dostał w pysk i poleciał na pancerne szyby, za którymi leżały zakazane gadżety i inne krucyfiksy.

- Sto? – wypluł zęby. Jest źle. Dostał tablicą.

- Dwieście? – kończąc zrobił unik, inaczej trafiłaby go ławka. Potem było już coraz gorzej.

- Tego nie da się wyuczyć, z tym trzeba się urodzić! Dlatego tu jesteście bezmózgowe ameby! Bo podobno macie predyspozycje! - siedzieliśmy w odkrytym pomieszczeniu. Kapszt rozpierdolił co się dało. Stał i sapał, a z rogów mu się dymiło.

- Nie zrobicie ze świni konia, z ryby ptaka! – co racja to racja.

- Pytka! Zejdź mi z oczu jak ci życie miłe! – lekcja skończona.

Dorotę zastałem w pokoju.

- Słuchaj, nie możesz pozwolić, żeby mu się upiekło – dobrze wiedziała, o czym mówię.

- Im – poprawiła.

- Właśnie, mam znajomego prokuratora, chodź, złożysz zawiadomienie, zostaną ukarani, poniosą konsekwencje, zrobi ci się lżej – poszliśmy. Oczywiście, wcześniej zadzwoniłem i umówiłem się na spotkanie.

Dotarliśmy do eleganckiego budynku z napisem, Prokuratura Okręgowa. Nowa elewacja, okna świeżutkie, wrota na elektromagnes. Mnóstwo kamer, ochroniarzy bez liku i ludzi jak mrówek. Powiedziałem do kogo, tamten zadzwonił i wpuścił kłaniając się. Do szefa wydziału drugiego. Zapukałem.

- Proszę – usłyszałem i weszliśmy. Po zdawkowym ble, ble, ble, przedstawiłem sprawę.

- Dobrze, zajmę się sprawą, zlecę komu trzeba – mówił prokurator- profesor.

- Fajnie cię widzieć, robisz postępy, cieszy mnie to – dziwne, jakby rozmawiał na dwóch, różnych kanałach. Co innego do Doroty i do mnie. Kobieta nie słyszała „ naszej” pogawędki. Ja, „ich” owszem.

- Cała przyjemność po mojej stronie, panie profesorze, o przepraszam – walnąłem gafę.

- Nic nie szkodzi, linia rozmów jest chroniona – tylko dla stukniętych?

- Nie tylko, ale dla nich też – czytał mi w myślach.

- A ty dokąd!? Pierdyknął przechodzącego robaka, rozmazując go na placek – przypomniałem sobie o nieszczęsnym Mańku.

- Chodź ze mną – wcześniej zakończył rozmowę z Dorotą, obiecując szybkie załatwienie sprawy i pomoc urzędu prokuratorskiego. Miał podać jej adresy instytucji zajmujących się pomocą dla ofiar takich przestępstw. Na koniec poprosił o kilka minut rozmowy ze mną, sam na sam. Wyszła na korytarz jednymi drzwiami, my zaraz drugimi. To chyba był sąd.

- Zobacz – potoczył ręką wokół.

- Trzymamy rękę na pulsie. Jesteśmy w kościołach, sądach, szkołach, szpitalach, firmach i nie tylko. Dajemy im się rodzić i pomagamy w pochówku. Mówimy, co jest dobre, co złe. Co wolno, a co zabronione. Perpetuum mobile! Rozumiesz!? My mieszamy w tym kotle! Pomagamy jednym, karzemy drugich, a oni gotują się we własnych sosach, tak jak ci tutaj, przyszli na rozprawę, szukając sprawiedliwości. Sędzia sam jeździł samochodem kiedyś nawalony, spowodował wypadek, ale mu pomogliśmy, jest nasz. Tak było, jest i będzie! – dla osób postronnych odbywał jednak zupełnie inną rozmowę. Pierdolił coś o nowych standardach europejskich, i roli naszego systemu w poprawianiu bezpieczeństwa.

- To jest to, jak chcesz mogę ci załatwić robotę w takiej jednej organizacji, zajmującej się ochroną praw człowieka. Robią tam niezłe laski, można sobie podupczyć zupełnie za darmo, trzeba tylko być wrażliwym – zarechotał.

- Nie, dziękuję, mam już pracę – rzeczywiście miałem.

- Ojjojoj, nie obrażaj się – na pożegnanie pacnął mnie w kark. Odbiłem się od ściany. Z nosa leciała krew.

- Co ci jest? – zainteresowała się Dorota.

- Nic, źle się poczułem i wywróciłem – faktycznie, nie najlepiej się czułem.

- Daj, zobaczę. Wytarła mi krew. Zbliżając się do mnie, poczułem jej ciepły oddech i nie powiem, żebym nie zareagował odpowiednio. Też oddychałem, błysnęła oczami, zarumieniła się. Nasze usta musnęły wzajemnie.

- Muszę iść – odepchnęła mnie, jakbym parzył.

- Gdzie? – chciałem być przy niej, nic więcej.

- Na cmentarz, tam leży moja babcia – zgodziła się, poszliśmy razem.

Zastaliśmy poprzewracane groby, krzyże wbite w ziemię na wspak i obraźliwe napisy. Policję i ekipy telewizyjne. Mechanicznie spojrzałem na swoja komórkę. Piętnaście nieodebranych połączeń. Wyłączyłem dźwięki przed wizytą u Kapszta. Trudno, niech jadą tramwajem.

- Kto mógł coś takiego zrobić? – chwyciła moją dłoń.

- Głupie głupki – zrobiło mi się jakoś dziwnie.

- Ale po co? – szliśmy alejkami.

- Obrócili kota ogonem, ale to i tak nic nie zmieni, tylko smród się rozniesie – zastanawiałem się pod którą podłogę trafią?

Grób babci ocalał. Położyła kwiaty i przyklękła. Poszedłem się przejść. Umówiliśmy się przy bramie wyjściowej. Tej nocy po raz pierwszy spaliśmy ze sobą. Po raz pierwszy spóźniłem się na zajęcia.

- Jak dzielimy diabły? – Merta nie krzyczała, ryczała.

- Cholera wie… - Piecia ostatnio czuł się zbyt pewnie.

- Źle! – zawalił się sąsiedni budynek.

- Dzielimy na debili! – spojrzała na lewą stronę klasy. Runął pomnik pana ciemności. Oj, ktoś za to zapłaci.

- Kretynów! – zaszczyciła wzrokiem moją część. Nasz budynek trząsł się w posadach. Potępieńcy ryczeli przerażeni.

- Osłów! – to w stronę prymusów. Schodów już nie mieliśmy.

- I takich, co jeszcze wyjdą na ludzi! He, he, he! – patrząc się w dół, uderzyła nogą deski. Uciszyła tych pod spodem.

Poszliśmy na pierwszą rozprawę. Razem.

- Boję się – niepotrzebnie, przytuliłem ją.

- Tak mi ciężko – nikt nie mówił, że będzie łatwo.

Na sali spotkałem Kapszta. Siedział w części przeznaczonej dla widowni. Weszli oskarżeni z wolnej stopy. Co oni nagadali prokuratorowi, że nie siedzą? Zacisnąłem mocniej pięści.

- Mamy dobrych adwokatów – szepnął profesor, wskazując obrońców.

- Moi ludzie – dodał. - Widzisz? – kiwnął głową w kierunku składu sędziowskiego.

- Ten w środku lubi mężczyzn. Bardzo. Przypadłość taka. Ma żonę i dziecko, bo mu poradziliśmy i przy małym odrobinkę pomogliśmy he,he,he. Sama przyjemność. Łatwiej robić karierę, żyjąc jak Bóg przykazał, he, he, he. Ale ciągnie wilka do lasu i też w tym mu ułatwiamy – z trudem powstrzymywał rechot. Coś sobie pomyślałem.

- Za krótki jesteś, żeby mi dowalić, ale zawsze możesz spróbować – humor mu dopisywał. Mnie nie, potrafił czytać w myślach, gdzie moja kłódka?

