Ty też możesz zostać wybrańcem

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Milly
Pisarz osiedlowy
Posty: 230
Rejestracja: pn 29 cze 2009, 14:36
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: ze snów
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Ty też możesz zostać wybrańcem

Postautor: Milly » ndz 26 lip 2009, 18:24

Ponieważ ostatnio nie mam możliwości napisać nic nowego, wrzucam opowiadanie z sierpnia 2006 roku - lekko zmodyfikowane w celu usunięcia błędów, które zdołałam wyłapać. Reszta w Waszych rękach.

[center]Ty też możesz zostać Wybrańcem[/center]


Na kamienistej, wiejskiej drodze rozległ się chrzęst kroków. Mrok, rozjaśniany jedynie słabymi, rzadko rozstawionymi latarenkami, które rzucały pomarańczowe światło, zdawał się gęstnieć dookoła. W oddali ledwo dostrzegalnie majaczył nikły kształt postaci. Kiedy tylko wszedł w zasięg pierwszych zabudowań, rozległo się przeraźliwe, wściekłe ujadanie psów. Te, które mogły wydostać się przez niedomknięte furtki i bramy wiejskich gospodarstw, otoczyły postać i obszczekiwały ją zaciekle. Zdawało się, że za chwilę rzucą się na nią i rozszarpią ostrymi kłami. Postać nic sobie z tego nie robiła. Szła dalej bardzo powoli, lecz wciąż do przodu, a psy posuwały się wraz z nią, skacząc i biegając dookoła. Wkrótce szczekały już wszystkie okoliczne kundle, a powietrze wypełniło się nieprzyjemnym jazgotem i wyciem tych, które nie mogły wydostać się ze swoich podwórek.

Nikka pomyślała, że robią to dla niej. Próbują ją chronić, za wszelką cenę nie dopuścić, aby postać skryta w mroku podeszła bliżej. Jej serce zaczęło walić w piersi, a włoski na rękach i karku zjeżyły się od nieprzyjemnych, lodowatych dreszczy. Stała pośrodku drogi, nie mogąc nic więcej zrobić i patrzyła na tę przedziwną procesję, mozolnie zbliżającą się w jej stronę.

W akompaniamencie skowytu postać przekroczyła wreszcie pierwszą linię światła, rzucaną przez pomarańczową latarnię. Nikka wciąż nie widziała zbyt dokładnie, ale mogła przyjrzeć się zarysom i kształtom dziwnego wędrowca, nim znowu wkroczył w mrok nocy. Był to mężczyzna średniego wzrostu, jednak odległość, jaka dzieliła go od dziewczyny mogła zniekształcać wrażenia. W jednej ręce trzymał niewielką walizkę, w drugiej – parasol. Na sobie miał sięgający do kolan prochowiec. Więcej nie mogła dostrzec, gdyż mężczyznę znowu pochłonęła noc. Jedynie coraz głośniejsze szczekanie psów zdradzało jego położenie. Powolnym krokiem zbliżał się do kolejnej latarni – tej, w obrębie której stała Nikka. Dziewczynie zaschło w gardle. Strach pełznął po jej kręgosłupie, kolejno odbierając jej władzę w nogach i rękach, zawładnął jej głosem i wszystkimi myślami. Teraz już nikt nie zatrzyma przybysza. Dzielne psy powoli dawały za wygraną. Zamiast szczekać zaczęły skomleć i piszczeć, a tuż przed latarnią zatrzymały się, przeczuwając to co się stanie, gdy mężczyzna znajdzie się obok Nikki. Dziewczyna wiedziała, że teraz musi sobie radzić sama.

Już tylko krok dzielił przerażającego osobnika od jej latarni. Jeden niewielki krok. Jeszcze nigdy tak szybko nie biło jej serce. Nie mogła myśleć o niczym innym, jak tylko o tym, co zobaczy kiedy jego twarz oświetli słabe, pomarańczowe światło. Widziała wszystko w zwolnionym tempie, jak powoli i upiornie mężczyzna wyłania się z ciemności – najpierw jego noga przekraczająca magiczną linię światła, potem ręka z parasolem i druga z niewielką walizeczką, następnie tors okryty staromodnym, szarym garniturem i wreszcie jego twarz...
[center]
***[/center]

Na zatłoczonym przystanku ludzie przyciskali się do siebie próbując ukraść sobie odrobinę ciepła i schronić się przed deszczem pod niewielkim daszkiem. Ciężkie, ołowiane chmury wisiały nisko nad dachami domów, zwiastując kolejny deszczowy dzień. W tym szarym mieście padało prawie zawsze, a jego mieszkańcy byli nawet jeszcze dziwniejsi niż samo miasto – nikt tu nigdy nie chodził z parasolem. Kiedy Nikka przyjechała tu pierwszy raz, miała ze sobą długi, żółty parasol, pod którym bez problemu mogły schronić się dwie osoby. Wyrzuciła go po tygodniu, kiedy właścicielka stancji wystawiła jej walizki przed drzwi. Choć nie rozumiała niechęci mieszkańców do tego bardzo przydatnego urządzenia, nie chciała kłopotów. Nie mogła stąd wyjechać, ani zmienić pensjonatu. Jej rodzice zbyt ciężko pracowali na to, żeby ich córka skończyła elitarną szkołę i wyrosła na dobrze wychowaną pannę. W ich mniemaniu szkoła dla ambitnych dziewczynek i stancja przy ulicy Akacjowej w Reinowie przysłużą się najlepiej jej pełnemu wykształceniu. Nikka nie miała wyjścia, chociaż kolejne szare i deszczowe dni, dziwactwa mieszkańców i narastająca bezsenność wpędzały ją w czarną rozpacz. Zaczynała z całego serca nienawidzić tego miejsca i nie miała pojęcia kto namówił rodziców, by wysłali ją właśnie tutaj.

Autobus spóźniał się kolejne pięć minut. Nie było już szans, żeby dziewczyna dojechała na pierwszą lekcję, najprawdopodobniej spóźni się też na drugą. Nikka bardzo źle sypiała, od kiedy przyjechała do tego miasta. Odgłos padającego deszczu i uderzających o parapet ciężkich kropel nie pozwalał jej zasnąć, choć bardzo się starała. Nie pomagało nawet zatykanie uszu poduszkami – wciąż słyszała szum wody. A kiedy organizm, wycieńczony kilkudniowym brakiem odpoczynku, wreszcie opadał z sił i Nikka zdołała zasnąć, śniła nieprzyjemne, mroczne sny, z których budziła się zlana potem i zesztywniała ze strachu. Nigdy nie pamiętała tych upiornych koszmarów, ale wydawało jej się, że pojawiają się w nich ujadające i wyjące psy. Nie lubiła psów. Nie lubiła wielu rzeczy, szczególnie po tym, jak musiała zamieszkać w Reinowie. Wszystko wprowadzało ją we frustrację.

Tej nocy Nikka właśnie miała jeden z tych strasznych koszmarów. Kiedy wreszcie się obudziła, ze zgrozą stwierdziła, że jest wpół do ósmej i znowu spóźni się na pierwszą lekcję. Aby dotrzeć do szkoły musiała przejechać prawie całe miasto. Choć nie było ono takie duże, to jedyny kursujący tu autobus jechał dziwną trasą, robiąc zawijasy i przejeżdżając wzdłuż i wszerz wszystkich ulic miasta. Trwało to niemal godzinę, co również działało na nerwy Nikki, wolała jednak tłoczyć się z innymi w ciasnym pojeździe, niż maszerować w strugach deszczu.

Po kolejnych minutach czekania Nikka dostrzegła, że ze stancji, w której mieszkała, wybiegła rozczochrana, krótkowłosa i piegowata dziewczynka. W buzi trzymała kromkę chleba i w ruchu zakładała marynarkę. Biegła w stronę przystanku i chyba tylko cudem nie przewróciła się nadeptując na rozwiązane sznurowadła. Gdy zobaczyła Nikkę uśmiechnęła się i pomachała do niej.

- Cześć Pietka. Zaspałaś? – zapytała, gdy dziewczyna dotarła na przystanek.

- Yhym – piegowata przeżuwała ostatni kęs kromki. Buzię miała całą usmarowaną masłem orzechowym – Cześć Nikka. Wiesz, to nawet świetnie się składa, że obie zaspałyśmy. Mam świetny plan. Plan doskonały! I tak nie zdążymy już na matmę, a lepiej w takim wypadku nie pokazywać się na oczy psorce Osie. Jej „biedne nerwy” mogłyby tego nie wytrzymać.

Pietka uśmiechnęła się szelmowsko, a Nikka od razu odzyskała humor. Najwyraźniej szykował się naprawdę ciekawy dzień, zupełnie inny niż wszystkie poprzednie, pełne szkolnej rutyny i deszczu. Dziewczynka miała naprawdę dość wszystkiego, co spotykało ją od ostatnich kilku tygodni i nie zważając na konsekwencje natychmiast zgodziła się na propozycję koleżanki.