- Szukaj, szukaj, a znajdziesz – zachęcał.

- Chciała uprawiać seks – usłyszałem po raz pierwszy. Dorota zaczęła cicho płakać.

- Jeszcze nas do tego namawiała – padło drugi raz. Moja kobieta drżała.

- Chodziła w spódniczkach, kręciła tyłkiem i miała głębokie dekolty. Prowokowała. Mnie też zapraszała – trzeci się odezwał, obrońca pokiwał z aprobatą głową i coś zanotował na kartce.

- Zuch chłopaki! – znajomy szept.

- Co prawda, ćpun i alkoholik. Inaczej w życiu nie skończyłby studiów, ale czego nie robi się dla własnej przyszłości, nasza dusza – skinął na obrońcę.

- Nieeee! – narzeczona upadła na podłogę.

- Nie wytrzymam – mruknąłem. Podbiegłem do nieprzytomnej. Rozprawę przerwano.

Nauczyciel rozglądał się po klasie. Nie było gdzie przyjebać. Brakowało ścian, drzwi i okien. Nie zdążyli z kolejnym remontem, no niestety. Spojrzał na podłogę i na nas. Zrezygnowany ukląkł.

- Co to jest miłość i z czym się to je? – spytał z dziwnej pozycji.

- Jest to rozpuszczalny bulion drobiowo – wołowy. Można podawać z ryżem bądź makaronem, w zależności od chęci – ale zajebał! Aż potępieńcy ucichli. A podłoga nic, ani drgnęła. Najważniejsze, to mieć dobry grunt pod nogami.

- Miłość to takie głupie uczucie, które zaczyna się w sercu, a kończy w dupie – wyrecytował ktoś, wszystkim znaną definicję. Jebud!

- N-i-e-c-h k-t-o-ś s-i-ę w k-o-ń-c-u n-a-d-e m-n-ą z-l-i-t-u-j-e b-o m-i ł-e b p-ę-k-n-i-e! – walił systematycznie. Wszystko na dole ucichło. Dziwne im się zapewne wydawało, że ktoś się do nich dobija, podczas, gdy każdy chce stamtąd dać dyla.

- Kurwa! To nie jest takie trudne. Powtarzam pytanie. Co to jest miłość i z czym….. – poderwał się, chyba w akcie desperacji i stanął na nogi.

- Sralimuszkibędziewiosna! – jednym tchem wyrzucił z siebie Maniek, ale mu nie poszło.

- W-e-ź-c-i-e m-n-i-e d-o c-z-e-g-o-ś p-r-z-y-b-i-j-c-i-e b-o n-i-e r-ę-c-z-ę z-a s-i-e-b-i-e! – uciekaliśmy w popłochu.

- Miłość to apetyt, kiedy zaspokoimy już pragnienie – och Wera.

- Stać. Wracajcie na miejsca! Podziękujcie koleżance. Przede mną nie ma ucieczki! – wpisywał jej najwyższą notę.

Wróciliśmy do domu. Dorota na lekach uspokajających. Zasnęła natychmiast. Włączyłem telewizor, a tam reportaż o kolejnych katach i ich ofiarach. Zabić, zamknąć, leczyć, różne były pomysły. Jebać, karać, nie wyróżniać. Pstryknąłem pilotem i położyłem się przy niej.

- Dzisiaj pomówimy o seksie. Słucham? – Fastek malował sobie usta.

- Seks jest zajebisty, chujowy, do dupy, taki sobie, a ja kocham Alę, to wymiana płynów ustrojowych – odpowiedzi padały jak na wyścigach.

- Trzy, mierny, trzy, cztery, trzy – notował w dzienniczku.

- Seks to pierdolenie kota, za pomocą młota – nie na miejscu to było, oj nie na miejscu.

- Cztery plus, siadaj baranie – kto by pomyślał?

- Seks to ja, miauuuuu…! – oszaleję przez koleżankę!

- Weruś, jak cię wynagrodzić? – proszę proszę, Piecia niedługo straci pozycję lidera.

Nazajutrz obudziliśmy się jednocześnie.

- Dość tego! – znajdziesz sobie pracę, weźmiemy kredyt i kupimy mieszkanie, nie będziemy wiecznie gotować się we własnej przeszłości – co ja mówię?

- Dobrze, masz rację – a, i co?

Chciałbym, żeby Dorota zapisała się do szkoły. Zrobiła maturę, potem pomyślimy. Ja też się uczę. Ale kto to wie, co przyniesie życie, kto?







xxx









- Człowieku! Człowieku! Cicho, otwiera oczy! – otworzyłem.

- Już ci lepiej? – leżałem na asfalcie, przed maską autobusu.

- Oj, chłopcze, chłopcze, żeby tak nie uważać! – oprócz kilku zadrapań nic mi nie było.

- Nie ruszaj się, może coś ci się stało? Zaraz przyjedzie pogotowie – z pobliskiej bramy wyszła biała postać.

- Weraaaaa…? – zbliżyła się do mnie, nachyliła.

- Tak się boisz, naprawdę? Dentystki? Nie wstyd ci? – w oddali słyszałem syrenę karetki.

Straciłem przytomność. Odleciałem. Ja mam przecież dopiero osiemnaście lat, co jeszcze mnie w życiu czeka?



xxx







- Tak, zobaczmy wyniki – psycholog otworzył leżącą przed nim teczkę.

- Hm, powiedziałbym, że z ciebie, chłopcze zupełnie normalny człowiek – wcześniej prosiłem go, żeby mi nie „ panował”.

- Wrażliwy do tego, i o tutaj – postukał w tabelkę – nachyliłem się.

- Tu jesteś bardzo rozwinięty – domyślałem się jedynie.

- Rozumiem, że to myślenie abstrakcyjne, mniej więcej? – nie chciałem sam się diagnozować.

- Mniej więcej, ale nie martw się, od tego nie umrzesz – mam się śmiać czy płakać?

- Powinieneś iść na studia – stwierdził na pożegnanie.

- Już jestem – mruknąłem, zamykając za sobą drzwi. Nie usłyszał.



Zaszły pewne zmiany. Ubyło nas. Tak z pięćdziesiąt procent. Zmienili się nauczyciele i sposób prowadzenia lekcji, zjazdy też były rzadsze. Pojęcia nie miałem, jakie kryteria selekcji obowiązywały. Pytać nikt nie śmiał.

- Na następne zajęcia proszę przygotować wypracowania, w dowolnej formie. Temat „ Kurwa, i co dalej?” – nowy profesor nawet się nie przedstawił.

Kiedy pojawiliśmy się ponownie i złożyliśmy nasze wypociny, zerknął na nie i chrząknął.

- Nic – przeczytał.

-To wszystko? – cisza na sali.

- Kto to napisał? – machał kartką z jednym słowem.

- Ja! – Piecia będzie wieczny.

- No to masz! – obróciło ucznia i oparł się rękoma o podłogę. Rozumiem, czarnego kota, ale Piecię?

- Będziesz tak długo żył na odwrót, aż się czegoś nauczysz, jełopie – moim zdaniem było spokojniej. U Kysza czy Kaptysza dawno byłaby demolka, ale wiadomo, wyższy poziom zobowiązuje.

Piecia chodził, spożywał, rozmawiał na następnych zjazdach inaczej niż pozostali. Nie wiem dlaczego nie przeczytano pozostałych prac. Wyszło na to, że im głupszy, tym wyżej klasyfikowany i dlatego przeszliśmy selekcję. Tak myślałem.

Odwrotowiec się zrehabilitował. I to czym!? Żeby tak z jeden tom napisał! A on?

- Życie – jedno słowo i do tego na mokrej od śliny chusteczce, położył przed nauczycielem siedzącym zza biurkiem, idąc na rękach i stękając z wysiłku. Jak on się załatwia? To dlatego ogolił się na łyso? Żeby po nim łatwiej ściekało i szybciej się zmywało? Pytaliśmy go dziesiątki razy, nie chciał gadać, w ogóle zmienił się jakoś. Częściej milczał.

- Brawo! Sześć! – wszystko wróciło do normy, czyli Piecia stanął na nogi.

Dorota dostała pracę. Na kasie w supermarkecie, ale zawsze to coś. Jednocześnie zapisała się do wieczorowej szkoły średniej, a w łóżku…… była śmielsza i śmielsza. Pomału dotykałem ją tam, gdzie mi pozwalała, a ona w zamian tam, gdzie ja chciałem. Kiedy mówiła – nie chcę, nie tu, nie teraz – rozmawialiśmy sobie jak gdyby nigdy nic. Jako mężczyzna mogę śmiało powiedzieć, że moja kobieta wiedziała, gdzie mam punkt. Swój, nie książkowy. Nie byłem jej dłużny. Na horyzoncie pojawiły się nowe chmury. Zbliżał się kolejny termin rozprawy, nie wiedziałem jak to przyjmie. Cholernie się o nią bałem.

- Na następne zajęcia, w ramach akcji „ Bądź tu mądry i pisz wiersze”, proszę przynieść wiersz, na temat „ Masturbacje” – zmysłowa była nasza nowa pani.

- To cyrk, czy piekło, do jasnej chol….! – nie będę, nie mogę, nie chcę, ale muszę to opisać. Nie dokończyło biedaczysko. Usta zamilkły, a z dupy rozległ się stłumiony bełkot. Usta się otworzyły i…. pierdnięcie wydały.

- Taka zamianka, do następnego razu – nauczycielka wyszła z sali. Delikwent pierdział ustami, chcąc przeprosić chyba, o przywrócenie funkcji odpowiednich organów, ale gadaj zdrów. Nawet nie chcę sobie wyobrazić, co będzie, jak pójdzie do kibla. Oby to tylko w naszej szkole działało. Zająłem się sobą. Pojęcia nie miałem, co napisać. Drapałem się za uchem, stękałem, wzdychałem, spoglądałem na błękitne niebo. Chodziłem na spacery i wąchałem kwiatki, dotykałem kory drzew, słuchając jak pod martwą z zewnątrz skorupą, tętni życie. Patrzyłem się na ludzi, rozmawiałem z nimi, spotykałem ze znajomymi, żartowałem. Myłem się i spałem. Jadłem. Och i ech mruczałem, aż w końcu coś stworzyłem.

Kobieto kochana obudź się z rana

Gdy mgła mroku okrywa jeszcze pana

Usuń wszelkie kamienie

I niech cię nie gryzie sumienie

Bo twa harfa jedyna jest przecie

W swoim rodzaju na tym przeklętym świecie

Zagraj więc muzo pieśń radości

I niech twe palce mają gości

Wilgoć i rozkosz twa bowiem

Nie jest żadnym twarogiem

Za smutki i stresy dźwięk się rozniesie

Twych westchnień i uniesień

Stwórz więc hymn dnia codziennego

Ze swego trójkącika pustego

A żałować nie będziesz na pewno

Bo to samo szczęście jest królewno.

- Żeby tylko nie mnie, żeby tylko nie mnie, żeby …. – proszę!

- Kobieto kochana….. – nic mnie już nie uratuje. Będę szczekającą świnią albo krową z łbem koguta.

- Kto to napisał? – ty? Rany Julek! Mam plany na przyszłość!

- Ja, proszę…. – litości! Już nigdy, nic nie napiszę, chyba, że coś obrzydliwego, gdzie mi każecie!

- Rymy częstochowskie… - przecież błagam o litość! Co to znaczy, że jak, niby kradzione!? Byłem tam jako dziecko i pamiętam, że okradli naszego pilota. Buchnęli mu całą saszetkę ze wspólnymi pieniędzmi, dokumentami i kluczykami do autobusu. Gdyby nie odpalił na styk wozu, wrócilibyśmy pieszo. Czterysta kilometrów!

- Ale, hm. Mierna, siadaj – ja pierdolę! Więc tak czuje się człowiek nowo narodzony…

Nadszedł termin rozprawy. Nie poznawałem Doroty. Przestała stopniowo brać leki, mimo, że cała drżała wchodząc do sądu, odmówiła mojej pomocy. Na salę weszła z podniesioną głową. Jasno, czytelnie i dokładnie opowiedziała o gwałcie. Mógłbym zaryzykować stwierdzenie, z zimną krwią opisywała detale. Wcześniej dała do zrozumienia sądowi, który chciał opróżnić widownię, że nie ma nic przeciwko obecności osób postronnych w czasie wokandy.

Melepety dostały po roku w zawiasach. Nosiło mnie.

- Mówiłem ci, mamy dobrych fachowców – Kapszt nie opuszczał rozpraw z udziałem wychowanków.

- Z drugiej strony, ta twoja Dorocia, nieźle się pozbierała, czy ja już gdzieś jej nie widziałem, dużo wcześniej? – przyglądał się narzeczonej. Zaręczyliśmy się wczoraj. Pierścionek był skromny, moja miłość do niej nie. Pożegnaliśmy się szybko i wyszliśmy głównym wejściem. Jak dotąd trzymała się równo.

- Słabo mi – a jednak! Osunęła się przy postoju taksówek. Po powrocie do domu, powoli wracała do siebie. Masowałem jej nogi. Przyniosłem herbatę i ciastka. Cały czas rozmawialiśmy. Zasnęliśmy w ubraniach, przytuleni, objęci. Kurczę, polubiłem to.

Przechodziłem korytarzem, gdy nagle runęła ściana.

- Dzień dobry, panie profesorze – stał pochylony, sapiący i spocony jak byk z areny.

- Cześć! Co za tłuki! Sił mi już brakuje! – wrócił do klasy.

- W-y d-e-b-i-l-e p-i-e-r-d-o-l-o-n-e! K-t-ó-r-y i-d-i-o-t-a n -a -w-o-ł-u-j-e d-o k-o-l-e-j-n-e-j w-o-j-n-y!? – piekło nie potrzebuje ofiar, dokończyłem. Obecnie mieliśmy dużo czasu dla siebie. Plątaliśmy się i obserwowaliśmy.

- Jestem w ciąży – powiedziała Dorota, a ja skamieniałem.

- Będę ojcem – mieliłem ślinę.

- Będę tatą – i mieliłem.

- O, kurczę! – no i się zaczęło.

- Ogórki bym zjadła – są przecież w kuchni.

- Ale nie takie, kiszone – też mamy.

- Nie, nie takie w plastikowym wiaderku, te z foliowych torebek są najlepsze – wiesz która godzina? Druga rano.

- Ale mnie ssie. I dziecko głoduje…- dobra wychodzę, gdybym nie wrócił, powiedz mu, że zginąłem w drodze po żarcie.

Dotarłem szczęśliwe do nocnego sklepu. Nic trudnego, dla chcącego. Kilometr na piechotę do najbliższego przystanku, nocnego autobusu, trzydzieści minut czekania na zimnie, dwadzieścia podróży, ponownie dwudziestominutowy spacer i jestem u celu. Z powrotem było trochę inaczej. Zdobyłem te cholerne ogórki w torebce foliowej, na szczęście mieli, to kupiłem trzy opakowania. Opuściłem sklep i szoruję na przystanek.

- Ej frajerze! Kopsnij dychę na wino, bo…. – przecież nie odpuszczę.

- Spierdalaj cwelu – obróciłem się, dwóch na jednego, ale po co mam w kieszeni stalową pieszczochę? Powiększyłem sobie bilans zwycięskich starć ulicznych.

- Kulfa, zobacys, Pafra się s topą policy! – mówił jeden, wypluwając zęby.

- Tak, tak, wsędzie cie rozpoznam, smaciazu – drugi też miał świeże ubytki.

- Grozicie mi? – uciekli. Po tygodniu spotkałem Pawra na siłowni.

- Słuchaj, twoje trolle miały ze mną starcie – powiedziałem w przerwie między ćwiczeniami.

- Jakie trolle? – opisałem ich, tatuaże, rysopis, znaki szczególne.