Tak naprawdę nie znała tej ściętej „na chłopaka” dziewczyny. Chudziutka i drobna, była nie raz uważana za prawdziwego chłopca i nawet Nikka pomyliła się, gdy pierwszy raz ją zobaczyła. Pietka nie przejmowała się tym, najwyraźniej ją to bawiło. Mieszkała w tej samej stancji dłużej niż Nikka i na początku pomagała jej przystosować się do nowych warunków. To właśnie ona uprzedziła ją o dziwnej niechęci mieszkańców miasta do parasolek i uprosiła właścicielkę stancji, aby przyjęła z powrotem dziewczynę pod swój dach. Chociaż chodziły do jednej klasy, to nie miały wcześniej czasu, aby dłużej porozmawiać i poznać się bliżej. Szkolne obowiązki wypełniały niemal cały ich wolny czas, a gdy kończyły odrabiać lekcje, właścicielka pensjonatu zawsze znajdowała dla nich nowe zajęcia. Nikka pomyślała, że skoro nadarza się taka okazja, a przy tym ma z kim zrobić sobie wolne od szkoły, to musi ją wykorzystać. Kiedy tylko zgodziła się z propozycją Pietki, piegowata dziewczyna wzięła ją za rękę i obie pobiegły przez zalane deszczem ulice.


[center]***[/center]

Ogród botaniczny był bardzo pięknym i przede wszystkim bardzo ciepłym i przytulnym miejscem. Nikka nie miała pojęcia, że coś takiego w ogóle istnieje w tym zimnym i mokrym mieście. Od pierwszego wejrzenia zakochała się w nim i obiecała sobie, że na pewno będzie tutaj bardzo często przychodzić – chociażby po to, żeby się rozgrzać. Zarówno stancja, jak i reszta Reinowa, zdawały się być w ogóle nie ogrzewane, tak więc Nikka miała wrażenie, że przemarzła do szpiku kości i jej ręce już zawsze będą chłodne. Jednak już po kilkunastu minutach spaceru po ogrodzie botanicznym rozgrzała się na tyle, że rumieńce wróciły na jej policzki, a dłonie nagrzały się od ciepła rąk Pietki, która nie puszczała jej nawet na chwilę.

Przyjaciółki spacerowały razem po alejkach, podziwiały piękne egzotyczne rośliny i zwierzęta, co chwilę wydając z siebie zachwycone „achy” i „ochy”. W jednym ze sklepików kupiły sobie zapiekanki i w porze obiadu zjadły je z wielkim apetytem, nie przestając przy tym śmiać się i plotkować. Nikka była tak szczęśliwa, jak jeszcze nigdy, od momentu kiedy przyjechała do tego miasta. Poczuła, że nareszcie znalazła bratnią duszę, przyjaciółkę i powierniczkę swoich małych sekretów. Ten dzień spędzony z Pietką był po prostu piękny. Nawet jeden niezbyt sympatyczny incydent, który przestraszył Nikkę, nie popsuł chwil spędzonych razem z nową przyjaciółką.

W ogrodzie nie było zbyt wielu ludzi w ciągu całego dnia. Nikka pomyślała nawet, że przychodzą tu tylko przyjezdni, aby poszukać odrobiny ciepła, bo wszyscy mieszkańcy są już przesiąknięci chłodnym deszczem i nawet pewnie nie wiedzą o istnieniu takiego wspaniałego miejsca. Dziewczynki spotkały po drodze jedno młode małżeństwo z kilkuletnim synkiem, który na wszystkie rośliny pokazywał paluszkiem i wydawał z siebie odgłosy zachwytu. W sklepie z zapiekankami był jeszcze jeden mężczyzna, który bardzo chciał się dowiedzieć gdzie można sobie kupić roślinę, która żywi się mięsem. Dalej przy wielkim terrarium z groźnymi wężami stała starsza kobieta w czarnym kapeluszu z wielkim rondem i przyczepioną do niego białą różą. Dookoła kręciło się kilka osób z obsługi. I na tym już prawie koniec.

Kiedy dziewczynki szły trzymając się za ręce alejką z wodnymi roślinami, Nikka poczuła na plecach dziwny dreszcz, a kiedy odwróciła się, jej wzrok napotkał spojrzenie młodego mężczyzny. Kilka alejek dalej ten sam człowiek, idąc z naprzeciwka, patrzył jej głęboko w oczy. Nikka zaczęła coś podejrzewać, gdy przeszedł obok podczas gdy one jadły swoje zapiekanki. Kiedy zaś obie siedziały na ławeczkach przy niewielkim skwerku w samym środku ogrodu, a ten sam mężczyzna zbliżał się do nich z dziwnym cieniem w spojrzeniu, Nikka ścisnęła mocniej dłonie Pietki. Bała się, że ten szaleniec gotów jest obie je napaść i zrobić im krzywdę. Mężczyzna jednak stanął o kilka kroków od Nikki i skrzeczącym głosem zaczął mówić coś, co dziewczyna wzięła za majaki szaleńca:

- Nie okazuj strachu i zawsze patrz mu w oczy. Kiedy zobaczy, że się go nie lękasz, zezłości się. Złość jest przeciwnikiem rozumu. Ty musisz być rozumem. Zapamiętaj.

Po tych słowach mężczyzna odszedł, zostawiając dwie zaszokowane dziewczyny same pośrodku pustego ogrodu botanicznego. Żadna z nich nie odezwała się na ten temat ani słowem, ale obie lękliwie rozglądały się później co jakiś czas, czy przypadkiem ten dziwny człowiek nie idzie za nimi. Nikogo jednak nie było. Ogród opustoszał, a dziewczyny znowu chichotały i wygłupiały się, jak gdyby nigdy nic się nie stało.
To był bardzo dobry dzień, pełen śmiechu i ciepła, pierwszy z wielu takich, jakie Nikka spędziła wspólnie z Pietką.

[center]***[/center]

Pomarańczowe światło, które sączyło się z małych, rzadko rozstawionych latarenek, coś przypominało. Coś, co musiało zdarzyć się bardzo dawno temu – inaczej przecież Nikka pamiętałaby co to było. Jej kroki chrzęściły po kamienistej drodze. Ciemnoszare chmury, wiszące tuż nad dachami domów, przyspieszyły nadejście nocy. W oknach domów jak na komendę gasły co kilka sekund światła. Wkrótce gęsty mrok rozjaśniały jedynie pomarańczowe latarnie.

Nikka przystanęła pod jedną z nich i spojrzała w górę. Dokładnie nad nią świeciła duża żarówka, przyciągając swoim blaskiem nocne, fruwające stworzonka. Nagle w oddali dało się słyszeć odgłos kroków, a po kilku sekundach z ostatniego gospodarstwa na końcu drogi wyskoczył wielki pies, ujadając wściekle w kierunku zbliżającej się postaci. Nikka poczuła niepokój, jednak nie z powodu swojego lęku przed psami. Kiedy zwierzęta z kolejnych gospodarstw zaczęły wybiegać, a te, które nie mogły wyjść ze swoich podwórek, upiornie skowyczały, dziewczyna poczuła nawet swojego rodzaju wdzięczność dla tych stworzeń. Robiły to dla niej. Choć nie wiedziała dlaczego, była tego pewna.

Postać powoli zbliżała się do kręgu światła, które rzucała następna latarnia. Nikka nie wiedziała co robić, ogarniał ją coraz większy lęk. Bała się tego, co może zobaczyć, kiedy nieznajomy stanie tuż przed nią. Bała się też, że nie przypomni sobie co powinna zrobić, a nawet jeśli jej się uda, to ze strachu nie będzie mogła się poruszyć. Kiedy postać przekroczyła pierwszą linię światła, Nikka zdołała dostrzec mężczyznę ubranego w stary prochowiec, trzymającego w jednej ręce niedużą walizkę, a w drugiej parasol. Nie mogła zobaczyć rysów jego twarzy, choć bardzo starała się wytężyć wzrok. Po chwili człowiek znowu zniknął w zmroku. Zbliżał się do kolejnej latarni - tej, pod którą stała Nikka. Dziewczyna zadrżała, powoli strach pełznął przez jej ciało, paraliżując wszystkie członki. Zanim mężczyzna przekroczył kolejną linię światła, psy przestały szczekać i wyć, zostawiły go w spokoju, skomląc i popiskując cichutko ze świadomością przegranej. Powoli, bardzo powoli mężczyzna zrobił ostatni krok. Nikka obserwowała jak z mroku wyłania się jego postać – najpierw nogi, potem walizka i parasol, aż wreszcie linia światła przebiegła po jego torsie. Dziewczynka zamarła z przerażenia. Za chwilę mężczyzna miał stanąć przed nią w całej okazałości. A ona nie mogła poruszyć nawet paluszkiem, nie mogła zebrać wszystkich myśli do kupy, nie mogła nic zrobić...