- Znam ich, ale to gnoje jebane – podobno za trzy dni wpierdolił im osobiście, za to, że się na niego powoływali, bez zezwolenia. Tak, tak, trzeba uważać kogo sobie człowiek wybiera na patrona, inaczej można podwójnie oberwać.

Dorocie zaczęły przeszkadzać zapachy, moje zachowanie i kolory, chciałem uciekać, gdzie pieprz rośnie.

- Słuchaj, chyba rodzę – nie pamiętam, kiedy i jak znaleźliśmy się w szpitalu. Przyjazny dziecku – głosił napis nad wejściem. Narzeczoną zabrali mi na wózku. Ja za nią.

- Dokąd? – zatrzymała mnie pielęgniarka.

- Rodzić – odpowiedziałem, dostałem szpitalne spodnie i bluzę. Zasuwam korytarzem na izbę porodową.

- Nieeee, to nie dla mnieee – na kozetce leży facet i mamrocze bez sensu. Jest w stroju, jak mój. Nad nim siostra oddziałowa. Nachyla się.

- E, panie, obudź się pan! – pierze go pysku otwartą dłonią.

- Przepraszam, gdzie rodzi Dorota..- podaję nazwisko.

- Boks trzeci – odpowiada i dalej go leje.

- Zbierz się do kupy, e! – pac, pac! A gdzie tam, gadaj zdrów.

Wchodzę. Moja kobieta na pochylonym fotelu. Nogi rozchylone, spocona. Stęka. Wychodzę.

- A ty dokąd!? – znowu wchodzę.

- Masz być przy mnie! Jasne? – jasne.

- Kochanie, uśmiechnij się, kochanie tutaj – słyszę z drugiego boksu, Obracam się, drzwi wszędzie pootwierane. Naprzeciwko chodzi facet z kamerą. Poród trwa, ekipa się uwija. W pewnym momencie widzę jak filmowiec zagląda między nogi i osuwa się na ziemię.

- Karol, weź zobacz, czy sobie łba nie rozbił i odsuń go nogą, bo się tu o niego jeszcze ktoś zabije – anestezjolog się schyla, przejmuje sprzęt i filmuje dalej. Nieprzytomny zostaje przesunięty po podłodze.

- Jedno , drugie, trzecie, gratuluję, macie trojaczki, ale sobie pani faceta wybrała, e obudź się pan, już po wszystkim – podsuwają mu fiolkę pod nos.

- Co!? Co!? – zrywa się.

- Nic, masz trojaczki tatusiu – humor dopisuje także pielęgniarkom.

- Gdzie!? Jak!? Kiedy!? – o tu, teraz, prawie naturalnie, podsuwają mu wózek z trójcą. Ponownie zwala się na podłogę.

- Co jest, same mięczaki dzisiaj – ekipa podnosi klienta i sadza na tyłku, ponownie w ruch idzie fiolka.

- Dajcie trochę tego i mnie – wchodzi znajoma z korytarza.

- Oklepałam go już, aż ręce bolą i nic – zabiera miksturę i wraca do leżącego na kozetce.

Pierdolę, wychodzę.

- Nigdzie nie pójdziesz!? – nie mogę wyrwać swojej ręki z uścisku.

- Aaaa! Zostawcie mnie, kurwy jebane! – do ostatniego boksu wjeżdża przywiązana pacjentka.

- Hela! Dzwoń po ochroniarzy, ktoś musi tej suce trzymać nogi, bo inaczej udusi dzieciaka! – krzyczy pielęgniarka i robi się ruch.

- Kto tu jest suką, suko, aaaaa, zostawcie mnie! – pac, pac, pac! Normalnie ją biją!

- Rozłóż nogi, pizdo, bo udusisz dziecko, gdzie ochroniarze!? – na salkę wbiega czterech mężczyzn.

- Co tu się dzieje!? – nic, trzymajcie nogi, po dwóch z każdej strony, dwójka przy udach i dwójka przy stopach. Nie ma czasu, dziecko wychodzi…

- Ja….. – najmłodszy pada na posadzkę, wyciągają go za nogi pod nasze wejście.

- Trzymajcie tak, na siłę, bo dziecko nie będzie miało zaraz czym oddychać! – może i ja sobie poleżę? Nogi odmawiają mi posłuszeństwa.

- Puść mnie chuju! – krzyczy matrona do najbliżej stojącego securit asa.

- Ok – puszcza i odskakuje.

- Co pan robisz!? Już widać główkę! – pielęgniarce zaraz wyrosną rogi, ton głosu ma odpowiedni.

- Jak odmówię kobiecie w ciąży, to rok czasu i mnie myszy zjedzą! A ja mam w domu, dwie krowy, świnie i trzy hektary obsiane pszenicą!– takie przekonanie. Tradycja.

- Lecz się ….. – nie dokończyła zołza w białym fartuszku.

- Łe, łe, łe – słyszę.

- Ty kurwo! Suko pierdolona, o mało nie udusiłaś dziecka! Prawie mi palce połamałaś! – krzyczy odbierająca poród, do prawie nieprzytomnej, pijanej matki.

- Ja rodzę! – słyszę Dorotę, obracam się i….

- Wstawaj, wstawaj człowieku, już po wszystkim. Co za dzień – ktoś klepie mnie solidnie po twarzy. Otwieram oczy. Jestem ojcem.

- O, Ela, straciłaś przyjaciela…! – drą się za oknem menele z winami, szukając swojej znajomej z sąsiedniego boksu.

- Zobacz jakie mam pogryzione sutki – luba pokazała mi piersi. Minęły dwie doby od porodu.

- Nie mam pokarmu, co ze mnie za matka? – faktycznie, oba wyglądają, jakby karmiła małą piranię.

- Niech pani nie przesadza. Nawet kobiety w zapomnianych rejonach Afryki są w stanie same wykarmić swoje dzieci. Jesteś kobieto dobrze zbudowana, odkarmiona, dziecko sobie poradzi – z serii porady doktor Joli.

- Najwyżej cię zje – zaczęła płakać. Mój żart nie był na miejscu. Poszedłem do pielęgniarki załatwić, nielegalny, zabroniony w szpitalu przyjaznym dziecku, sztuczny pokarm.

- Nie wolno, ja się boję, nie da rady – oddziałowa lodówka pełna słoiczków.

- Pani ordynator robi habilitację, coś z naturalnego karmienia, jak się dowie, rozerwie mnie na strzępy – aha i w imię tego, jak dzieciak głodny ryczy, dajecie mu palec gumowej rękawicy wypchany gazą do ssania?

- Mniej więcej. Ordynator dla zdobycia wiedzy i tytułów jest gotowa poświęcić duszę diabłu – właśnie widzę.

- Proszę – dałem łapówkę białej siostrze, uśmiechnąłem się i cud nastąpił. Chłopak przestał płakać, Dorota szczęśliwa, szpitalna lodówka niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, otworzyła się dla bobasa.

Dzisiaj na zajęciach dostaliśmy nowe zadanie. Jak powiedział nauczyciel, z cyklu „ Syzyfowe prace”. „Wykop sto metrów rowu, o głębokości jednego metra, w dowolnym terenie, albo opisz na stu stronach, co przeżyłeś przez ostatnią dobę.” Poszedłem kopać. Fakt, Straż Miejska zainteresowała się mną, dostałem mandat, ale robiłem to, co lubię. Otrzymałem trójkę z minusem, bo dałem się złapać.

Odwiedziłem rodzinne strony Doroty. Sam. Pogadałem z facetami od gwałtów zbiorowych. Osobno. Żaden nie miał mi nic ciekawego do zaoferowania. Prosili, skamleli, błagali o litość, grozili, płakali, klękali, robili pod siebie, usiłowali się bronić. Jednemu załatwiłem trwałe inwalidztwo, drugiemu kilkuletnią rehabilitację, trzeci narobił w spodnie. Wiedzieli za co obrywają, pojęcia nie mieli od kogo. Mnie tam stykło. Sprawiedliwości stało się zadość. Mojej. Innej nie znam. Wróciłem do domu bez jednego zęba i z trzema szwami na głowie. Powiedziałem, że się wywróciłem, uwierzyła mi.

- Nie sądzisz, że dziecko powinniśmy ochrzcić? – podrapałem się po głowie. Miała rację. W życiu nie zgodzę się na kościelny ślub, co najwyżej cywilne biadolenie, ale dziecko….

- Załatwię to – nie byłem u komunii, żadnego bierzmowania nie miałem, ja byłem swoją wiarą. Wszystko można kupić. Kupiłem. Płaciłem gotówką, uśmiechem i szczerą rozmową.

- Kiedy ma odbyć się chrzest? Każdy dzień tygodnia jest możliwy – mówił zaufany ksiądz. Tacy też istnieją.

- Nawet we wtorek? – chciałem się upewnić.

- W środę i piątek również, że nie wspomnę o reszcie, godzina do wyboru – proboszcz odprowadził mnie do drzwi plebani.

W kościele stanęliśmy jak Bóg przykazał. Nikt nie wiedział, o co kaman, bo świadkowie też byli pierwszy raz od wielu lat w świątyni pańskiej. Jedyny wymóg księdza. Świadectwa chrztu, spełnili. Cała uroczystość trwała dwadzieścia minut, nikogo więcej nie było, a dubler przed ołtarzem mówił szeptem, co, kto, kiedy ma mówić.

- Tradycji stało się zadość – ktoś powiedział.

- Stało się – mruknąłem. Wszyscy poszliśmy na obiad.

Zajęcia praktyczne. Temat, „ Rusz głową, masz jeden dzień”. Ani słowa wyjaśnienia, wskazówek, podpowiedzi.

- Już mi lepiej – powiedział jeden z nas, zaraz po tym, jak natychmiast zaczął kręcić łbem. Coś mu strzeliło w karku i po wszystkim.

- Gorzej mi – kolejny postanowił naśladować kadrę i przebić głową mur. Na nic. Dostał tabletkę od bólu.

- O, je, o, je, o , je…. – wciągając trawkę medytował kolega, aż zasnął, z tym swoim o,je, na ustach.

- Puk,puk. Jestem tam kto? – każda droga jest dobra, byle prowadziła do wyznaczonego celu.

- Puk,puk. Halooo? – nikt nie odpowiadał. Trzeba było zawrócić.

Postanowiliśmy z Dorcią odwiedzić bank i narobić sobie długów, w zamian za skredytowanie małego, czterdziestoparometrowego mieszkanka.

Obsługująca cizia, z uśmiechem na ustach i kalkulatorem w dłoni doprowadziła nas do finansowej ruiny, w piętnaście minut, a my to łyknęliśmy. Dzięki przytomności mojej kobiety, nie zostaliśmy zlicytowani natychmiast, ale wyrok odroczono na trzydzieści lat, uzależniając jego wykonanie od spłacania rat w terminie, oczywiście.

Nowe gniazdko było ciepłe i przyjemne.

- Człowiek jakoś dobrze się u was czuje – mówili znajomi.

- Wszystko zasługą Dorci, tylko ona urządzała – nie mogłem się nachwalić żony, mały pełzał już na czworaka. Raty płaciliśmy systematycznie, oboje pracowaliśmy i zarabialiśmy średnie krajowe. Opiekę na chłopcem powierzyliśmy żłobkowi, gdzie panie otwierały okna i drzwi jednocześnie, chcąc mieć nazajutrz mniej dzieci w grupie. Sami rodzice ułatwiali im zadanie, przyprowadzając swoje pociechy zasmarkane, kichające i z antybiotykami na deser. Uodpornili mi syna, że hej. Drugą turę przejęło przedszkole, gdzie mały uczył się podstaw walki o swoje i przeżycie we wrogim środowisku. Zawody, kto mądrzejszy, ładniejszy, bogatszy, ma lepszych rodziców , i więcej zdjęć z wakacji, rozpoczęte. Radził sobie doskonale. Rósł jak na drożdżach.

Zajęcia praktyczne stały się normą. „ Zgub się i odnajdź samodzielnie”, wszelkie pomoce zabronione. Stowarzyszenia, kółka, poradniki i doradcy wykluczeni.

- Piecia się obwiesił – przyniósł ktoś nowinę.

- Minus jeden – stwierdził nauczyciel, wykreślając go z dziennika.

- Ten zaczął pić na umór – zawieszony czasowo, wpisano.

- Wpadł w narkotyki – ten sam wpis.

- Ale to już trzeci raz po detoksie – trzeba było tak od razu.

- Sajonara – zniknął z kartek.

- Dąży do sukcesu, za wszelką cenę – mierna.

- Do niczego nie dąży, siedzi i tępo patrzy się w ścianę – mierna plus. Może mu przejdzie.

- Robi dzieci na potęgę – trzy z ogonkiem. Wyczerpujące zajęcie.

- Porzucił rodzinę dla kochanki – czwórka, bo nowa jest młodsza niż poprzednia. Kochanka ma się rozumieć. Nie pierwszy raz porzuca bowiem.

- A ten chce naprawiać świat, pomogę ci, a ty może komuś w przyszłości też – czyli akcja „podaj dalej”? Znamy to znamy, pożyjemy, zobaczymy.

- Nie płaci alimentów – poczekamy, zobaczymy. Wokół nazwiska pojawiło się czerwone kółeczko.

- Pracuje jak szalony, dba o wszystkich, chwalony, bez wad – po co nam taki? Wpisać, zagrożony. Do ponownego sprawdzenia.

Weszliśmy z małżonką w życiową rutynę. Praca, dom, praca, dom, praca, dom. Mniej się odzywaliśmy, inaczej zachowywaliśmy. Dziecko patrzyło, obserwowało i uczyło się przy okazji. W porę sobie pomogłem.

- Jedziemy na urlop – ale nie dadzą przecież.

- Doktor, jest sprawa – stówa w kopercie

- Ile? – tydzień będzie chorować kobieta, ja siedem dni. Dziecko zdrowe.

- To najważniejsze, proszę, oto zwolnienia. Pozdrowienia dla małżonki – dzięki.

- Ładna bluzka – to sobie kup.

- Za co, ledwo nam starczyło na urlop – no to kup tańszą, też ładną.

Albo to.

- Daj mi buzi – strzelam karpia.

- Oszalałeś, w naszym wieku na ulicy – zdziwienie wielkie.

- Dawaj, bo będę śpiewał, o Ela…..! – cmok.

- Mało! – cmok, cmok.

- Teraz dawaj łapę i idziemy – syn zerka ukradkiem.

- Rodzice? – podchodzi.

- Taa? – zbliżamy się i my.

- Macie już porozumienie? – z zajęć praktycznych dostałem czwórkę, bo za późno się połapałem.

- Tak, mamy synku – mkniemy we trójkę.

- No to fajnie, dostanę na loda? – wyciąga rękę.

- Nie, bo dzisiaj ja stawiam wszystkim – amerykańskie, kręcone są najlepsze.

Rozsadzono nas. Cisza. Nastrój jakiś podniosły. Do klasy wchodzi dyrekcja, nauczyciele, znaczy się świta cała, orszak piekielny.

- Jesteście absolwentami pierwszego, najniższego poziomu. Nie ma się z czego cieszyć, to tak jakbyście kończyli przedszkole. Może się jeszcze kiedyś zobaczymy, a może nie. W każdym razie, powodzenia życzę – to chyba Belzebub?

- Dostaniecie kartki z zadaniem. Tylko jedna odpowiedź. Na wieki wieków… – odezwała się wice dyrektorka.

- Jakie życie wybierasz? – brzmiało pytanie.

- Proste, skomplikowane, pogmatwane? – nic więcej.

Komisja zauważyła, że sobie nie radzimy.

- Jesteście raczkującymi cymbałami, więc powtórzymy egzamin – oświecił nas zwykły kierownik, reszta sobie poszła.

- Oto kartki. Zasady te same – rzucał na stoły zadanie.

- Jakie życie wybierasz? – znam to pytanie.