[center]***[/center]

Kilka dni po wspaniałej wycieczce do ogrodu botanicznego przestało padać. Od tygodni siąpiło bez przerwy, więc pierwszy bezdeszczowy dzień Nikka przyjęła jak błogosławieństwo. Ludzie z miasta zdawali się nie widzieć różnicy. Chodzili swoimi drogami nie zwracając zupełnie uwagi na to, czy są przemoczeni do suchej nitki, czy też nie. Tak, jakby deszcz w ogóle ich nie dotyczył, albo jakby byli sterowani jakąś niewidzialną siłą, niczym kukiełki w teatrze.

Mlecznobiała powłoka rozpostarła się nad miastem nie pozwalając słońcu przebić się przez chmury i ogrzać spragnioną światła ziemię. Miasto nie wysychało nigdy. Wielkie kałuże wciąż stały na chodnikach, a brzegami ulic płynęły potoki, wpadając do studzienek kanalizacyjnych. Nikka zastanawiała się nieraz dlaczego kanalizacja nie przepełnia się i gdzie dalej płynie cała ta woda. Wpadła nawet na pomysł, że może pod ziemią istnieje jakiś mechanizm, który przepompowuje całą deszczówkę z powrotem do nieba, aby mogło cały czas padać. To nie byłoby wcale dziwniejsze od wielu innych rzeczy, jakie zdarzają się w Reinowie.

Nikka i Pietka spotkały się po szkole. Zdecydowały się pójść razem na lody, a potem pouczyć się do klasówki. Spędzały ze sobą bardzo dużo czasu, chciały nawet poprosić właścicielkę pensjonatu, aby przeniosła ich do wspólnego pokoju. Były prawdziwymi przyjaciółkami - wciąż nie mogły się sobą nacieszyć, przebywały w swoim towarzystwie nawet cały dzień, a wciąż miały tematy do rozmów i żartów, zwierzały się sobie z każdej najdrobniejszej myśli i cały czas chodziły trzymając się za ręce.

W Reinowie na rynku zawsze można było znaleźć budkę z lodami na gałki, które sprzedawał staruszek w starym haftowanym fartuchu i śmiesznej czapce na głowie. Choć niemal nikt nie kupował lodów w deszczową pogodę, staruszek wciąż stał w tym samym miejscu, jakby ktoś wyznaczył mu takie zadanie. Tego dnia najwyraźniej wyjątkowo cieszył się zainteresowaniem, bo prócz dziewczyn w kolejce stała starsza kobieta w kapeluszu o szerokim rondzie z przyczepionym do niego długim, pawim piórem. Nikka i Pietka długo zastanawiały się jaki smak lodów wybrać. Przy okazji śmiały się i wygłupiały, wzbudzając w przechodzących obok szarych ludziach zdziwienie i dezaprobatę. Wreszcie przyjaciółki zdecydowały się na lody o smaku ciasteczkowym.

Staruszek-lodziarz, nakładając gałki dla swoich klientek, wnikliwie przyglądał się Nikce. Na jego ustach błądził dziwny uśmiech. Dziewczyna poczuła się bardzo nieswojo, tym bardziej, że lodziarz nie zwracał nawet uwagi na to, co robił, nie zauważając, że jedna gałka spadła mu na ziemię. Nikka przestraszyła się bardzo jego spojrzenia i odruchowo mocniej ścisnęła dłoń Pietki.

- Musisz być nie tylko odważna, ale i szybka – odezwał się staruszek obcym, skrzekliwym głosem - Nie czekaj na jego ruch, zaatakuj pierwsza, wtedy zyskasz nad nim przewagę. Zapamiętaj to sobie.

Nikka stała zaszokowana. Nie wiedziała co powiedzieć ani co zrobić, a wzrok lodziarza nie opuszczał jej na krok. Wreszcie odwróciła się na pięcie i uciekła.
[center]
***
[/center]
Kolejne dni spędzone w Reinowie wpędzały Nikkę w czarną rozpacz. Człowiek w ogrodzie czy stary sprzedawca lodów nie byli jedynymi ludźmi, którzy niespodziewanie podchodzili do niej i mówili zupełnie bez sensu. Zwróciła się do niej jedna z nauczycielek w szkole, stara profesorka nazywana Osą, mówiąc, żeby „nie pozwoliła powiedzieć mu ani słowa, bo w ten sposób może ją zaczarować i pokonać”. Jeszcze tego samego dnia kobieta na ulicy zaczepiła ją i błagała, żeby „nie zawiodła i nie dała się pokonać, bo to jedyna szansa”. Kiedy doszło do tego, że incydenty te zdarzały się coraz częściej, przestała wychodzić z pensjonatu. Pietka była przy niej cały czas i głaskała ją po ręce. Mówiła, żeby się nie przejmowała, że to na pewno minie. Reinów znowu pogrążył się w chłodnym i nieprzyjemnym deszczowym płaszczu. Dni stały się dla dziewczyny straszliwą katorgą, pełne strachu i niezrozumienia.

Nikka wreszcie zdecydowała, że mimo wszystko wróci do domu, do rodziców. Była przygotowana na ich gniew i rozczarowanie, wolała jednak codziennie do końca życia wysłuchiwać ich wymówek, niż zostać w tym przeklętym miejscu. Tego ranka, przy śniadaniu, właścicielka stancji podeszła i wpatrywała się w nią z uwagą i tym dziwnym czymś, co widziała już w oczach wielu innych mieszkańców miasta.

- Tylko jedno może sprawić, że odniesiesz zwycięstwo. Zaklęcie. Poznasz je i musisz zapamiętać. Zaklęcie jest najważniejsze, tylko ono pozwoli ci wygrać!

Nikka wstała od stołu tak gwałtownie, że przewróciła krzesło, na którym siedziała. Miała absolutnie dość tego, że obcy ludzie zaczepiają ją, że plotą niezrozumiałe głupstwa, że ciągle pada i nikt nie chce wytłumaczyć co się dzieje! Do oczu napłynęły jej łzy, a czara goryczy, złości i frustracji przepełniła się właśnie w tym momencie, w którym podeszła do niej właścicielka pensjonatu. Nikka miała ochotę krzyczeć i wyrzucić z siebie wszystko, co dusiła od kilku tygodni. Z bezsilną złością odwróciła się i pobiegła na górę, do swojego pokoju. Zalewając się łzami wyszarpnęła z szafy walizkę i zaczęła pakować do niej swoje rzeczy. Po chwili do pokoju cichutko wślizgnęła się Pietka. Wyjęła z rąk Nikki ubrania, wytarła jej skrawkiem swojego rękawa zalane łzami oczy i pogładziła dziewczynkę po głowie, gdy ta wtuliła się w jej ramiona. Nie padły między nimi żadne słowa, ale Nikka od razu poczuła się lepiej.

Pół godziny później do pokoju dziewczynek zapukała starsza kobieta ubrana w czarny żakiet i kapelusz o szerokim rondzie. Przypięła do niego dużego, kolorowego motyla, który odcinał się od czerni jej ubrania. Dziewczyna na początku przestraszyła się, ale nie odnalazła w spojrzeniu staruszki tego samego błędnego wyrazu, jak u innych ludzi, którzy ją zaczepiali. Przypomniała sobie za to, że widziała ją w ogrodzie botanicznym. I przy budce z lodami. I w kawiarni, kiedy kelnerka zaczęła bredzić te głupoty. I w szkole, i na ulicy, i w bibliotece, i w parku, i... w wielu innych miejscach. Była zawsze tam, gdzie ludzie zaczepiali Nikkę. Nie trudno było odgadnąć, że musiała mieć z tym coś wspólnego. Dziewczyna poczuła, że nadszedł ten moment, w którym dowie się czegoś konkretnego.

- Moje drogie dziecko – zaczęła już w progu – Czy wiesz kim jestem?

Nikka pokręciła przecząco głową.

- Tak też myślałam. I na pewno chcesz dowiedzieć się dlaczego spotyka cię ostatnio tyle dziwnych rzeczy. Nieprzyjemnych na pierwszy rzut oka.

Tym razem przytaknęła. Kobieta uśmiechnęła się przyjaźnie i wzięła Nikkę za rękę wyprowadzając ją z pensjonatu. Szły razem uliczkami deszczowego miasta, niemal na sam jego koniec, gdzie nie dojeżdżał nawet autobus. Zatrzymały się dopiero przed wielką, mosiężną bramą, osadzoną w wysokim murze porośniętym ciemnozielonym bluszczem. Gdy ją przekroczyły, oczom Nikki ukazał się piękny, piętrowy dom, otoczony rozległym, zadbanym ogrodem. Kobieta zaprosiła ją do środka i z wyrozumiałym uśmiechem obserwowała, jak dziewczynka ogląda ze zdziwieniem i zachwytem wszystkie pokoje wypełnione antykami. Wreszcie posadziła ją na szerokiej kanapie, poczęstowała herbatą oraz ciasteczkami i spokojnym, melodyjnym głosem zaczęła tłumaczyć wszystko, czego Nikka do tej pory nie rozumiała. Dziewczynka nie śmiała jej przerwać. Słuchała i choć nie było jej łatwo pohamować niedowierzanie i zdziwienie, coś w tej kobiecie podpowiadało jej, że nie są to bajki dla dzieci.