- Poziom gry łatwy, poziom gry średni, poziom gry trudny? – żeby chociaż napisali, z czym to się je, jakie są profity, ryzyko, skutki uboczne!

- D-e-b-i-l-e p-i-e-r-d-o-l-o-n-e. C-y-m-b-a-ł-y z-a-j-e-b-a-n-e! C-z-y w-y -s-i- ę k-i-e-d-y-ś c-z-e-g-o-ś n-a-u-c-z-y-c-i-e !? – żegnał się z nami Kapszt. Tylko on ostał. Kadra poszła znudzona.

- M-a-c-i-e p-a-t-a-f-i-a-n-y o-s-t-a-t-n-i-ą s-z-a-n-s-ę – zburzył wszystko. Siedzieliśmy na ziemi, grunt to grunt.

- Jakie życie wybierasz!? – darło się na nas pytanie.

- Wersję dla ciot, wersję dla weteranów, wersję realną aż do bólu – osobiście nie miałem kłopotów. Zawsze zaznaczałem to samo. Problem polegał na tym, że wszyscy musieli się zdecydować tu i teraz. Trwało to i trwało. Siedziałem coraz bardziej zniecierpliwiony. Mogłem wyjść już po pierwszej turze, ale nie. Jak wszyscy, to wszyscy. Patrzyłem na zegarek. Kurdę, za trzy godziny muszę być w pracy. Zdążyłem w ostatniej chwili.

Wspólnie zdecydowaliśmy, że kupujemy samochód. Na kredyt, jak większość życia. Okres promocji. Firma należała do byłych złodziei aut, którzy pierwszy milion zarobili za pomocą łamaków i znajomości terenu, bo nigdy nie wpadli. Takie tam poszlaki jedynie, ale od czego jest ślepa sprawiedliwość? Teraz byli legalni, czyści jak łza i bogaci do tego. Wcale mi to nie przeszkadzało. Udaliśmy się do nowo otwartego salonu.

- W czym mogę państwu pomóc – pojawiła się modliszka. Miałem odpowiedź gotową, ale żona mnie szturchnęła, to ugryzłem się w język. Znała mnie dobrze.

- Ten model ma dwa systemy wspomagające kierowcę, osiem poduszek, napęd na cztery koła – i kosztuje w chuj. Dodałem w myślach oczywiście.

- Tamten z kolei to istny cud na kółkach, ma tyle elektroniki, że nawet nie będę wymieniać – rozwiała sobie włosy z czoła.

- Nie trzeba, nie jesteśmy zainteresowani – mimo to zaczęła wyliczać zalety.

- Chcemy samochód, nie statek kosmiczny – przerwałem pindzie, bo zaczęła mnie wkurwiać. Dorcia tylko się na mnie spojrzała. Ale ona ma wzrok!

- Kupiliśmy zwykły, normalny, przeciętny samochód z czterema kołami, drzwiami pięcioma i kierownicą – odczuwaliśmy w nim wszelkie wyboje i przeszkody na drodze. Rozwijał prędkość do stu czterdziestu kilometrów na godzinę, o dziesięć za dużo, bo u nas i tak tylko sto trzydzieści można pędzić. Do tego jedynie na autostradach, których mamy ze sto kilometrów w całym kraju, reszta w budowie bądź remontowana i są ograniczenia do czterech dych na godzinę.

Jeździmy sobie tu i tam. Radyjko cichutko pyka. To muzyka o miłości, przerwa, wiadomości z kraju. To znów muzyka o miłości, przerwa, wiadomości ze świata. Na koniec, dla odmiany, muzyka o miłości, przerwa, wiadomości sportowe. Ochujeć idzie!

- Wrym! – śmignęła bejca.

- Wrym! – za nią poleciał merol.

- Ścigają się, to wariaci – O, Dorota, też bym się…., ale mi nie pozwalasz.

- Patrz! – wyjeżdżamy zza łuku. Rozjebany merol, właśnie zaczyna się palić.

- Nawet nie ruszajcie się z wozu – parkuję w bezpiecznej odległości, włączam światła awaryjne. Otwieram bagażnik, biorę gaśnicę i podchodzę do wraku.

- Cześć głupi głupku -patrzą na mnie szeroko otwarte, zdziwione jakby, martwe oczy kierowcy. Reszta ciała zmasakrowana. Żadna kosmetyka zwłok nie pomoże. Ogień obejmuje komorę silnika i drzewo objęte blachami w stalowym ucisku. Moją, jednokilogramową gaśniczką mogę walczyć co najwyżej z płonącą zapałką w popielniczce. Durne przepisy, ale mus to mus. Wypsikałem całą na twarz zmarłego, może chociaż rodzina rozpozna denata. Zadzwoniłem na sto dwanaście, podałem trasę, miejsce.

- Jest pan pewien, że kierowca nie żyje? – pytają mnie z dystansu.

- Chwilec
Ostatnio zmieniony pt 23 maja 2014, 09:36 przez MAREL, łącznie zmieniany 3 razy.



Awatar użytkownika
Weber
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 3233
Rejestracja: pt 20 paź 2006, 16:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wielkopolska
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Weber » pn 15 cze 2009, 22:33

Dalszy ciąg:



Drzewa migały, powietrze szumiało, słońce świeciło, a my jechaliśmy sobie ostrożnie.

- Tutaj! – dzisiaj była kolej małego.

- Ok. Zjechałem do lasu – za każdym razem jechaliśmy tak długo, aż ktoś z nas powie, dość. Wszystko jedno gdzie. W tym miejscu, o ile to możliwe było, zatrzymywaliśmy się, odpoczywaliśmy, jedliśmy, jak się dało przy ognisku i bawiliśmy. W ten sposób dowiedziałem się, gdzie leży miejskie składowisko odpadów i tego, że białe ptaki wcale nie są białe, bo dbają o higienę, ale dlatego, że tak je natura stworzyła i deszcz często pada. Jedliśmy już przed oczyszczalnią ścieków i bunkrem dowodzenia z czasów wojny światowej. I tu i tu wszystkim smakowało. Gdzie zjemy dzisiaj?

- Jest jeziorko! – co za przypadek.

Graliśmy w państwa i miasta, wojnę, noża i klipę. Apetyt dopisywał, humor też. Ptaki ćwierkały, a las szumiał. Woda była przyjemnie zimna, tafla jeziora spokojna, gładka. Od czasu do czasu, jakaś istota wyskoczyła na chwilę w powietrze, jakby sprawdzając, co to za intruzi zakłócają im spokój i lądowała na powrót w swoim środowisku. Czas leciał. Pozbieraliśmy nasze rzeczy i wracaliśmy do domu.

- Zobacz – na miejscu była już rodzina. Wrak zabrany. Służb żadnych, jedynie drzewo, nie takie duże, lekko osmalone, miało uszkodzoną korę, żyło. Dziwne. Samochód uderzył z potworną prędkością. Silnik wbił się przecież w kabinę. Nie powinno tego wytrzymać, a jednak. Grunt, to grunt. Korzenie utrzymały widocznie w pionie to, co leżeć pod naparciem techniki i głupoty powinno.

- O Jezu, Jezu, o Jezu! – kobieta kładła się na korę. Zwolniłem, bo zakręt był rzeczywiście ostry.

- Co on ci zrobił, o Jezu, Jezu, Jezu! – nic nikomu nie zrobił. Na szczęście. Zapierdalał, bo chciał wygrać, za każdą cenę. Pojechaliśmy dalej.

- Tata, co oni robili? – ciekawość dzieci nie zna granic.

- Histeryzowali – przecież to prawda była.

- Rozpaczali – poprawiła mnie żona.

- Pytałem tatę, nie ciebie – ech synek, mów, co chcesz, a spełnię twe zachcianki.

- Kochasz mnie? – co to za pytanie. Malec usnął, nie śpieszyło się nam nigdzie, jechałem, żeby się toczyć i nie przeszkadzać innym kierowcom na drodze.

- Pewnie, tak – nie pasowała jej chyba odpowiedź.

- To powiedz – miałem rację.

- Kocham cię – kobiety, kobiety.

Przypomniały mi się zajęcia. „ Jaka to melodia czyli gra na uczuciach”? Prowadził wuefista – transwestyta.

- Tango srango, ługi bugi, przeleć mnie Julek – nie popisywaliśmy się, jak zwykle.

- Nieeee! – krzywił się, przy każdej odpowiedzi, jakby mu wodę święconą do gęby nalewali. Zamknął wtedy wszystkich w komórce. Pojęcia nie mam, jak to zrobił. Wepchnął i koniec. Nie było siły, żeby mu się przeciwstawić.

Na początku czuliśmy własne oddechy, ciemno jak w dupie. Pierwszy pękł Piecia.

- Wlazł kotek na płotek i mruga… - usłyszałem odgłos przypominający ssanie palca. Mięczak.

- O,lalala, o lalala… – kolejna nuta. Same cioty. Ale może już stąd wyjdziemy?

- Kocham cię, kochanie moje…. – a kochaj, tylko po co zużywasz tyle tlenu, zaraz się tu podusimy. Gdzie drzwi!?

- Aaa, aaa, aaa… – na nic lepszego cię nie stać, kurdę i ja się duszę.

- Tymtytym trydymdym, bonanza… – też mi coś. Ja chcę wyjść!

- Deszcze nie spokojne, potargały sad… - jestem miękki, jak inni.

- Oj, dupki, dupki, chodźcie – Wera, poznałem ją po głosie, potem stuknięcie, chyba nogą w przeszkodę, lekkie i witaj życie.

- Przecież kłódkę mam ja, zapomnieliście? –Fastek ryczał ze śmiechu. My nie.

Minęło trochę czasu. Szedłem korytarzem sądu. Ludzi jak zawsze. Mnóstwo. Masa nowych gadżetów. Monitory, ławki, drzwi do sal rozpraw. Elegancka ochrona, prawników całe stado.

- Cześć – nie zauważyłem nawet Kapszta.

- Dzień dobry panie profesorze – a co tam będę się szczypał.

- He,he,he – poklepał mnie po ramieniu.

- Coś ci dolega? – nie uśmiechnąłem się.

- Chodź, pogadamy, zapraszam na kawę – wprowadził do gabinetu, na trzecim piętrze. Sąd i prokuratura to jedność. Nienawidzą się i kochają zarazem. Nie mogą bez siebie żyć. Walczą na wokandach i piją na imprezach.

- Jest nas coraz więcej, ale… – podrapał się po kudłatym łbie.

- One też mają niezłą szkołę i są bardzo niebezpieczne, dla nas…– zaczął się rozglądać.

- Kto? – nie mogłem ukryć zdumienia.

- Anioły oczywiście, szczególnie niebezpieczne są te po szkole życia, mogą nas opętać….. i wszystko na nic, rozumiesz? – nie zrozumiałem. Prawdę mówiąc, słuchałem go jednym uchem. Cały czas myślałem o Dorocie i synu…

- Nie warto, mówię ci, nie warto – zawiesił głos.

- Dlaczego nie warto kochać? – nie miałem nic do stracenia.

- Czy ja wiem, chcesz usłyszeć prawdę? – podał kawę.

- Słodzisz? – wszystko jedno.

- Może śmietanki – wszystko jedno.

- Mleka? – wszystko….

- Trucizny? – wszystko jedno mówię.

- Dorota była kurwą za granicą – czekał na moją reakcję.

- Jak wszystkie, ma coś naskrobane – kontynuował ,nie było reakcji.

- Widzisz, nikt jej wcale nie zgwałcił, chciała po prostu wyłudzić kasę, od bogatych chłopów ze wsi, dlatego naprawdę ich prowokowała i zapraszała – nie odzywam się.

- Przestała pracować w burdelu, bo ją wyrzucono, za łatwo zachodziła w ciążę. Kiedy ją poznałeś, była po drugiej skrobance – milczę.

Wyskoczę oknem, prosto na beton, będzie po wszystkim. Kupa ludzi, centrum miasta, przyjedzie moja ekipa, po co mi sensacja? Poza tym Kapszt mi nie pozwoli, zaczniemy się szarpać, przyjedzie straż pożarna, rozłożą dmuchany materac i zrobię z siebie pośmiewisko. Wybiegnę na korytarz, złapie mnie ochrona zaalarmowana przez pana prokuratora, jakby nie patrzeć, dupa z tyłu.

- Jest jeszcze coś, mogę mówić? – wiedziałem, że nie ma na świecie litości, że człowiek nie jest z żelaza, mogłem powiedzieć, nie, dziękuję, już mi wystarczy.

- Tak, chcę wiedzieć wszystko – mężczyzna i kobieta nie różnią się praktycznie wcale. Jedno i drugie, musi, po prostu musi wytarzać się we własnym gnoju. Bez tego ani rusz. Mówią, lepiej wiedzieć, niż żyć z przekonaniem, że jeszcze coś nam umknęło. Nawet ci, co są na nie, po jakimś czasie wracają do gówna z dystansem i wsadzają swój świński ryj w sam środek, żeby zobaczyć, jak to właściwie jest. Byłem taki sam, identyczny, może bardziej postrzelony, zniecierpliwiony, nie chciałem czekać, musiałem wiedzieć. Zestaw wymiocin, tu i teraz.

- Dziecko nie jest twoje – taaa, mów mi Lobo.

- Nie moje? – przecież to niemożliwe.

- Ojcem jest ten, którego wsadziłeś na inwalidzki wózek do końca życia – skąd oni to wiedzą?

- Jesteś smarkaczem – dodał na koniec.

- Możemy zrobić z ciebie mężczyznę. Ruszamy z drugim poziomem, gdzie i kiedy wiesz, tradycja zobowiązuje. Zgłosisz się dobrowolnie, albo obejdziemy się bez ciebie. Aha, tylko mi tu nie rób żadnych głupstw, gdzie indziej możesz, to wszystko – dał znak.

Wyszedłem, kawy nie tknąłem. Byłem dziwnie spokojny…


Po to upadamy żeby powstać.

Piszesz? Lepiej poszukaj sobie czegoś na skołatane nerwy.

Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » ndz 12 lip 2009, 16:37

Odmawiam weryfikacji tego tekstu z wiadomych dla autorki przyczyn.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.

Awatar użytkownika
MAREL
Pisarz osiedlowy
Posty: 290
Rejestracja: wt 02 cze 2009, 01:52
OSTRZEŻENIA: 2
Płeć: Kobieta

Postautor: MAREL » ndz 12 lip 2009, 22:59

Jak? Kto? Co? Dlaczego?



Awatar użytkownika
Edd
Dusza pisarza
Posty: 407
Rejestracja: pt 13 lut 2009, 22:55
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Edd » pt 28 sie 2009, 10:41

MAREL pisze:W domu ojciec awanturnik, ochlapus jak się patrzy. Matka, która zrzędzi cały dzień, „ idź do roboty, weź coś zrób, bo zdechniemy z głodu” i stado gdakających kur o poranku.

To powinno wyglądać mniej więcej tak:

W domu ojciec awanturnik, ochlapus jak się patrzy. Matka, która zrzędzi cały dzień: „idź do roboty, weź coś zrób, bo zdechniemy z głodu”, i stado gdakających kur o poranku.

MAREL pisze:- I powiadam wam ludzie, koniec świata nadchodzi, a z nim skaranie boskie za wasze niecne grzechy…(..)oj łby się posypią, mówię wam ja…(.)! – usłyszałem z podwórka, wracającego zygzakiem apostoła.

Znaki niepotrzebne. Do tego jeszcze raz przedstawię/powtórzę poprawny zapis, żeby się utrwaliło (przed chwilą wyłapałem ten sam błąd recenzując "Krótką historię o szariku, kibicach i policji".

- I powiadam wam ludzie, koniec świata nadchodzi, a z nim skaranie boskie za wasze niecne grzechy… Oj łby się posypią, ja wam mówię!... – usłyszałem z podwórka, wracającego zygzakiem apostoła.