- Nazywam się Daria, możesz mi mówić po imieniu, jeśli chcesz. Jestem czarownicą. - W tym miejscu w oczach Nikki pojawił się cień strachu. - Myślisz na pewno, że czarownice to złe stworzenia z bajek, które zjadają niegrzeczne dzieci. Masz rację, ale istnieją też takie czarownice, którym dziecięce mięso nie jest niezbędne do życia, wolą za to zajmować się ochroną swoich podopiecznych od wszelkiego... zła. Reinów należy do mnie, a wszyscy, którzy tutaj mieszkają, są moimi podopiecznymi. To ja sprawiam, że wszyscy mogą spać tutaj bez zmartwień i żyć tak beztrosko. Ale raz na kilkadziesiąt lat zbliża się do nas niebezpieczeństwo, którego nie jestem w stanie pokonać. Straszne, przerażające zło, które chce odebrać mi moich ukochanych podopiecznych, czai się w pobliżu i nic nie mogę z nim zrobić. Tylko Wybraniec może nam pomóc.

Zrobiła przerwę i dystyngowanym ruchem podniosła filiżankę herbaty do ust.

- Nikko – kontynuowała po chwili – to właśnie ty zostałaś Wybrańcem. Tylko ty możesz nam pomóc i uchronić nas przed koszmarem. Wszyscy tutaj wierzą w ciebie i są pewni, że sobie poradzisz. Nikt nie chciał cię przestraszyć, chcieli jedynie przekazać ci niezbędną wiedzę, dzięki której będziesz mogła nas uratować. Dla ciebie walka ze złem nie będzie trudna. Jesteś czysta, jesteś niewinna i jeśli nauczysz się zaklęcia, to wystarczy, że wypowiesz je pierwsza, zanim odezwie się on. Pomożesz naszemu miastu wygrać?

Nikka zmieszała się i nie odzywała. W jej głowie krążyły różne, sprzeczne myśli. Ci ludzie, mieszkańcy miasta, którego tak nie lubiła, potrzebują jej. Została wybrana. Ale dlaczego właśnie ona? W szkole i w pensjonacie jest wiele dziewczynek o wiele mądrzejszych od Nikki. Nie znała się na czarach, nie lubiła deszczu, a każdy jeden mieszkaniec Reinowa przyprawiał ją o dreszcze. Ci smutni, szarzy ludzie, którzy krążą po ulicach miasta i zaczepiają małe dziewczynki, nie budzili jej zaufania, ani chęci pomocy. Daria musiała wyczuć jej wahanie.

- Moja droga, nie musisz się tu nikogo obawiać. Moi podopieczni przeczuwają zbliżające się niebezpieczeństwo, są smutni i boją się. Ale nigdy, przenigdy nie zrobiliby ci krzywdy! Czyż nie pokochałaś tego miasta? Czyż nie spotkałaś tu najpiękniejszej przyjaźni? Chcesz stąd uciec i zostawić Pietkę na pastwę losu? Pamiętaj, że jesteś wyjątkowa, tylko od ciebie zależy jej los.

Im więcej słów wypowiadała Daria, tym Nikce trudniej było się opierać. Zrozumiała wreszcie, że nie ma wyboru, że ta decyzja zapadła już bardzo dawno temu, nawet nim ona przyjechała do tego miasta. Musiała zrobić to, do czego była wybrana.
[center]
***[/center]

Kamienista droga wyglądała znajomo, tak jakby Nikka już kiedyś nią szła. To jednak nie było możliwe – Daria poprowadziła ją jakąś starą, prawie zarośniętą leśną ścieżką, która miała swój początek za Reinowem, a kiedy wynurzała się z lasu, przemieniała się właśnie w ten kamienisty trakt. Czarownica i Wybraniec ominęły małą wieś i kierowały się w stronę kresów, gdzie domy i gospodarstwa są znacznie rzadziej rozmieszczone. Nikka po raz pierwszy, od kiedy zamieszkała w Reinowie, zobaczyła zachodzące słońce. Krwistoczerwona łuna rozlewała się nad polami i łąkami, tworząc zapierający dech widok.

Nikka po raz kolejny układała sobie wszystko w głowie. Przez wiele dni Daria zapraszała ją do siebie i cierpliwie tłumaczyła wszystko, co Wybrana powinna wiedzieć, przede wszystkim zaś uczyła ją zaklęcia. Wizyty te były tak ciepłe i miłe, że dziewczynka zdołała zapomnieć o przykrościach, jakich jeszcze niedawno doznawała. Pokochała całym sercem czarownicę, którą w duchu nazywała babcią. Czuła się jak ktoś naprawdę wyjątkowy, miała jednak świadomość ciążącej nad nią odpowiedzialności. To nie powinno być nic trudnego, po prostu będzie musiała użyć zaklęcia w odpowiednim momencie. Upewniła się jeszcze, że je pamięta.

Pamiętała.

Zmrok zapadał bardzo szybko, a wraz z nim gasły światełka w oknach kolejnych domów. Teraz drogę oświetlały jedynie rzadko rozstawione latarnie, rzucające pomarańczową poświatę. Wybrana zatrzymała się pod jedną z nich i nagle zorientowała się, że jest sama. Nigdzie nie było Darii, zupełnie jakby rozpłynęła się w powietrzu. W jednym momencie cała odwaga opuściła ją i Nikka poczuła, jak po kręgosłupie pełznie jej strach. W oddali, na końcu drogi, słychać było odgłos kroków chrzęszczących na kamienistej drodze. Dziewczyna poczuła, że serce zaczyna walić jej w piersi. Pożałowała, że to ona tu stoi, że to właśnie ona została Wybrańcem. Przecież nie jest ani na tyle mądra, ani tak odważna, żeby walczyć ze złem, jak jakaś bohaterka z komiksów! Jest tylko zwykłą dziewczynką, w dodatku z daleka od rodziców i bezpiecznego domu. A z naprzeciwka zbliża się do niej przerażające zło!

Postać minęła już pierwsze zabudowania, gdyż nagle rozległo się wściekłe szczekanie i zza ogrodzenia wyskoczył ogromny pies. Zaraz przy nim pojawiły się następne, a z innych podwórek dochodziło upiorne wycie i piszczenie. Nikka znowu pomyślała, że już kiedyś była świadkiem takiej samej sceny, w której psy bronią jej przed wielkim niebezpieczeństwem. Wrażenie było tak silne, że zamiast przygotować się do starcia, pozwoliła, aby poniósł ją strach, stała niemal wbita w ziemię, przyglądając się zbliżającemu się do niej złu.

Tymczasem postać, nic sobie nie robiąc z szalejących dookoła psów, szła dalej przekraczając właśnie linię pomarańczowego światła rzucanego przez latarnię. Nikka nawet z zamkniętymi oczami potrafiłaby powiedzieć, jak wygląda, choć nie miała pojęcia skąd to wie. Mężczyzna, ubrany w wysłużony prochowiec i staromodny garnitur, w jednej ręce trzymał niewielką walizkę, a w drugiej parasol.

Człowiek po raz kolejny pogrążył się w mroku. Już niewiele czasu pozostało dziewczynie do bezpośredniego starcia i właśnie w tym momencie uświadomiła sobie, że niewiele pamięta z tego, co mówiła jej Daria. Jedyne co teraz czuła, to niesamowity, wręcz bolesny strach i zimne dreszcze, które podnosiły każdy najmniejszy włosek na jej ciele. Łzy napłynęły jej do oczu i gdyby nie to, że bała się cokolwiek zrobić, z pewnością rozpłakałaby się z bezsilności.

Psy powoli przestawały szczekać, zostawały w tyle skomląc żałośnie, tak jakby przeczuwały, że za chwilę stanie się coś złego. Mężczyzna właśnie przekraczał graniczną linię, dzielącą mrok od światła, zło od dobra. Serce Nikki omal nie wyskoczyło z piersi. Patrzyła tylko w ciemność, gdzie spodziewała się zobaczyć jego twarz, nie zwracała już uwagi na nic innego. W końcu wiedziała już jak to wygląda – najpierw krąg światła obejmie nogi mężczyzny, następnie tors i ręce, aż wreszcie dziewczyna zobaczy to, na co od dawna tak bardzo czekała. Stanie oko w oko ze złem.

Kilkanaście uderzeń serca musiało minąć, nim do Nikki dotarło, że stoi przed nią dość niski staruszek w starym prochowcu i równie zniszczonym garniturze. Patrzył na nią łagodnym, bladobłękitnym spojrzeniem, uśmiechając się jak dziadek na widok ulubionej wnuczki. W starych, spracowanych dłoniach trzymał staromodny neseser i połatany, płócienny parasol. Nikka zupełnie nie tego się spodziewała. Zaskoczenie jednak bardzo szybko minęło i w jednej chwili Wybrana przypomniała sobie o wszystkim, co miała zrobić. Przede wszystkim nie mogła okazywać strachu - nie okazywała go, bo w ogóle nie bała się tego niewielkiego, pomarszczonego staruszka. Spoglądała mu głęboko w oczy, tak jak jej nakazano. Była szybka, choć nie musiała się nawet wysilać. Staruszek milczał i jedynie łagodnie jej się przyglądał. Nikka wypowiedziała więc zaklęcie, którego nauczyła ją czarownica, wierząc z całej siły, że te słowa zawierają w sobie całą prawdę:

- Ja, Nikka, świadoma swojego czynu i jego konsekwencji, z czystym sercem i niezłomną odwagą, rozkazuję ci: zgiń, przepadnij, sczeźnij na wieki!

Wypowiedziała je z taką siła i radością tak banalnie prostej walki ze złem, że zdziwiła się nieco efektem, jaki jej zaklęcie wywołało. Staruszek spojrzał na nią ze smutkiem i potrząsnął ze zrezygnowaniem głową, jakby przejął go fakt, że zrobiła coś nieodwracalnie złego. Potem nagle przewrócił się. Otoczyła ją głucha cisza, a tuż po chwili za jej plecami rozległo się wycie, skrzeczący śmiech i inne szaleńcze odgłosy. Gdy dziewczynka odwróciła się, ujrzała przed sobą tłum ludzi – mieszkańców Reinowa, wydających z siebie drapieżne skrzeki, świszczące śmiechy i donośne, basowe pohukiwania, tańczących w dzikim uniesieniu. Nikka nie rozumiała z tego przedstawienia ani odrobiny. Ucieszyła się, kiedy spomiędzy demonicznych, deszczowych ludzi wyszła Daria. Czarownica jednak ominęła ją i podeszła wprost do ciała staruszka. Splunęła mu w twarz, czym wzbudziła jeszcze większą wrzawę i wycie.

- Wędrowiec został pokonany! Nasze miasto znowu zatriumfowało! – wrzasnęła, bez trudu przekrzykując szalejący tłum, po czym wydawała szybkie i groźne rozkazy – Natychmiast zabrać to truchło, rozszarpać na kawałki i rozrzucić we wszystkie strony świata! Głowę wbić na włócznię i zostawić przed bramami. Niech każdy Wędrowiec wie, że nigdy nie zdoła wyzwolić mojego miasta!

Z szalejącej gromady wyrwało się wiele chętnych, krwiożerczych ludzi, tak bardzo niepodobnych do szarych mieszczan, którymi byli jeszcze tego ranka. Nikka ledwo zdążyła się odsunąć z dala od ciała staruszka. Nikt nie zwracał na nią uwagi. Nikt nawet na nią nie spojrzał. Wybrana nie rozumiała...

Nagle ktoś delikatnie złapał ją za rękę. Pomimo zalanych łzami oczu rozpoznała drobną, piegowatą twarz Pietki. Dziewczynka była smutna, ale uśmiechała się do Nikki.

- Nie przejmuj się nimi. Jutro będzie tak jak dawniej – powiedziała przepraszająco.

- Pietka... – Nikka zaszlochała i wtuliła policzek w ramię przyjaciółki. – Pietka, dlaczego mi nie powiedziałaś? Co ja zrobiłam? Co się tutaj dzieje?

- Pokonałaś Wędrowca. Tylko niewinna i dobra istota może to zrobić, ale musi tego chcieć, musi to zrobić z własnej woli. Jeśli istnieje choć jedna czysta osoba, której dusza nie należy do Darii i życzy sobie, aby miasto dalej było przez nią kontrolowane, to czarownica może nim dalej władać. A teraz i ty jesteś jego częścią, już na zawsze. Konsekwencją zaklęcia jest oddanie swojej duszy, jako zapewnienia, że twoje słowa są prawdziwe. Zrozum, gdybym ci powiedziała, znowu zostałabym sama! We dwoje nie jest tak bardzo zimno, tak bardzo źle. Nie mogłam tego zrobić, choć wierz mi, jak nikt inny doskonale wiem jak się teraz czujesz...

Nikka ze zdumieniem spojrzała na Pietkę. Teraz dostrzegła w niej coś, czego wcześniej nie zauważała. Pewien specyficzny wyraz oczu, cień, który nieraz przebiegał przez jej oblicze.

- Ty też byłaś kiedyś Wybrańcem...

Pietka nie odpowiedziała. Chwyciła Nikkę mocniej za rękę i zostawiając za sobą szalejący z radości tłum upiornych mieszkańców, poprowadziła ją kamienistą drogą, z powrotem do miasta.

Ich miasta.


Miłości jestem posłuszna i szczęściu się nie opieram!
I czuję twoją pieszczotę i coraz bardziej zanikam,
I czuję twe pocałunki i coraz bardziej umieram.

Rok nieistnienia B. Leśmian

Awatar użytkownika
Edd
Dusza pisarza
Posty: 407
Rejestracja: pt 13 lut 2009, 22:55
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Edd » ndz 26 lip 2009, 21:43

Niech zgadnę - to Twoje poprzednie opowiadanie tak bardzo mi się spodobało. Mam na myśli tekst z bitwy. Bardzo mi przyjemnie.

Dobry tekst z drobniutkimi błędami, które wyeliminuje wtórna korekta. Podoba mi się nietuzinkowy pomysł; jeszcze nigdy nie miałem okazji czytać czegoś tak prostego, a poprowadzonego niesamowitymi, niby utartymi, ścieżkami. Twój bohater, to dziewczyna zapowiadająca się na dobrą matke - jednak w pewnej chwili jej życie zostaje przewrócone do góry nogami, z czego nawet nie zdaje sobie sprawy. Autor zrobił w przysłowiowego konia nie tylko swojego bohatera, ale także czytelnika, który w trakcie czytania zupełnie nie zareagował na dzwoniący telefon. Dopiero później dotarła do niego nieprzyjemna wiadomość. Mniejsza o to.

Nie podobało mi się natomiast natychmiastowe przejście do ostatecznego starcia, powiedzmy pojedynku dobra z rzekomym złem. Zrobiłaś to jakby gdzieś się spiesząc, na skróty. Rozumiem Twoje obawy - mogło być za dużo, czytelnik poczułby się znudzony. Uwierz mi - nie stało by się tak. To opowiadanie jest za dobre, by zasłużyć na miano nużącego.

Znasz moją opinię na temat Twojej twórczości. A przynajmniej się domyślasz. Postaram się nie przegapić kolejnego tekstu, bo wiele dobrego z nich wynoszę. Powiedzmy, na razie po cichu, że jestem Twoim wielbicielem :P

Milly pisze:Wreszcie przyjaciółki zdecydowały się na lody o smaku ciasteczkowym

Czy te lody są naprawdę aż tak smaczne?



Awatar użytkownika
Milly
Pisarz osiedlowy
Posty: 230
Rejestracja: pn 29 cze 2009, 14:36
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: ze snów
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: Milly » pn 27 lip 2009, 12:33

mountain_artist pisze:Niech zgadnę - to Twoje poprzednie opowiadanie tak bardzo mi się spodobało. Mam na myśli tekst z bitwy. Bardzo mi przyjemnie.


Mnie również przyjemnie, ale obawiam się, że mnie z kimś pomyliłeś, gdyż moje poprzednie opowiadanie tutaj zamieszczone nie dotyczyło żadnej bitwy.

Nie podobało mi się natomiast natychmiastowe przejście do ostatecznego starcia, powiedzmy pojedynku dobra z rzekomym złem. Zrobiłaś to jakby gdzieś się spiesząc, na skróty. Rozumiem Twoje obawy - mogło być za dużo, czytelnik poczułby się znudzony. Uwierz mi - nie stało by się tak. To opowiadanie jest za dobre, by zasłużyć na miano nużącego.


A zatem przeczucie mnie zawiodło. Zastanawiałam się głęboko nad tym, czy przed sceną "pojedynku" umieścić jeszcze jeden fragment dotyczący pobierania nauk u czarownicy, ale naprawdę pomyślałam sobie, że będzie tego za dużo i że wystarczy krótka wzmianka o tych praktykach. W takim razie w kolejnej wersji opowiadania nie omieszkam tego dopisać, dziękuję za sugestię.

mountain_artist pisze:Znasz moją opinię na temat Twojej twórczości. A przynajmniej się domyślasz. Postaram się nie przegapić kolejnego tekstu, bo wiele dobrego z nich wynoszę. Powiedzmy, na razie po cichu, że jestem Twoim wielbicielem :P


Pomimo tej prawdopodobnej pomyłki (nie wrzucałam tu jeszcze opowiadania o bitwie, chociaż takowe posiadam ;) ) i tak cieszę się z tej pozytywnej opinii. Postaram się nie zawieść w kolejnym opowiadaniu.

mountain_artist pisze:Milly napisał/a:
Wreszcie przyjaciółki zdecydowały się na lody o smaku ciasteczkowym

Czy te lody są naprawdę aż tak smaczne?

W oryginale nazywają się "Cookie", więc trochę je spolszczyłam, ale naprawdę są pyszne. Niestety znam tylko jedno miejsce gdzie je sprzedają (produkują tam kompozycje własnych smaków), więc raczej trudno będzie je dostać gdzieś indziej.


Miłości jestem posłuszna i szczęściu się nie opieram!

I czuję twoją pieszczotę i coraz bardziej zanikam,

I czuję twe pocałunki i coraz bardziej umieram.



Rok nieistnienia B. Leśmian

Awatar użytkownika
Soi
Pisarz domowy
Posty: 109
Rejestracja: ndz 28 gru 2008, 21:38
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: Soi » pn 27 lip 2009, 12:34

Znów nadrabiam zaległości. : ]
Na początek łapaneczka.

W akompaniamencie skowytu postać przekroczyła wreszcie pierwszą linię światła, rzucaną przez pomarańczową latarnię.

Pomarańczowa latarnia? Dziwne… Nie, to nie błąd, ale wygląda podejrzanie… ; >

Nikka wciąż nie widziała zbyt dokładnie, ale mogła przyjrzeć się zarysom i kształtom dziwnego wędrowca, nim znowu wkroczył w mrok nocy. Był to mężczyzna średniego wzrostu, jednak odległość, jaka dzieliła go od dziewczyny mogła zniekształcać wrażenia. W jednej ręce trzymał niewielką walizkę, w drugiej – parasol. Na sobie miał sięgający do kolan prochowiec. Więcej nie mogła dostrzec, gdyż mężczyznę znowu pochłonęła noc.

Podkreślone fragmenty są o tym samym. Powtarzasz informacje.

Powolnym krokiem zbliżał się do kolejnej latarni – tej, w obrębie której stała Nikka.

Jak można stać w obrębie latarni? Latarnie z reguły są dość chude, trudno w nich się zmieścić.
Chyba że w palmie światła rzucanego przez latarnię, czy coś takiego…

Nie mogła myśleć o niczym innym, jak tylko o tym, co zobaczy kiedy jego twarz oświetli słabe, pomarańczowe światło.

Aha, czyli jednak to światło było pomarańczowe, nie latarnia. Mam Cię! ; P

Na zatłoczonym przystanku ludzie przyciskali się do siebie, próbując ukraść sobie odrobinę ciepła i schronić się przed deszczem pod niewielkim daszkiem.

Absurd. Obcy sobie ludzie nigdy z własnej woli nie będą się nawzajem przyciskali skoro mają nie tak znowu ograniczoną przestrzeń. Nawet jeśli będzie koszmarnie zimno prędzej wyjdą spod wiaty na deszcz niż zaczną się tulić. Taka ludzka psychika. : ]

Choć nie było ono takie duże, to jedyny kursujący tu autobus jechał dziwną trasą, robiąc zawijasy i przejeżdżając wzdłuż i wszerz wszystkich ulic miasta.

Raczej wszystkie ulice miasta.

No, dziwne to miasto, naprawdę…

Przyjaciółki spacerowały razem po alejkach, podziwiały piękne egzotyczne rośliny i zwierzęta, co chwilę wydając z siebie zachwycone „achy” i „ochy”.

Nie za mocne to słowo? Przecież ledwo się znały.


A teraz ogólnie.
Błędów jest niewiele, całość czyta się płynnie, przyjemnie. Koniec historii bardzo dobry, ale reszta… reszta to nic niezwykłego. Narracja niby poprowadzona poprawnie, ale z tego pomysłu można by więcej wycisnąć, gdyby pokazać to bardziej od strony Nikki, zagrać jej emocjami. Bo jak na razie to mamy jeno informacje o tym, że się bała albo że miała dość, ale się tego nie czuje. A szkoda.

No i nie wiem, w jakim w końcu wieku jest Nikka. Rodzice wysłali ją samą do obcego miasta, więc powinna być już spora, a tu co jakiś czas zwiesz ją dziewczynką. Nie wiem, co o tym myśleć. Trochę to nielogiczne, a przynajmniej niekonsekwentne.

I wiesz, chyba byłoby lepiej, gdybyś nie opowiadała chronologicznie wszystkiego pomiędzy kolejnymi konkretnymi wydarzeniami, a jedynie wspomniała o nich w poszczególnych scenach. Stwierdzenia: „Mijały dni, a im żyło się coraz lepiej” trochę rażą (no, przynajmniej mnie). Pozbywając się tego mogłabyś dorzucić jeszcze ze dwie sceny i przejść do punktu kulminacyjnego. Może wtedy wydawałoby się, że akcja rozwija się wolniej, ale coraz bardziej. Jak na razie, co słusznie zauważył mountain_artist, ostateczne starcie nastąpiło zdecydowanie za szybko.

Pozdrawiam serdecznie.


Piszcząco - podskakująca fanka Mileny W.

Awatar użytkownika
Edd
Dusza pisarza
Posty: 407
Rejestracja: pt 13 lut 2009, 22:55
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Edd » pn 27 lip 2009, 12:45

Milly pisze:
mountain_artist pisze:Niech zgadnę - to Twoje poprzednie opowiadanie tak bardzo mi się spodobało. Mam na myśli tekst z bitwy. Bardzo mi przyjemnie.



Mnie również przyjemnie, ale obawiam się, że mnie z kimś pomyliłeś, gdyż moje poprzednie opowiadanie tutaj zamieszczone nie dotyczyło żadnej bitwy.


Milly pisze:
mountain_artist pisze:Znasz moją opinię na temat Twojej twórczości. A przynajmniej się domyślasz. Postaram się nie przegapić kolejnego tekstu, bo wiele dobrego z nich wynoszę. Powiedzmy, na razie po cichu, że jestem Twoim wielbicielem :P



Pomimo tej prawdopodobnej pomyłki (nie wrzucałam tu jeszcze opowiadania o bitwie, chociaż takowe posiadam ;) ) i tak cieszę się z tej pozytywnej opinii. Postaram się nie zawieść w kolejnym opowiadaniu.

No tak - przestanę być zauroczony, jeśli następne będzie słabsze :P

Milly pisze:
mountain_artist pisze:Milly napisał/a:
Wreszcie przyjaciółki zdecydowały się na lody o smaku ciasteczkowym

Czy te lody są naprawdę aż tak smaczne?


W oryginale nazywają się "Cookie", więc trochę je spolszczyłam, ale naprawdę są pyszne. Niestety znam tylko jedno miejsce gdzie je sprzedają (produkują tam kompozycje własnych smaków), więc raczej trudno będzie je dostać gdzieś indziej.

Zrobimy tak: kupisz je dla mnie, zamrozisz i kiedyś wyślesz priorytetową :P



Awatar użytkownika
Thana
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 3595
Rejestracja: pt 26 cze 2009, 17:13
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Postautor: Thana » pt 07 sie 2009, 09:58

Milly, nie wiem, jak to napisać, żeby nie było dęte. Chyba po prostu z góry przeproszę za patos. :)

Przy poprzednim Twoim opowiadaniu zwróciłam uwagę na fragment z Dziadem i Babą. Pisałam wtedy, że to jest ten trop, którym warto podążać. I to, co tu zaprezentowałaś, potwierdza w stu procentach, że miałam rację.

Masz niezwykły dar wychwytywania tego, co może sprawiać ból psychice dziecka. Dzisiejszego dziecka. I potrafisz dać receptę na złagodzenie tego bólu. Albo masz zupełnie nieprawdopodobną zdolność łączenia spostrzegawczości z empatią, albo w sposób ogromnie dojrzały i twórczy przekształcasz własne doświadczenia w opowieść. W obu przypadkach jest to godne szacunku.

Jest taki gatunek zwany "bajką terapeutyczną". Ale większość tych bajek może się schować przy tym, do czego Ty jesteś zdolna. Wartość tego opowiadania sięga o wiele dalej, niż kategoria dobry/zły tekst. To jest opowiadanie, które może zmienić na lepsze życie dziecka. Literatura jest tutaj tylko tym, czym jest w istocie - narzędziem komunikacji. Tym narzędziem możesz wywołać efekt w realnym świecie. Dobry efekt.

Niby ot, takie opowiadanko. Ale po przeczytaniu, prędzej czy później, muszą przyjść pytania: czy to się musiało tak skończyć? Czy bohaterka mogła coś zrobić, żeby uniknąć klęski? Odpowiedzi nie ma w tekście (i bardzo dobrze, że nie ma, że nie podałaś jej na tacy), trzeba odpowiedzieć sobie samemu. A ta odpowiedź jest prosta jak konstrukcja cepa: mogła czuć. Mogła zaufać temu, co czuje. Cały czas wiedziała przecież, że z tym miastem, z tymi ludźmi coś jest nie tak. To, co czujemy, jest ważne. To, czego chcemy, jest ważne. Nie musimy spełniać wszystkich oczekiwań innych. Dorośli nie zawsze są godni zaufania. Autorytety nie zawsze mają rację.

Wielu dorosłych chodzi do psychoterapeutów właśnie po to, żeby dowiedzieć się tych prawd. Tylko że wtedy często jest już za późno, bo mają za sobą kawał spapranego życia. Życia, w którym nie robili tego, co chcieli, tylko to, co uważali, że powinni. Mają partnerów, którzy podobali się otoczeniu, nie im. Mają pracę, która ich nie cieszy, ale jest dobrze płatna. Mają dzieci, których nie chcieli mieć, ale mają, bo tak wypada. I tak dalej...

Jest tysiące dzieci manipulowanych właśnie tak, jak pokazałaś w opowiadaniu. Z nieobecnymi, zajętymi pracą rodzicami. Z mnóstwem zajęć dodatkowych, którym muszą podołać. Z chorymi ambicjami i powinnościami, które muszą spełniać. Dzieci, które nie mają czasu myśleć, co czują i czego chcą. I którym dorośli odbierają do tego prawo.

A teraz wyobraźmy sobie, że 10-letnia dziewczynka, córka nadambitnych rodziców przeczyta takie opowiadanie, baśń. Jest szansa, że ten niewypowiedziany morał: masz prawo czuć i ufać temu, co czujesz, do niej trafi. Że go zapamięta. I jej życie potoczy się inaczej.

Tu nie chodzi o literaturę, Milly, tu chodzi o coś znacznie ważniejszego. Nie zmarnuj tego daru, który masz.

O kwestiach warsztatowych będzie w następnym poście. :)

Pozdrawiam

[ Dodano: Nie 09 Sie, 2009 ]
O wartościach już było, teraz będzie o wykonaniu:

Milly pisze:Na kamienistej, wiejskiej drodze rozległ się chrzęst kroków. Mrok, rozjaśniany jedynie słabymi, rzadko rozstawionymi latarenkami, które rzucały pomarańczowe światło, zdawał się gęstnieć dookoła. W oddali ledwo dostrzegalnie majaczył nikły kształt postaci.

Milly, czytałaś to na głos? "Chrząszcz brzmi w trzcinie" to przy tym pikuś. Jęzor sobie można połamać... ;)

Milly pisze:powietrze wypełniło się nieprzyjemnym jazgotem

Niby poprawne, ale nie podoba mi się. Powietrze wypełnia się raczej zapachem. Może: okolica?

Milly pisze:postać skryta w mroku

Proponuję: aby skryta w mroku postać. Będzie płynniej.

Milly pisze:Jej serce zaczęło walić w piersi, a włoski na rękach i karku zjeżyły się od nieprzyjemnych, lodowatych dreszczy.

Serce zazwyczaj jest właśnie w piersi. I nic dziwnego, że było to jej serce, a nie cudze. Lodowaty dreszcz rzadko bywa przyjemny. Całe zdanie do poprawki.

Milly pisze:Stała pośrodku drogi, nie mogąc nic więcej zrobić i patrzyła na tę przedziwną procesję, mozolnie zbliżającą się w jej stronę.

Całe zdanie jest niezgrabne. Nic wcześniej nie zrobiła, więc słowo "więcej" jest nie na miejscu. Jeżeli procesja się zbliżała, to wiemy, że szła w stronę bohaterki. Słowo "mozolnie" też jest nieadekwatne. "Mozolnie" znaczy tyle, co "z wysiłkiem". Czy zbliżanie się wymagało od postaci i psów wysiłku?
Proponuję tak: Nie mogła nic zrobić, więc stała pośrodku drogi i patrzyła na tę przedziwną, nieuchronnie zbliżającą się procesję.

Milly pisze:W akompaniamencie skowytu postać przekroczyła wreszcie pierwszą linię światła,

Przy akompaniamencie, a nie w. Z "pierwszą linią światła", czy w ogóle z "linią światła" coś jest nie tak. "Linia światła" to może być promień albo pas światła. Tutaj chodzi raczej o "krąg światła." Rozumiem, w czym rzecz - postać wkracza w krąg światła rzucanego przez pierwszą latarnię. Akcentujesz przekroczenie granicy światła i ciemności. Ale "linia światła" brzmi tutaj źle. Trzeba jeszcze pomyśleć nad tym opisem.

Milly pisze:Nikka wciąż nie widziała zbyt dokładnie, ale mogła przyjrzeć się

"Zbyt" jest zbyteczne. ;)
Ponadto wyszedł błąd logiczny: "Przyjrzeć się" to znaczy obejrzeć uważnie, dokładnie. Jeśli nie widziała dokładnie, to nie mogła przyjrzeć się. Potrzebne jest inne słowo.

Dygresja: co za szczęście, że używasz słowa: "przyjrzeć się". Ostatnio wszędzie panuje plaga błędnych: "zaglądnąć i przyglądnąć się oraz oglądnąć". Drodzy pisarze in spe: po polsku mówi się "zajrzeć i przyjrzeć się oraz obejrzeć". Przepraszam, Milly, ale te "zaglądnięcia i oglądnięcia" działają mi na nerwy, więc skorzystałam z okazji. ;)

Milly pisze:jednak odległość, jaka dzieliła go od dziewczyny mogła zniekształcać wrażenia.

Nie podoba mi się "zniekształcanie wrażeń". Można wymyślić zgrabniejsze sformułowanie.

Milly pisze:Powolnym krokiem zbliżał się do kolejnej latarni – tej, w obrębie której stała Nikka.

Po pierwsze: przed chwilą Nikka stała pośrodku drogi. Latarnie nie stoją na środku, lecz po bokach drogi. Bohaterka się nie poruszała (bo nie mogła nic zrobić, tylko stać i patrzeć), więc jak znalazła się przy latarni?
Po drugie: "w obrębie" sugeruje, że ona była wewnątrz latarni. Może wystarczy "przy"?


Milly pisze:Już tylko krok dzielił przerażającego osobnika od jej latarni.

Może: "od niej" zamiast: "od jej latarni"? Słowo "latarnia" powtarza się bardzo często, tu jest okazja, żeby go uniknąć. W końcu bardziej istotne jest to, że osobnik był blisko Nikki, niż fakt, że był blisko latarni.

Milly pisze:co zobaczy kiedy jego twarz

co zobaczy, kiedy jego twarz Przecinek przed "kiedy".

Milly pisze:Na zatłoczonym przystanku ludzie przyciskali się do siebie

Ludzie tak nie robią. A już na pewno ludzie w tym mieście. Im nie robi różnicy, czy są mokrzy, czy nie. Po cóż mieliby się przyciskać?

Milly pisze:nikt tu nigdy nie chodził z parasolem. Kiedy Nikka przyjechała tu pierwszy raz,

Powtórzenie.

Milly pisze:nie miała pojęcia kto namówił rodziców

nie miała pojęcia, kto namówił rodziców
Przecinek przed "kto".

Milly pisze:Odgłos padającego deszczu i uderzających o parapet ciężkich kropel

Na początku dałabym "szum", a "odgłos" przeniosłabym przed "uderzających".

Milly pisze:Wszystko wprowadzało ją we frustrację.

To niepotrzebne. Nic nie wnosi, a osłabia wydźwięk poprzedniego zdania.

Milly pisze:Aby dotrzeć do szkoły musiała

Aby dotrzeć do szkoły, musiała
Przecinek przed "musiała".

Milly pisze:musiała przejechać prawie całe miasto. Choć nie było ono takie duże, to jedyny kursujący tu autobus jechał dziwną trasą, robiąc zawijasy i przejeżdżając wzdłuż i wszerz wszystkich ulic miasta.

Fragment naszpikowany błędami. "Przejechać miasto" to sformułowanie potoczne. Prawidłowo jest: "przejechać przez miasto". Nie było ono takie duże. Po co "takie"? Powtórzenie: przejechać, jechał, przejeżdżając. Logika: wszerz wszystkich ulic??? Cały fragmencik do napisania od nowa.

Milly pisze:działało na nerwy Nikki

Błąd frazeologiczny. Działa się na nerwy komuś, a nie na czyjeś nerwy.

Milly pisze:W buzi trzymała kromkę chleba

Źle brzmi to trzymanie w buzi. Proponuję tak: z buzi wystawał jej kawałek chleba
Dzięki temu można dodatkowo uniknąć powtarzania "kromki".

Milly pisze:Dziewczynka miała naprawdę dość wszystkiego, co spotykało ją od ostatnich kilku tygodni i nie zważając na konsekwencje natychmiast zgodziła się na propozycję koleżanki.

Za długie zdanie i niewiele wnosi. Skróciłabym. Na przykład: Dziewczynka radośnie zgodziła się na propozycję koleżanki.

Milly pisze:była nie raz uważana

"Uważana" ma charakter ciągły. Lepiej by było: była często brana

Milly pisze:Mieszkała w tej samej stancji

Mieszka się na stancji. Albo w budynku.

Milly pisze:Kiedy tylko zgodziła się z propozycją Pietki,

Niepotrzebne. Już wiemy, że się zgodziła.

Milly pisze:Zarówno stancja, jak i reszta Reinowa, zdawały się być w ogóle nie ogrzewane,

"Zdawały się być" - bardzo nieładne sformułowanie. Czasem nie da się go uniknąć, ale tutaj akurat można. Np. Wyglądało na to, że zarówno stancja...

Milly pisze:bardzo chciał się dowiedzieć gdzie można sobie kupić roślinę

bardzo chciał się dowiedzieć, gdzie można sobie kupić roślinę
Przecinek przed "gdzie".

Milly pisze:dziewczynki szły trzymając się za ręce alejką

"Trzymanie się za ręce" zostało wtrącone. Trzeba wstawić dwa przecinki i zmienić szyk. Tak to powinno wyglądać: dziewczynki, trzymając się za ręce, szły alejką

Milly pisze:gotów jest obie je napaść

Po co "obie"? Wystarczy "je napaść".

Milly pisze:inaczej przecież Nikka pamiętałaby co to było.

I znów przecinek: pamiętałaby, co to było

Milly pisze:przypomni sobie co powinna zrobić,

Przecinek: przypomni sobie, co powinna zrobić

Dalej też są problemy z przecinkami, ale już nie będę wymieniać. Znajdziesz je sama.

Milly pisze:aż wreszcie linia światła przebiegła po jego torsie.

O "linii światła" pisałam wcześniej. A teraz ona dodatkowo przebiega po torsie... Do przemyślenia.

Milly pisze:nie mogła zebrać wszystkich myśli do kupy

Ta "kupa" zdecydowanie tu nie pasuje. Wystarczy: nie mogła zebrać myśli

Milly pisze:ogrzać spragnioną światła ziemię

"Spragnioną" jest tutaj niefortunne, bo kojarzy się z wysuszeniem i marzeniem o wodzie. Czego, jak czego, ale wody, to tam było pod dostatkiem. Trzeba znaleźć lepsze określenie.

Milly pisze:aby przeniosła ich do wspólnego pokoju.

Chyba je, a nie ich?

Milly pisze:przebywały w swoim towarzystwie nawet cały dzień,

Znów mowa potoczna. Prawidłowo jest: przez cały dzień.

Milly pisze:a wzrok lodziarza nie opuszczał jej na krok.

To by miało sens, gdyby się poruszała. Ona stoi bez ruchu, więc "na krok" nie pasuje tutaj.

Milly pisze:Kiedy doszło do tego, że incydenty te zdarzały się coraz częściej,

Przekombinowane. Wystarczy: Incydenty zdarzały się coraz częściej, więc...

Milly pisze:Nie trudno było odgadnąć,

Nietrudno. Pisane razem.

Milly pisze:Słuchała i choć nie było jej łatwo pohamować niedowierzanie i zdziwienie, coś w tej kobiecie podpowiadało jej, że nie są to bajki dla dzieci.

Za dużo treści upchałaś do jednego zdania. Co w tej kobiecie robiło takie wrażenie? Doprecyzuj to, podziel na kilka zdań, opowiedz spokojnie. Nie ma sensu się spieszyć.

W wypowiedzi Darii zbyt często powtarza się słowo "podopieczni". Trzeba poszukać zamienników.

Milly pisze:jakby przejął go fakt, że zrobiła coś nieodwracalnie złego.

Po pierwsze: fakt nie może nikogo przejąć. Ktoś może być przejęty faktem, ale to też nie jest zbyt zgrabne. Ten fragment powinien być bardziej emocjonalny. Powinno tu być więcej żalu. To czytelnik ma być przejęty i to do bólu.

Milly pisze:We dwoje nie jest tak bardzo zimno,

"We dwie". Albo: "razem"

Ech, wzrusza mnie to opowiadanie. Nawet gdy patrzę nie na treść, tylko na sposób opowiadania, to i tak na koniec się wzruszam...
Pisz, Milly, pisz. Popracuj nad stylem, nad językiem. To wszystko jest do nauczenia, wyćwiczenia. Najważniejsze, żeby mieć coś do powiedzenia, a Ty masz. :)

Pozdrawiam


Oczywiście nieunikniona metafora, węgorz lub gwiazda, oczywiście czepianie się obrazu, oczywiście fikcja ergo spokój bibliotek i foteli; cóż chcesz, inaczej nie można zostać maharadżą Dżajpur, ławicą węgorzy, człowiekiem wznoszącym twarz ku przepastnej rudowłosej nocy.
Julio Cortázar: Proza z obserwatorium

Ryju malowany spróbuj nazwać nienazwane - Lech Janerka

Awatar użytkownika
Milly
Pisarz osiedlowy
Posty: 230
Rejestracja: pn 29 cze 2009, 14:36
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: ze snów
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: Milly » ndz 09 sie 2009, 18:00

Dziękuję Ci serdecznie za wyciągnięcie i pokazanie mi tych wszystkich błędów. To bardzo ważne dla mnie, gdyż sama nie potrafię tego dostrzec mimo wielokrotnej korekty, a rzadko się zdarza, żeby ktoś mi to wszystko tak pięknie wytknął :) Doceniam to bardzo i obiecuję solennie wszystko przemyśleć i poprawić się na przyszłość.

Dziękuję również za ogromną pochwałę mojego opowiadania. Naprawdę jest mi niezmiernie miło, że tak Cię ono poruszyło. Podejmowanie podobnych tematów, zwłaszcza obsadzając w głównych rolach postacie dziecięce, jest mi bardzo bliskie. Mam nadzieję, że będę się mogła pochwalić jeszcze nie jednym takim utworem, na podobnym poziomie. Czuję się bardzo podbudowana Twoją opinią, a to sprawia, że chce mi się pisać i pisać!


Miłości jestem posłuszna i szczęściu się nie opieram!

I czuję twoją pieszczotę i coraz bardziej zanikam,

I czuję twe pocałunki i coraz bardziej umieram.



Rok nieistnienia B. Leśmian

Awatar użytkownika
Bin
Dusza pisarza
Posty: 512
Rejestracja: ndz 26 paź 2008, 00:19
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Bin » pn 10 sie 2009, 00:01

Na zatłoczonym przystanku ludzie przyciskali się do siebie próbując ukraść sobie odrobinę ciepła i schronić się przed deszczem pod niewielkim daszkiem

To zdanie i tak jest cholernie długie - bez problemu może się obejść bez trzech ostatnich słów

Wiesz, jestem szczerze zachwycony. Zarówno wykonaniem - rzadko spotyka się tu tak mocne pod tym względem teksty - jak i pomysłem, historią. Druzgoczące to jest, naprawdę... Twój styl pisania stoi na poziomie profesjonalnym (porównałbym do J.K. Rowling, która według mnie pisała w genialny sposób, trochę podobny do twojego, ale jest tu chyba wielu antyfanów), ale fabuła to już zupełnie inna sprawa... tu nie ma czegoś takiego jak "profesjonalizm".

Czekam na twoją książkę w empiku

I zgłaszam do najlepszych

Trzymaj się!



Awatar użytkownika
Milly
Pisarz osiedlowy
Posty: 230
Rejestracja: pn 29 cze 2009, 14:36
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: ze snów
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: Milly » pn 10 sie 2009, 14:45

Bin, dziękuję, czuję się zaszczycona taką nominacją.

Przepraszam Soi, nie zauważyłam Twojego komentarza. Dopiero kiedy opowiadanie zostało przeniesione zaczęłam szukać jaki jeszcze Weryfikator mnie ocenił i dostrzegłam Twój post. Dziękuję również za wyłapanie błędów i opinię.


Miłości jestem posłuszna i szczęściu się nie opieram!

I czuję twoją pieszczotę i coraz bardziej zanikam,

I czuję twe pocałunki i coraz bardziej umieram.



Rok nieistnienia B. Leśmian


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 7 gości