Musisz wykazać się dla mnie nad wyraz wyrozumiały, bo nie doczytałem do końca. Mówiąc krótko: cholernie mnie to znudziło. Dlaczego? Za dużo niepotrzebnego gadania, za mało akcji. Zdecydowanie za mało. Powiem więcej: jej tutaj naprawdę nie widać, nawet skupiając się na odruchach bohaterów w ogóle jej nie dostrzegam, bo myśli ciągle kierują się ku dialogom. To one stały się główny przewodnikiem czytelnika, to one posiadają prymat. Przykro mi, ale nie udało się "uczepić" niczego pozytywnego.



Awatar użytkownika
MAREL
Pisarz osiedlowy
Posty: 290
Rejestracja: wt 02 cze 2009, 01:52
OSTRZEŻENIA: 2
Płeć: Kobieta

Postautor: MAREL » sob 29 sie 2009, 13:11

Edd, jak zawsze komentarz na wysokim, kulturalnym poziomie. Rozumiem doskonale, tym bardziej, że na innym portalu miałem opinie kilku osób, którym się podobało. Wiem, każdy ma swój gust. Cała " Szkoła diabłów" ma więcej niż 550kb. Edd, dziękuję za drobną korektę części którą przeczytałeś, niestety mam z tym potężny problem, tym bardziej dzięki.



Awatar użytkownika
Filip
Pisarz pokoleń
Posty: 1129
Rejestracja: sob 31 gru 2011, 12:51
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Filip » pt 20 sty 2012, 11:39

Małe wyjaśnienie: wiem, że wygrzebuję opowiadanie opublikowane już dawno, ale nie mogłem się powstrzymać.

Tekst kapitalny. Strasznie podoba mi się ta historia, forma (humor!!!), skróty myślowe i fakt, że autor nie traktuje czytelnika jak idioty tzn. nie podaje wszystkiego "na talerzu".
Kupuję to w całości - jest bardzo śmiesznie i bardzo poważnie, a to wielka sztuka. Brawo.



Awatar użytkownika
MAREL
Pisarz osiedlowy
Posty: 290
Rejestracja: wt 02 cze 2009, 01:52
OSTRZEŻENIA: 2
Płeć: Kobieta

Postautor: MAREL » czw 01 lis 2012, 20:12

Dzięki Pilif, ten fragment to część mojej powieści. Może kiedyś wydam, a może nie...



Awatar użytkownika
padaPada
Pisarz Wszechczasów
Posty: 2972
Rejestracja: śr 06 maja 2009, 10:44
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: padaPada » czw 01 lis 2012, 20:19

Marel, a jak idzie sprzedaż tej książki o gliniarzach?



Awatar użytkownika
MAREL
Pisarz osiedlowy
Posty: 290
Rejestracja: wt 02 cze 2009, 01:52
OSTRZEŻENIA: 2
Płeć: Kobieta

Postautor: MAREL » czw 01 lis 2012, 20:28

Jak idzie? Powieść "Policjant" wydana pod moim pseudo literackim Marcin Erlin sprzedaje się po ..., znaczy się nie najlepiej, bo według moich obliczeń przez miesiąc poszło do ludzi 100 egzemplarzy, a zakładałem ponad tysiąc ;) Nic na niej jeszcze nie zarobiłem, ale za to mam przyjemność co i rusz poznawać nowych ludzi na moim autorskim facezbuku. Właśnie kończymy korektę wydawniczą II tomu.

[ Dodano: Czw 01 Lis, 2012 ]
...przy okazji, tu jest link do trailera "Policjanta":
http://www.youtube.com/watch?v=OtADqb9vo2E
...a tu do recenzji w Literackiej Kanciapie:
http://literacka-kanciapa.blogspot.com/ ... cjant.html



Awatar użytkownika
padaPada
Pisarz Wszechczasów
Posty: 2972
Rejestracja: śr 06 maja 2009, 10:44
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: padaPada » czw 01 lis 2012, 20:53

To szkoda, że tak słabo, bo pamiętając twoje wcześniejsze teksty wrzucane tutaj, spodziewałem się sukcesu.



Awatar użytkownika
MAREL
Pisarz osiedlowy
Posty: 290
Rejestracja: wt 02 cze 2009, 01:52
OSTRZEŻENIA: 2
Płeć: Kobieta

Postautor: MAREL » czw 01 lis 2012, 21:16

padaPada dla mnie sukcesem jest już "samo" wydanie książki. Więcej będę wiedział w styczniu 2013 kiedy przyjdzie kolejne rozliczenie z wydawnictwa.



Awatar użytkownika
Bartosh16
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 2872
Rejestracja: śr 01 wrz 2010, 11:20
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: [To_be_determined]
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Bartosh16 » pt 11 kwie 2014, 00:34

MAREL pisze:piernął w naszą stronę.


Pierdnął.

MAREL pisze:Nasze usta musnęły <-> wzajemnie.


Zgubiłeś tu coś

MAREL pisze:odprowadził mnie do drzwi plebani.


Plebanii.

MAREL pisze:uczył się podstaw walki o swoje i przeżycie we wrogim środowisku


Tu się coś pokiełbasiło.

MAREL pisze:Deszcze nie spokojne, potargały sad


Niespokojne.

MAREL pisze:Jakby nie patrzeć, to dupa z tyłu?


Jak by nie patrzeć.

Z błędów zasadniczo tyle. Ostatni występuje dwa razy.
Ciekawa forma tekstu, z jednej strony dialogi postaci, z drugiej dialog wewnętrzny. Nietypowe, rzekłbym.
Mało opisów, za mało w stosunku do partii dialogowych, co z jednej strony przyjemnie przyspiesza akcję, z drugiej pozostawia pewne rzeczy nie wyjaśnione. Niewiele jest np. na temat wyglądu postaci, tła itd. Trochę mnie to niedosyca, ale znowuż dłuższe lub częstsze opisy wypaczyłyby koncepcję zapewne.
Mam ciągłe wrażenie chaosu. Jest partia dialogowa jednej postaci, potem narrator, potem znowu partia dialogowa tej samej postaci, czasem nawet kilka razy z rzędu. To mi się akurat nie podobało, bo niekiedy nie wiadomo, kto co mówi, kto daną kwestię wypowiedział.
Końcówka bardzo na plus. Prawda o Dorocie rozdziawiła mi gębę.
To jest najdłuższy tekst, jaki tu przeczytałem. Bardzo dobry.

Powodzenia w dalszej pracy.


"Racja jest jak dupa - każdy ma swoją" - Józef Piłsudski

Mój blog "Otwórz oczy"

Awatar użytkownika
MAREL
Pisarz osiedlowy
Posty: 290
Rejestracja: wt 02 cze 2009, 01:52
OSTRZEŻENIA: 2
Płeć: Kobieta

Postautor: MAREL » sob 12 kwie 2014, 00:51

Bartosh 16 - co do błędów, to jestem akurat w trakcie wydawania drukiem trzeciego tomu mojego "Policjanta" pod pseudonimem Marcin Erlin i dopiero teraz zacząłem szanować ludzi wykonujących korektę mojej twórczości. "Szkoła Diabłów" to pierwszy rozdział "Schizofreniki", która również ukaże się kiedyś drukiem, a to co wrzuciłem tutaj, to ok. 1/5 całości. Napisałeś "....chaos....", "...czasem nie wiadomo, kto co mówi...." i to będzie raczej w tym dziele mój znak rozpoznawczy :)



Awatar użytkownika
Grimzon
Legenda pisarstwa
Posty: 2227
Rejestracja: ndz 09 paź 2011, 13:46
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Grimzon » sob 12 kwie 2014, 09:34

MAREL pisze: to jestem akurat w trakcie wydawania drukiem trzeciego tomu mojego "Policjanta" pod pseudonimem Marcin Erlin


Uroki wydawania za pieniądze. A możesz zdradzić ile książek sprzedałeś ?


Wszechnica Szermiercza Zaprasza!!!

Pióro mocniejsze jest od miecza. Szczególnie pióro szabli.
:ulan:


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości