"Ważka"

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
mandi
Kmiotek
Posty: 9
Rejestracja: czw 10 wrz 2009, 11:28
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

"Ważka"

Postautor: mandi » czw 10 wrz 2009, 14:20

Witam,
szukam chętnych do przeczytania całości. Poniżej streszczenie i fragmenty powieści:

Ważka to pierwsze w literaturze światowej dzieło o umieraniu ze starości za młodu, utrzymane w konwencji monologu wewnętrznego. Ważka to afirmacja pogodnej starości i przestroga przed kultem iluzorycznej nieśmiertelności, która zgodnie z zapowiedziami naukowców czeka nas za pół wieku. Bohater powieści cierpi na progerię, zwaną również syndromem przedwczesnej starości. W sensie kalendarzowym ma trzynaście lat, w sensie biologicznym jest starcem u kresu życia. Akcja powieści obejmuje ostatni dzień życia protagonisty, dzień pogrzebu jego ojca, który zmarł śmiercią naturalną w wieku osiemdziesięciu sześciu lat. Pomimo doskwierających mu dolegliwości wieku starczego, bohater ani przez moment nie traci radości egzystencji. Z utęsknieniem wspomina cudowne lata spędzone z tatą, który często porównywał syna do ważki, do istoty co prawda krótkowiecznej, ale zarazem ruchliwej. Będąc jednocześnie dzieckiem i starcem, we wszystkim co czyni bohater wykazuje swoisty dualizm jaźni – beztroska idzie w parze z dojrzałością, infantylność z mądrością, siła ze zmęczeniem. Przedstawiony w Ważce jeden dzień stanowi metaforę całego życia bohatera, a wędrówka słońca na niebie odzwierciedla jego wzrost, świetność, dojrzałość i upadek. Syn umiera w dzień pogrzebu ojca, mając w sensie biologicznym tyle samo lat co on.

---

Artur Mandas


MAGMA


CZĘŚĆ I. WAŻKA


FRAGMENTY









Proszę zając się manekinem. Pocieniować, podretuszować, podrasować. Tu zakryć, tam odsłonić. No wie pani lepiej ode mnie, co należy zrobić.

Pani Sprężynka stoi jak wryta i nawet jej włosy nie sprężynują.

No ale jak to? Przecież to manekin. Jest nieskazitelnie czysty, młody i gładki. Ewentualnie makijaż jakiś, ale żeby coś w fakturze skóry od razu poprawiać to ja nie wiem.

A czy nie dostrzega pani tych wszystkich zmarszczeń, złuszczeń, spękań i rozstępów?

Jakich, jakich znowu-

Chwileczkę, mówię. Podchodzę do Pana Szkiełko i pożyczam od niego monokla. Biorę tego monokla i przykładam do skóry Pana Gładkiego, bo tak nazwałem mojego manekina antysobowtóra.

Proszę spojrzeć. Czy teraz pani widzi?

Pani Sprężynka przygląda się powiększonej połaci sztucznej skóry Pana Gładkiego. Nie wiem co ona tam widzi, bo ja tam słabo już widzę i widzę jedną wielką szarą plamę, pod szkiełkiem Pana Szkiełko.

Ale przecież to normalne, mówi Pani Sprężynka, że każdy materiał w przybliżeniu ukazuje swoją naturalną porowatość.

Czy jest pani pewna? Czy to aby na pewno zupełnie normalne?

Tak, to zupełnie normalne.

Czy aby na pewno?

Tak, proszę pana.

Dziwne. Okazuje się, że poziom wizualnej starości jest funkcją wzroku rozdzielczości, jak by powiedział Pan Okno. Być może dlatego wraz z wiekiem wzrok słabnie i tępieje, by się stary człowiek pewnego dnia własnego odbicia nie przestraszył, bardziej niż powinien.


#


Wychodzimy na zewnątrz. Słońce jeszcze nie do końca wstało i nadal ma schowaną te swoją czerwoną buzię pod pierzyną z mlecznego horyzontu. Nawet jak wstanie to nie będzie wysokie ani specjalnie jasne, to zaspane słońce. Nadchodzi jesień a jesienią słońce dostaje garba i chodzi se po niebie z lewej w prawo, coraz to bardziej i bardziej schylone. Dni stają się coraz krótsze, aż w końcu pewnego dnia słońce już nie wstanie, tylko się będzie tulić przed zimnem pod kołdrą ze śnieżnej mgły.

Kiedy nadejdzie ten dzień ja też już nie wstanę. Będę sobie smacznie spał obok taty, w moim własnym, małym trumiennym łóżeczku. Mama i Julia, Pan Okno i może nawet Adam, pochowają nas z tatą na samiutkim wzgórzu, które rośnie i rośnie i rosnąć nie chce przestać w samym środku naszej posiadłości, która sama też leży na takim większym wzgórzu. To nasze małe wzgórze jest jak taki guz na głowie, bo to właśnie głowę przypomina to większe wzgórze. Zamiast włosów ma trawę, a tam gdzie jest łyse, to wzgórze, to pełzną ścieżki i dymią zabudowania i szumi wiatr, co to ściga się sam ze swoim ogonem między zapadniętymi nagrobkami, które zjada i zjada i zjeść nie może cmentarna ziemia.

Ten szumny wiatr to szeptanie babciów i stęki dziadków, tak kiedyś powiedział Adam, ale myślę, że chciał mnie tylko nastraszyć. W każdym razie my z tatą nie spoczniemy na tym hałaśliwym cmentarzu, tym co to jest w ciągłej depresji gdzieś na uboczu naszej posiadłości i naszej uwagi. Nie legniemy obok przodków, których już nie ma. Nie ma bo ich zżarły takie białe robaczki. Białe robaczki są wszędobylskie, co znaczy że były wszędzie i może jeszcze są i nawet pewnie będą. W każdym razie na tym cieniolubnym cmentarzu nadal są i nic nie wskazuje na to, by miały wyemigrować. Dobrze im tam, tyle mięska wokoło, to nic że przeterminowanego. I to te cmentarne robaczyska najgorsze są, bo to spaśluny są. A jakie żwawe! A chytrzyska do tego! Jak dzikie, przezroczyste, mięsiste iskry, co to pełzną czołgliwie po palcach i pod bluzkę, do ciepełka pępkowego, jak kiedyś Adamowi, który mi jednego takiego zglizdowaciałego bąbloida pokazał. Bo to niepoprawne bąbloidy są, te białe robaczki. Normalnie to one takie chude i segmenciaste są, i ryją ryjkami takie tuneliki kanalikowe, pod ziemią. I tylko jak natrafią na jakąś babcię lub dziadka, lub babcię babci lub dziadka dziadka, lub jakoś tak, to wtedy chap chap chapają mięsko do kości, a czasem nawet to kości nie oszczędzą, bo to przecież kości na deser dobre, i na zęby dobre, na ich oczyszczenie, przynajmniej dla psów. A takie robaczki to muszą mieć naprawdę wielkie zębiska, większe i mocniejsze niż te moje stalowe wampirze, tylko dobrze poukrywane, bo ich nie widać. A takie drewniane trumny to dla nich żadne przeszkoda, drewno to dla nich pewnie na trawienie korzystne. Przez metalowe też pewnie przelezą, znajdą szparę czy też śrubę zębiskami wykręcą, czy jakoś tak. I jak się nażrą tego mięska, jak powysysają z przodków tej zastygłej magmy, to wtedy robaczki bąbelkują z przeżarcia. I tak powstają bąbloidy, grube i oślizgłe. A takie głodomory są, że jak dziabają zębiskami to nie patrzą co wciągają, a zresztą jak miałyby się rozejrzeć, wszędzie czarna ziemia i ziemia i ziemia. I jak konsumują babcię lub dziadka to tak niejako przy okazji, tak dygresyjnie, sporo gleby połykają. I to dlatego nagrobki się zapadają a cmentarz jest w ciągłej depresji, i wiatr szumi płaczliwie.

A tam na tym naszym wzgórzu, tam gdzie ja i tata długo spać będziemy, to te białe robaczki są niedożywione, i nie mają okoliczności wybąbelkować w bąbloidy. Bo we wzgórzu siedzą te niepozorne kamienie jak miny. I te robaczki jak ryją ryjkami, te kanaliki tunelikowe, to często gęsto łebkami bach bach bach w te zaczajone kamienie uderzają i zęby łamią, i kierunek zatracają. Tak, pod tym wzgórzem my z tatą dłużej w jednym kawałku poleżymy. A nawet jak już nas nie będzie, to dąb będzie. Bo na nas, na naszych głowach, mama lub Pan Okno dęba posadzą. Takie życiobiorcze drzewo, bo ma długie korzenie i dobrą, gęstą i lepką magmę nimi wysysa, i żyje długo, i szczęśliwie. Tego dęba to my z tatą w testamencie zapisanego mamy, żeby mamie czy komukolwiek innemu, kto pieczę nad posesją całą obejmie, sadzenia dęba się nie odechciało i coś innego na jego miejsce przywidziało. Ten dąb to przedłużenie naszej egzystencji, ale nie dla nas, tylko dla naszej rodziny, bo my przecież żyliśmy już wystarczająco długo, by wszystko zrozumieć. Tak kiedyś powiedział tata. Wybrał dęba, bo ten będzie żył tak długo jak mama i Julia i Adam. Choć z Adamem to nigdy nie wiadomo, bo on to przecież przeklęty jest, tak powiedział tata, i jego to może jakieś naziemne bąbloidy namierzą i sposiłkują. Tylko Pan Okno dęba przeżyje, i smutno zostanie, tak bezśmiertnie, Pan Okno. Ale Pan Okno to nie rodzina, to przyjaciel rodziny, choć prawie jak rodzina. Tata miał rację z tym dębem, z tym przedłużeniem naszej esencji, bo przecież jak dąb będzie dorastać to nam korzenie oczami i uszami do głowy wścibiać będzie, by widzieć i słyszeć to co my kiedyś widzieliśmy i słyszeliśmy. A kiedy dąb uschnie i zwiędnie, wtedy Mama i Julia i Adam sczezną i zasną obok nas, i kto inny im posadzi nowego dęba.


#


Nie siadam w niej, bo pierwsza ławka zajęta jest, przez moje spóźnienie ciotka Wąsik wtłoczyła się z dziećmi do pierwszej ławki, obok mamy, Julii i Adama, i nie ma tam miejsca, nawet dla kogoś tak małego jak ja. Siadam w drugiej ławce, zaraz za nimi, w ławce niemal pustej. Siedzi w niej tylko jedna kobieta. Nikt nie chciał przy niej usiąść, bo nie dość że jest stara to jeszcze wygląda staro, a to przecież grzech ciężki, grzech nomen omen, zły omen, śmiertelny. A reszta zgromadzonych przecież taka młoda, jeżeli nawet nie z wieku to chociaż z wyglądu, z wszystkich tych tapet co to na twarze nakładają i tych trucizn co to do krwiobiegu wpuszczają, by oszukać własną magmę, pokazać innym, że niby taka elastyczna i żywotna, i co najważniejsze gładka, gładka, gładka, ta ich magma, ich skóra, w ogóle oni cali. Zresztą, jak ona śmiała się z tym jej wiekiem wśród ludzi pokazać, zamiast w chałupie siedzieć i dni do końca odliczać.


#


Pierwsza rzecz, jaką pamiętam. Twarz taty. Radość. Twarz mamy. Przerażenie.

Obydwoje patrzą na mnie.

To było trzynaście lat temu, krótko po moich narodzinach. Większość ludzi nie sięga pamięcią tak daleko. Mówią, że mam fantastyczną pamięć. To prawda.

Patrzę na rodziców i wyglądają identycznie jak w moim pierwszym wspomnieniu, tylko tata jest o trzynaście lat starszy. Podobnie jak wtedy, twarz taty jest rozświetlona radością. Oblicze mamy to cieniste przerażenie. Tylko jedna rzecz różni te dwie sceny, jedna jedyna rzecz. Tym razem nie patrzą na mnie.

Mama patrzy na tatę.

Tata patrzy w zaświaty.

Tata jest nieżywy. Zmarł tydzień temu. Dzisiaj jest jego pogrzeb. Jego wielki dzień.

Ja też będę martwy. Już niedługo. Mam przecież trzynaście lat, trzy miesiące i siedem dni.

Jak ja sobie bez ciebie poradzę, ty ukochany głupcze, mówi mama, do taty.

Tata nie odpowiada. Nie może. Martwy jest.

Mama nigdy nie wybaczyła tacie, że się tak szybko zestarzał.

Ja się wszystkim zajmę, odpowiadam za tatę, który obecnie nie może mówić.

Ty? Adrianku, przecież ty jesteś jeszcze dzieckiem.

Jestem starszy od ciebie, mamo.

Mama nie odpowiada. Obecnie nie może mówić. Znowu płacze. Łzy są pulchne, są grubiutkie. Pełniutkie są, pełne życia.

Moja mama liczy sobie siedemdziesiąt sześć lat. Ma już pierwsze zmarszczki. Wokół oczu. Oczy prawie nigdy się nie starzeją, ale to co wokół wręcz odwrotnie. Zmarszczki wokół oczu są niczym słoje drzewa. Zdradzają prawdziwy wiek organizmu, nawet jeśli jego reszta próbuje oszukać czasoprzestrzeń.

Tata powiedział kiedyś, że to bez sensu dzielić czasoprzestrzeń na czas i przestrzeń. To sztuczne, tak tworzyć hermetyczne abstrakty. Ludzie to czynią, gdyż tak jest im łatwiej, gdyż są zbyt leniwi, by widzieć całość tam, gdzie łatwiej ogarnąć jedynie fragment.

To dlatego mama płacze. Patrzy na zapadającą się twarz taty i widzi tylko martwy czas.

Tata nie lubi tego brzydkiego słowa czasoprzestrzeń. Woli inne, ładniejsze, które mnie też się podoba. Magma.

Mama wyjmuje chusteczkę i wyciera twarz. Łzy wsiąkają w tkaninę. Tkanina chłonie wilgoć, staje się ciemniejsza, wyrazistsza.

Mama mówi coś do mnie pod nosem. Jej głos jest zachrypnięty, cienki i ulotny. Mówi zbyt cicho bym ją zrozumiał. Nie jestem już przecież tylko młody, jestem również stary. Zmysły nie te same, chociaż każdego dnia doświadczam nimi coś nowego.

Mów głośniej, mamo.

Powiedziałam, chodźmy, Adrianku. Czas przywitać gości. Lada chwila będą.

Nie, mamo. Nie ma pośpiechu. Pan Okno stoi na czatach, w cieniu sosny, obok bramy. Ma mi dać znać, kiedy tylko przyjadą pierwsi goście.

Mama otwiera usta. Chce coś powiedzieć, ale waha się. Chce zaoponować, bo przecież sięgam jej tylko do pasa i muszę stać na palcach, by widzieć wnętrze trumny.

Ale co jeśli-

Pan Okno nigdy nie zawodzi, mamo.


#


Pan Okno to przyjaciel rodziny. To, co ludzie nazywają śmiercią podobno nie ma do niego dostępu. Pewnie dlatego cały czas chodzi smutny. Pan Okno to nasz własny, prywatny anioł stróż. Był przy nas odkąd pamiętam. Nie wiem co to jest anioł, ale tak określił go kiedyś tata. Tylko nie jest nieskazitelnie biały i nie ma skrzydeł, tata dodał wówczas, siedem lat, dwa miesiące i trzy dni temu. To prawda, Pan Okno nie jest biały i skrzydeł też nie ma, małych czy dużych. Pan Okno wygląda jak zwykły człowiek, no może za wyjątkiem oczu, które są całe czarne. Oczy Pana Okno to dwie zimne kule ze stalowej ciemności. Nigdy nie mogłem zrozumieć, jak to jest możliwe, że Pan Okno ma oczy spowite mrokiem ukradzionym nocy. Bezksiężycowej nocy, gdyż oczy Pana Okno niczego nie odbijają. Żadnego światła. Światła chłodnego lub ciepłego. Światła złego lub dobrego. Oczy Pana Okno to okna na drugą stronę ciemnego zwierciadła. Nigdy nie mogłem pojąć, skąd ta jednolita czerń. Tata kiedyś zdradził, że to przez upadek. Pan Okno to aniołek, który upadł. Podobno Pan Okno miał kiedyś piękne oczy z metalicznego lazuru i rozłożyste skrzydła wykończone błękitnym aksamitem. I krążył wysoko nad ziemią, jak wiele innych, bezdomnych aniołów stróży. Któregoś dnia ujrzał z wysokości nas, naszą rodzinę, tych kilka bezbronnych, zagubionych na samym dole, małych kropeczek. I runął w dół, ku ziemi, na pomoc, Pan Okno. By czuwać i strzec malutkich, kropkowatych ludzików. Ale zrobił to za szybko, przez co rozgniewał Słoneczko. Słoneczko, które lubiło bliskość fruwających aniołków, zdenerwowało się na Pana Okno, że się nawet nie pożegnał, i przestało być słoneczkiem. Słońce wysłało kłujące promyki i przestał latać Pan Okno. Ostre promyki postąpiły nieładnie i roztopiły wydatne skrzydła Pana Okno, i wypaliły jego oczy płomieniami z lodowatych cieni. Adam i Julia nie wierzą w tę historię, ale na pewno wierzą w jedną rzecz. Pan Okno nigdy nie zawodzi.

#


Nigdy nie przestanę biegać. Gdyż ja jestem ważka. Tak kiedyś powiedział tata, a tata ma zawsze rację, nawet kiedy jej nie ma. Jestem ważka. Ważka to taki fruwający stworeczek, który kiedyś odwiedzał nasz świat. Ważka przychodziła do nas na krótko, a zatem musiała być bardzo ruchliwa, by dotrzeć wszędzie tam, gdzie chciała. Jesteś ważka, powiedział tata któregoś dnia. Pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj. Zresztą ja każdy dzień pamiętam jakby to było wczoraj. Mam fenomenalną pamięć, to nic, że mnie czasami opuszcza. Tata miał wówczas osiemdziesiąt osiem lat, takich standardowych, najzwyklejszych lat, i już nie wychodził z łóżka. Nie mógł. Nie tylko nie mógł chodzić, nie mógł się nawet sam podnieść by usiąść i trzeba go było usadowić i oprzeć o taką puchatą poduchę, by sobie nie porobił odleżyn. To było dwa lata, dwa miesiące i jedenaście dni temu. Tacie wypadły już wszystkie włosy i wszystkie zęby, za wyjątkiem jednego. Śmiał się, że to ten, w którego zainwestował najwięcej, który zawierał najdroższą plombę. Wzrok miał rozmyty, dostrzegał jedynie kontury i wysokie kontrasty. To dlatego lubił przebywać w ciemnym pokoju, w którym paliła się wątła ale zawsze ciepła lampka. Bo inni widzieli wtedy mniej więcej tak samo jak on. Ja zwykłem krążyć wokół jego łóżka niczym ćma, taka nocna siostra ważki, przyciągana blaskiem uśmiechu taty.

Biegałem i biegałem dookoła łóżka i nie musiałem przystawać, ale przystawałem, bo chowałem się. Graliśmy w chowanego. Chowałem się z którejś strony łóżka, co nie było trudne, gdyż zawsze byłem niski i nie musiałem się kłaść czy upadać, wystarczy że opadłem na kolana i tata już mnie nie widział, mimo iż wytężał starczy wzrok. Tata powiedział mi i nigdy tego nie zapomnę, że jestem ważka, bo jestem tak samo ruchliwy, tak samo jak ważka przebywam na tym świecie tylko przez jeden dzień. Sprawdziłem co to za bestyjka, co to za bydlątko, ta ważka, ta ważka co to dawno przestała nas odwiedzać i powiedziałem tacie, że ważki nie przybywały na jeden dzień, że trwało to nawet kilka miesięcy. Że bliżej mi do psa, bo psy odwiedzały nas codziennie, dzień w dzień, przez średnio trzynaście lat, zanim na zawsze opuszczały nas na rzecz wiecznych snów. A mi właśnie przypadło w udziale trzynaście lat na chodzenie, nie, na bieganie po tej ziemi. Nie, ty jesteś ważka, odpowiedział tata. Sprawdziłem raz jeszcze i znalazłem inną taką nikłowatą kreaturkę, którą przodkowie nazwali jętka jednodniówka. Ephemerocoptera. Jednodniówka to daleka krewna ważki, ale nawet ona nie siedzi z nami tutaj na dole przez jeden dzień a kilka dni. Powiedziałem o tym tacie, o jednodniówce i kilku dniach. Nie, ty jesteś ważka, odpowiedział tata. Tata nie patrzył na mnie, bo mnie już prawie nie dostrzegał. Patrzył na cień pastelowej lampki o zgarbionych plecach i spuszczonej głowie. Musiała mu bardzo przypominać mnie. Ty jesteś ważka. Jesteś bardzo ruchliwy, jesteś zawsze wszędzie, masz tyle do zwiedzenia, masz aż jeden dzień każdego dnia.

Jestem ważka. Jestem bardzo ruchliwy. Jestem zawsze wszędzie. Mam tyle do zwiedzenia. Mam aż jeden dzień każdego dnia.

Nie jestem już tak ruchliwy jak kiedyś.

#

Pan Fala i Pani Wir dostrzegają małą, niewiele wyższą od psa, wychudzoną postać o zapadniętych policzkach, wyłupiastych jak u ważki oczach i poskręcanych kończynach, które z daleka wyglądają jak przezroczyste, podświetlane od tyłu patyczki. To jestem ja. Nadal leżę na tacie a tata nadal leży w trumnie. Pod tym względem nic się nie zmienia. Pan Fala i Pani Wir patrzą i widzą, ale jeszcze nie wiedzą co widzą. Tak im jeszcze pozostanie na parę przyspieszonych uderzeń serca. To normalna reakcja u ludzi, którzy mają takiego nieprzyjemnego pecha, że spotykają mnie na swojej drodze. Spotykają mnie i w pewnym sensie umierają. Tak, robią to, czego boją się najbardziej, umierają. To znaczy ich twarze umierają, ich gęby, na chwilę. Ich gęby tężeją, stają się maskami z utwardzanej obojętności, z hartowanej nieczułości. Na mój widok zamrażają mimikę, wszelkie zmiany rysów twarzy. Usilnie trzymają na twarzy jej poprzedni wyraz, czy to będzie jasny uśmiech czy pochmurna zaduma. Wszyscy, nawet ci, którzy już mnie widzieli na zdjęciu. Tak jakby bali się, że jeśli przestaną kontrolować mimikę to strach, strach który zawsze na mój widok wypełnia ich oczy, tak jakby bali się, że strach rozsadzi im te straszne oczy i rozbije się ciemnymi płaczami z postrzępionych cieni po ich obliczach, wykręcając te nudnopłaskie mordy, tak jak to robią z mięsem prawdziwe płomienie, takie pełne żyjącego ognia a nie martwego mroku.

Nie inaczej jest w przypadku Pana Fali i Pani Wir. Ich gęby, poprzednio dotkliwie gładkie i przyjemne, przeistaczają się w sztywne maski. Pan Fala i Pani Wir walczą z czasoprzestrzenią, walczą z magmą, która chce rozciągnąć im rysy towarzysko nieprzyzwoitym przerażeniem. Udaje im się. Zamrażają emocje i tworzą z twarzy te swoje bezpieczne maski. Nie są to jednak maski z litej znieczulicy. To wydrążone maski. Bardzo płytkie są. Bardzo wąskie. Muszą być. Muszą być emocjonalnie lekkie. Inaczej zapadłyby się do środka, tam gdzie zieje pustka.


#



Tata z zawodu jest rzeźbiarzem. Inaczej modelarzem. Albo lalkarzem. On woli by tak go nazywać. Lalkarzem. Niektórzy z rodziny nazywają po cichu tatę manekiniarzem a ciotka Pani Wąsik, siostra taty, która tatę lubi tylko wtedy, gdy są święta, nazywa tatę za plecami dzieciarzem. Ciotka Pani Wąsik mówiła kiedyś mamie, że tata zarobiłby dużo więcej, gdybyśmy wszyscy przenieśli się do Miasta a nie gnili na wieśniackim zadupiu, gdzie prawie wszystko trzeba robić własnymi gołymi rękami. Że tata powinien przystąpić do jakiejś korporacji, że ma predyspozycje na dobrego eksperta i że po to studiował, tę całą ekonomię. I że gdyby tata tak dużo nie zajmował się dziećmi i tak bardzo dużo z nimi nie przebywał, to by nie zaczął lepić, jak to powiedziała ciotka, dziecięcych lalek z tych elektronicznych gówien, i że gdyby nie to to by się wyspecjalizował w wyuczonej profesji, i zostałby w Mieście statystą a może statystykiem, powiedziała ciotka, najlepiej to jednym z tych ostatnio rozchwytywanych demografów od zapadalności na starość lub raczej zapadalności na umieralność, tak chyba tak.


#

Tak, to Adam. Poznaję jego chropowaty, postrzępiony głos, który pasuje do kogoś znacznie starszego. Mama powiedziała, że to dlatego, że Adam mutuje, przechodzi mutację, to znaczy. Ale ja nie chcę, by Adam został mutantem. Jakimś brzydkolicym dziwoludziem, jakimś przestworem zgniłej fantazji złych ludzi. Adam jest wystarczająco zdeformowany. Adam to wypaczone drzwi, których nikt nie jest już w stanie wyważyć, by się dostać do środka. Tak kiedyś powiedział tata, rok, jedenaście miesięcy i osiem dni temu, kiedy Adam po raz kolejny zrobił coś niedobrego. To było bardzo niedobre, podłe to było, co on wtedy zrobił. Tylko tata nie pozwolił powtarzać tego mamie, bo mama bardzo kocha Adama. Nie wiem co to są wypaczone drzwi. Nie chciałem wtedy pytać taty, bo tata twarz miał burzliwą. Wiem za to jedno. Adam jest całokształtowo zniekształcony. Z daleka tego nie widać, nawet jak się ma dobry wzrok, a nie taki przyćmiony i rozmyty, jak mój. A najbardziej to ma poodkształcaną głowę. Samą głowę. Twarz jego tego nie pokazuje. Ale oczy, o tak te jego oczy, jego oczy tak.

Boję się tych oczu. Boję się Adama, bo nigdy nie wiem, co za chwilę zrobi, nie wiem co za dusz mieszka u niego, tam w środku. Nie będę na razie wychodził z trumny. Zaczaję się i poczekam. Może sobie pójdzie. Adam.

Czy widzieliście państwo Julii?

To znowu głos Adama.

Czy co widzieliśmy?

To była Pani Wir.

No, Julii, widzieliście?

A któż to jest ten Julii?

To Pan Fala, podśmiechachiwawczo.

Julia. Siostra. Moja siostra.

Ach, temu elokwentnemu młodzieńcowi chodzi zapewne o uroczą Julię, tę małą dziewczynkę z długimi srebrzystymi kucykami, która przed chwilą tędy przebiegała, czyż nie tak?

To była Pani Wir.

Srebrnoszarymi takimi, tak, chodzi mi.

Już jej tu nie ma, młodzieniaszku.

A gdzie jest?

Tam.

To był Pan Fala.

Tam leży w tym pudle tata mój. Nikt już tak nie umiera jak on.

To był Adam.

Upływa trochę magmy a ich nadal nie słychać. Pewnie pokazali Adamowi drzwi, no i sobie poszedł. Bezdźwiękowo, jak to tylko on potrafi.

Jeden syn wygląda jak podstarzały ufolud, a drugi syn to kompletny idiota. No i jeszcze córka, cała w srebrze. Co za pojebana rodzinka. Matka wygląda normalnie, jako tako. No bo truposz też pewnie miał niezłe odchyły, skoro zmarł ze starości tak młodo.

To był Pan Fala, niesiony na fali szybkomówstwa.

Obydwoje się śmieją.

Nie, czekaj, ja mam lepsze, mówi Pani Wir. Jeden dzieciak przedwcześnie pomarszczony, drugi przedwcześnie osiwiały, a trzeci przedwcześnie zdziecinniały. Nic dziwnego, że ojciec zszedł tak wcześnie. Tylko matki mi żal. Taka młoda.

Matki ci żal? Przecież to stara rura jest, tylko się nażarła tych

Otwieram trumnę i wystawiam głowę i uśmiecham się. Tym razem zamiast stalowych zębów mam zęby, których nie ma. Efekt jest zawsze ten sam. Natychmiastowa cisza. Czarna otchłań mojej rozdziawionej gęby wysysa z obcych całą magmę.

I jak wrażenia z trumny, panie Adrianie?

Pierwszorzędne, Pani Kert. Czy wie pani, Pani Kert, że w trumnie jest prawie tak samo, jak pod wodą?

Też nie ma czym oddychać?

Nie, Pani Kert. Chodzi o dźwięk. Dźwięk rozchodzi się wprost przecudnie.


#



Wszystkie lalki, które wyszły spod ręki taty są stare. Tata nigdy nie wykonał młodej lalki. Odrzucał wszystkie takie zamówienia, bez względu na wynagrodzenie. Nigdy się nie dowiedziałem dlaczego. Jedyne młode lalki, z którymi miał do czynienia tata to te, którym czegoś brakowało. Porządnie zwichrowane, zwykł o nich mawiać tata. I śmiał się wtedy tak, jak to on, zawsze ocieplająco. Ale kiedy z nimi kończył, z tymi młodymi zwichrowanymi, no to wtedy brakowało im tego wcześniejszego braku czegoś, ale również brakowało im wcześniejszej młodości. Tata nie lubił jak się magma marnuje w pustej twarzy i pewnie dlatego je postarzał, chociaż trochę, te młode, te zwichrowane.


#


Czas w końcu znaleźć Pana Okno. Pan Okno pewnie śpi w cieniu, jak zawsze po zapętleniu. To złe i wrogie jakieś takie, że w obecności Adama Pan Okno zapętla się tak często. Znajduję Pana Okno za bramą, poza granicami naszej posiadłości. Siedzi z podkurczonymi nogami, oparty o pień Żywotniaka. Żywotniak to Pan Sosna, a Pan nie Pani dlatego, że ma nie tylko bujną czuprynę, ale też i brodę z kłujących igiełek, co mu spływa półksiężycem gałęzi od lewego do prawego ucha, które to uszy z bliska przypominają takie zwykłe, dziurowate dziuple. Żywotniak tych uszu nigdy nie myje, nigdy nie czyści, nic a nic. No bo niby jak by miał czyścić, rąk przecież nie ma, bezręki, beznogi Pan Sosna, Żywotniak pan jest. Nogi to on może i ma, i to nie dwie a nawet więcej, tylko zakopane pod ziemią i korzenie się zwą. A co do rąk to rąk Pan Sosna nie potrzebuje. Jego włosy to takie igłokłujące szponopaluszki, za które Pan Słońce słoneczko ciągnie swoimi promykami, wyżej i wyżej i wyżej i czasami wygląda to tak jakby było odwrotnie, jakby to Żywotniak tymi włosorękami co to je zwykli ludzie zwykłymi gałęziami korony nazywają, czasami wygląda to tak, jakby to Żywotniak chciał tymi igiełkami swoimi podrapać Pana Słońce po twarzy. Tata powiedział kiedyś, że tak się Żywotniak żywi, że tak pozyskuje nową magmę od Pana Słońce, bez chodzenia na polowanie jak jakie drapieżne ważki, no bo jest przywiązany do ziemi. I to dlatego Pan Sosna, Żywotniak dlatego, dlatego on ust nie ma, bo są mu zbędne, redundantne są. Ale oczy ma, i to duże. Duziutkie. Prawie tak wielkie jak Pana Okno, ale nie do końca, bo nikt i nic nie ma tak wielgachnych oczu jak Pan Okno. I tak pięknych jak piękne są oczy Pana Okno. No może tylko Adam ma piękniejsze, o tak on ma piękniejsze, ale te oczy Adama chłodniejsze są, zimniska takie, chociaż wcale nie są czarne, a czarne, całe czarne oczy Pana Okno są, jak noc z utopionym Księżycem, to jest Panią Luną, zatopioną bul bul bul w mokrej nocy. A oczy Adama są tak zimne że aż parzą, i to pomimo że są urokliwsze i że są prawie w przytulaśnym kolorze oczu Julii, które są modre. Oczy Adama to wypalony lodem chrom. To dlatego oczy Pana Sosny, oczy Żywotniaka, nie mogą się równać pod względem naocznej wyględności, pod jakim byle kątem patrzenia estetyki, ani z oczami Pana Okno, ani z oczami Adama. Bo uczy Pana Sosny to właściwie takie ślepiaki są.

Skośne jak ślepia sierściucha typu a la kot, lub czegoś podobnie przyziemnego, w każdym razie nie naniebnego. Bo nieba, bo przestworza są czyste od stworzeń i brudne od brudów, i od lat nic po niebie nie lata, w tę czy w tamtą a może w jakąś inną stronę. No chyba, że w Mieście, bo tam wszystko dostępne, wszystko możliwe, wszystko na tu i teraz. Jak nie ten świat to inny. Tak mawia mama. W Mieście wszystko możliwe, tylko nie to co prawdziwie prawdziwe, zwykł dodawać tata. No ale u nas nie Miasto, u nas centralnie położona prowincja. I na tym enklawistycznym peryferium niebo jest puste i nic po nim nie lata, nie furkocze, bo się już dawno złej magmy nawdychało i śmiercią pozapychało i zdechło w locie i spadło nurkolotem hen w głębokie cienie, gdzieś na brzegu nocy. Tak pewnie było, z ptakami i innymi lotami. Tylko tylki, jak to je Julia zawzięcie zowie, te jej motylki o innej, ukrytej nazwie, tylko tylki dalej trzepoczą skrzydełkami, w pełni samopas gdzie im ta mała tyci tylkowa myśli popadnie. Ale tylki to są odrębna kategoria. Specjalna spreparowana superrasa. O jej pochodzeniu, o jej genetycznej genezie, wiemy tylko ja i tata. No i może mama, bo mama wie prawie tyle co tata. No i może Adam, bo Adam jest czasami tak głupkowaty, że aż coś mądrego niespecjalnie a samorodnie wymyśli. To chyba ta jego kryptointeligencja, o której często wspomina mama. Ale Julia, Julia nic o tym skąd tylki się biorą nie wie i wiedzieć nie może. Nie może.

W każdym razie niebo jest prawie puste. I to dlatego oczy Żywotniaka, oczy pana Sosny, te jego ślepiaki, nie mogą być skośne jak oczy jakiego niebolota, tylko jak ślepia jakiegoś ziemiolubnego przestwora, typu a la kot. Tak więc skośne są oczy Żywotniaka jak oczy kota, i płaskie są do tego, jak coś płaskiego. I te ślepiaki Żywotniaka patrzą i cały sęk w tym, że nie widzą. Nie widzą. Bo to tak naprawdę sęki są a nie oczy, zwykłe sękowate sęki zatopione w węzłowatej twarzy, to jest korze, te oczy Pana Sosny, Żywotniaka. Ale ja i tak wolę je nazywać ślepiaki a nie sęki, czy też nawet oczy. Bo ślepiaki brzmi bardziej magmowato.

Ale nic nie przebije dziuplowatych uszu Pana Sosny, tych których nie myje no bo nie ma jak, i po co. I z tych to mu uszu wypływa Żywotniakowi żwawo żywica, która się żywi Pan Okno. Pan Okno nie zjada żywicy Żywotniaka, Pan Okno posila się tym złocistym nektarem odległościowo, telempatycznie jakoś. Bezdotykowo wysysa z żywicy Żywotniaka całą lepką magmę, i tak sobie żyje i żyje, wiecznie młody Pan Okno. To pewnie dlatego ludzie mówią, że śmierć nie ma do niego dostępu.


#


Siadam obok Pana Okno, tak jak siedzi on, opierając się plecami o Pana Sosnę i podkurczając nogi pod siebie tak, że mi pięty o półdupki zahaczają.

Pan Okno gapi się w dal, niepomny na warkocze białych chmur, które oplatają nasze Wzgórze. Wzrok mu spływa w dół tego naszego Wzgórza, ku wszechogarniającej depresji, co to dusi nasze Wzgórze i nasz dom i nasze drzewa z każdej, lepszej czy też gorszej, strony. Tam to, w tych zapadniętych dolinach, tam to leży siedmiolicowe Miasto, co to z zewnątrz prężne, śliczne i nowiutkie, a od środka stare, brzydkie i rozprute, Im dalej w dół naszego Wzgórza, tym głębsza syntetyfikacja, tym poważniejsza artyfikacja. Im dalej w dół, tym mniej popielatej ziemi, zielonej roślinności i lazurowej wody. Tym więcej brunatnoszarego betonu, zgniłozielonego plastiku i rdzawoniebieskiej stali. Ale to wszystko jeszcze nic. Najgorsze z tego wszystkiego jest Czarne Szkło.

Czarne Szkło żyje śmiercią. Tak kiedyś powiedział tata, a tata nigdy się nie myli, no poza tym jednym razem, gdy chodziło o Adma. Czarne Szkło to śmiercionośne życie. Nie ma w nim magmy, nie było i nigdy nie będzie. Wypaliła się. Wyparowała. Znikła.

Pan Okno ma właśnie oczy z Czarnego Szkła, te jego słynne, całe czarne oczy, o czarnych białkach. Skórę ma z siwego betonu, włosy z seledynowego plastiku a zęby z błękitnej stali.

Tak tak, twarz Pana Okno to nie jest taka zwykła, ludzka twarz. Twarz Pana Okno jest niezwykła i nieludzka. Bo Pan Okno to taki niedokończony człowiek, który się nigdy nie wykończy. Tak kiedyś powiedział tata.

Diabelsko anielska. Ale i tak więcej w niej życia niż pod skóra Adama. Pan Okno nie jest zrodzony z kobiety, i nie począł go mężczyzna. Pana Okno wydaliło Miasto. I tak upadł ten nasz czarny anioł, z pogrążonej w depresji doliny na nasze małe, własne, chmurolubne Wzgórze.

Ach chmury, chmury. Chmury stają się pochmurne. Zbiera im się na deszcz. Pierwsze krople zostały uronione. Wkrótce spadną i przelecą po twarzy Pana Słońce, która się nadal wspina i wspina po niebie, ale już niedługo przestanie. Potem już będzie tylko chwila myk myk zenit i zacznie spadać, i ziewać, Pan Słońce.

Dlaczego chmury płaczą, Adrianie?

Bo nie ma ich kto przytulić, odpowiadam Panu Okno. Czasami pan Okno jest taki dziecinny, jest gorszy od małej Julii, jest głupszy nawet od głupiego Adama. To okrutne dziwactwo z jego strony, ta dzieciuchowatość Pana Okno. Pan Okno wie więcej niż ktokolwiek, wie więcej nawet niż tata, taki już jego żarłoczny, higroskopijny, poskręcany mózg. Pan Okno wie najwięcej. Pan Okno wie tak dużo, że aż niczego nie rozumie.

Nie ma ich kto przytulić, powtarza Pan Okno, sam do siebie, swoim ciekłometalicznym głosem. Smutek żłobi ciężkie cienie w popielatej twarzy Pana Okno. Pan Okno podnosi grafitową dłoń i tuli matowym gestem smugowatą chmurkę, ale ta nie chce tulenia i przelatuje wstęgami między jego kanciastymi palcami.

Czas na nas, Panie Okno. Plan Kaos wkracza w decydującą fazę. Trzeba przenieść trumnę z tatą.

To już teraz trzeba będzie nas tu i tam potrzeba?

Tak, to już teraz trzeba będzie nas tam i tu potrzeba. Zobacz jak się postarzał Pan Słońce.

Pan Okno wzdycha. Nie lubi przeszkadzania w trakcie przesiadywania w cieniu Żywotniaka, u jego stóp, i to nieważne, jak głęboko pod ziemią są zakopane. Żywotniak to ostatnie drzewo, które nie poddaje się inwazji Miasta, jego brunatnoszarego betonu, jego zgniłozielonego plastiku, jego rdzawoniebieskiej stali, lecz zwłaszcza tego jego Czarnego Szkła. Pan Okno Miasta bardzo nie lubi, bo Pan Okno z Miasta pochodzi i zbyt dobrze je zna. A Żywotniak nie poddaje się naporowi ani betonu, ani plastiku, ani stali, ani nawet Czarnego Szkła, które z każdym rokiem, z każdym dniem, z każdą godziną minutą sekundą pnie się wyże i wyżej i wyżej, w górę naszego Wzgórza. To przez nie wszystkie drzewa tracą magmę, tracą liście, tak że wkrótce zostaną im tylko takie suche, samotne kępki listeczków, hen gdzieś na szczycie, na samym czubku. Ale nie Żywotniak. Żywotniak jest zawsze zielony. I to dlatego go lubi Pan Okno.

Chodźmy, Panie Okno. Pora poszastać trumnami.

A czy... A czy tata się przypadkiem nie obudzi?

Nie, Panie Okno. Tata jest martwy. Żywy inaczej. Już się nie obudzi. Sztywny jest. Cała magma z niego uleciała.

Cała cała?

Tylko ja i tata, no i Pan Okno, wiemy o magmie, jako o lepszej formie słowno bytowej czasoprzestrzeni.

Cała cała. Już się nie obudzi.

To dobrze czy źle?

A jak sądzisz, Panie Okno?

Pan Okno odpowiada ciszą. Wstaje i grzebie w dziuplowatym uchu Żywotniaka. Wyciąga dłoń, po której spływa ciekłokrystaliczna żywica. Ale Pan Okno nie pozwala jej plusnąć o ziemie, na to Pan Okno nigdy nie pozwala. Pan Okno łączy dłonie, tworząc z nich otwarte serca, w którym zamknięta jest żwawa żywica. Pan Okno podnosi sercowate dłonie do ust, bijące poświatą rozżarzonej żywicy. Czarne oczy Pana Okno zachodzą mglistym chromem, czerń spływa z jego oczu i gardła do ust. Pan Okno robi puf, takie jedno cichociemne puf, i nic już nie jest jak przedtem, i kobaltowa chmurka wydostaje się z ust i osiada na otwartym sercu jego dłoni, i pokrywa zamkniętą w nim żwawą żywicę Żywotniaka. Serce z grafitowych dłoni Pana Okno się zamyka i przestaje istnieć, bo oto dłonie Pana Okno to teraz rozmyte wachlarze, które kształcą i kształtują, wiercą i walcują, młócą i mlaskają, i w ogóle się szybko obracają.

Pan Okno zamraża wszelką aktywność ruchowo skokową i podsuwa mi pod nos zamknięte w klatkę dłonie, tak jakby chciał okazać mi okaz tego czy innego minizwierza, do czego pewnie zmierza. Na przykład takiego tylka, które Julia lubi.

Przechwytuję zawartość jego dłoni w moje własne, też zamknięte teraz, sekretu strzegące.

Otwieram dłoń. W środku nie ma tylka, ani innego takiego fruwaka o skrzydłach jak zaklęta w okrąg tęcza.

W środku jest ważka, ale nie taka zwykła ważkowata ważka. Dziwnie mała ta ważka, jak koniuszek palca, a nie jak mysz, chomik, dzik czy inny takich rozmiarów zwierz. No ale wygląda jak ważka, więc to musi być ważka. Ta ważka nie jest ruchliwa. Ta ważka nie ma aż jednego dnia każdego dnia.

Ważka jest martwa, utopiona jest. To ważka zatopielec, zatopiona w kulce z bursztynu wielkości oka kogoś oko mającego, przynajmniej kiedyś, przynajmniej jedno, jak to kiedyś miały cyklopy, kiedy jeszcze tutaj, tutaj na samym dole, chodziły po tej samej ziemi co ludzie, razem z psami i kotami, prawdziwymi ważkami i aniołami stróżami, które upadły.

Umrzesz dzisiaj, Adrianie.

Oczy Pana Okno są czarne i nieprzeniknione. W tych oknach jego twarzy nie widać odbicia mojej własnej. Czarne Szkło w oczach Pana Okno nie odzwierciedla niczego.

Kto tak powiedział?

Adam.

Adam tak powiedział?

Tak.

Zatem ma rację. W tych sprawach Adam się nie myli. Łzy uciekają mi, płyną po twarzy i uderzają o ziemię, pod którą rosną nogi Żywotniaka, te jego korzenie.

Pan Okno obejmuje mnie, jakbym był co najmniej taką samotną chmurką, która pływa sobie wysoko w niebie. Pan Okno nie płacze. Pan Okno nigdy nie płacze.


#


Pan Okno ma zdolność, specjalną. Jest to transmagmetyzm. Pan okno wysysywuje magmę z czego tylko chce, pozwala jej krążyć i krążyć, aż w końcu wypluwa jak taka plujka. To właśnie tak przessał magmę z żywicy Żywotniaka do gdzieś tam w jego brzuszku. I zmagmyfikował ważkę, w bursztynowej kuli.

Oddech Pana Okno to nie jest znowu taka tylko jego prywatna sprawa. Respiracja Pana Okno to pseudostochastyczny zrandomizowany regulator cyrkulacji entropii w mikrootaczającym multiwersum. Tak kiedyś powiedział tata. A tata nigdy się nie myli. No, poza tym jednym razem, kiedy chodziło o Adama. Kiedy Pan Okno bierze wdech, wraz z powietrzem wysysa z otoczenia starość, zdziera zasłonę niezbyt ruchliwego czasu z twarzy, z rąk, z włosów, ze skóry, z czegokolwiek, całą tę zaschłą magmę. Kiedy Pan Okno wdycha powietrze, maluje młodość na twarzach, na rękach, na włosach, na skórze lub na czymkolwiek, nanosząc grubą warstwę gorącej, bulgoczącej magmy. Natomiast gdy wydycha, to wszystko wokół zdycha. Ale Pan Okno to człowiek anioł niewykończony, jakkolwiek dziwnych by nie miał właściwości, specjalnych. Gdyby był wykończony, to by go złe ludzie z Miasta wykończyli, bo gdyby zawsze wdech wydech oznaczało młodość starość, znaczyło w najgorszym wypadku życie śmierć, no to wtedy złe ludzie z Miasta nazwaliby Pana Okno bogiem i zamknęli w martwej klatce z Czarnego Szkła, i wypuszczali na specjalne okazje, tak od święta, by na tego pochuchał a przy tamtym ssanie włączył. No więc całe szczęście, że Pan Okno nie jest jeszcze wykończony i może nigdy nie będzie. A owo niewykończenie objawia się u Pana Okno w ten sposób, że czasami wdech wydech nie równa się młodość starość, tylko odwrotnie, starość młodość. A jak długo tak pooddycha, to nawet może śmierć życie, bo to od długości dychania zależy moc odmagmowywania. Tylko nikt nie wie, kiedy ssanie i wypluwanie magmy zamieni się w systemie respiracyjnym Pana Okno miejscami, a najmniej to sam Pan Okno. To jest ta pseudostochastyczna randomizacja, o której wspominał tata. Przez co jest ciekawiej, i robią się różne śmiesznostraszne hece. Przez co również lubię bardzo lubię Pana Okno, bo u niego, tak jak u mnie, młodość i starość mieszkają razem i jakoś dają radę. Tylko do niego śmierci nie ma przyzwolenia, a do mnie ma. To dlatego Pan Okno jest taki smutowaty, taki poodłączany od życia tu i teraz.


#


Goście są już w środku, i to pełen komplet, zresztą innego nie ma, no bo jak, jeśli komplet to już chyba pełny. Ławki pozajmowane, ściany popodpierane. Część gości, ta mniejsza w liczbie, ciemniejsza w kolorze i bliższa trumnie to nasza dalsza rodzina. A właściwie nie dalsza a daleka rodzina, tak daleka, że jej zawsze za daleko było, by nas odwiedzać. A może pod górę ciężko, bo to przecież na Wzgórzu a nie w jakimś zdepresjonowanym Mieście mieszkamy. My też zresztą nie kwapiliśmy się by daleką rodzinę z bliska widywać. Tata Miasta nie lubi a z naszej rodziny lubi je tylko mama, ale i tak mam lubi bardziej tatę, tak więc Miasto nie było z naszej strony mile widziane a właściwie to nie widziane w ogóle, odkąd pamiętam. A pamięć mam dobrą, to nic że figlarną. Z nas trojga rodzeństwa to tylko Adam raz był w Mieście, wtedy kiedy tata ten jeden jedyny raz się co do niego pomylił. Julia nie była wcale no bo po co, zdrowa ruchliwa i śmiechliwa, a ja w Mieście być mogłem ale nie chciałem, bo wystarczyło że na tatę raz spojrzałem i już mu z oczu całe to Miasto wyczytałem. No i skończyło się na tym, że to do mnie a nie ja do nich różni doktorzy, znachorzy, gerontolorzy przyjeżdżali. Ale to bardziej po to by mnie sobie z każdej różnej strony pooglądać i zdjęcia pamiątkowe popstrykać póki żyję, do albumu z rzadkimi dziwolągami, no bo przecież pomóc nic nie mogli, mój to ci jest beznadziejny przypadek, tak mówili tacie, a tata mówił mi, bo przede mną żadnych sekretów nie ma. Prawie. Ja żyję tyle co pies, tata żyje tyle co tata, a mama, Julia i Adam mają żyć tyle co drzewa, te gorsze pod względem wieczności, te bardziej takie krótko niż długowieczne. No ale co zrobisz. Nic nie zrobisz. Takie życie, taki los.

Druga część zgromadzonych, ci nie będący rodziną daleką i dalszą, to są ci wszyscy, jak to ich tata z wyprzedzeniem nazwał, fenomenolodzy amatorzy, lub łowcy nie takich znowu tanich sensacji, lub nekrofile neofici, ale z tego ostatniego to się tata śmiał najbardziej. Ci ludzie wyglądają jakby urwali się z innych wymiarów a ich stroje pochodzą każdy z innej bajki. To są właśnie przedstawiciele różnych domów, głównie tych medialnych, wysłannicy różnych organizacji mających taki lub inny lub też żaden stosunek do tak zwanego syndromu przedwczesnej śmierci, jak publicznie ochrzczono zachciankę taty, tak to media określiły, zachciankę mojego taty, by żyć tempem przodków, a nie wnuków. By starzeć się po staremu. Niektóre pismaki przyrównały postawę taty do samobójstwa, i to do jednej z najbardziej zwyrodniałych form samobójstwa, do samobójstwa opóźnionego, bo w czasie rozłożonego.

A pozostali co przybyli to się po prostu strasznie nudzili. I chcieli zobaczyć jak pogrzeb wygląda, taki prawdziwy pogrzeb z prawdziwym pogrzebanym, a nie takie wirtualne sklejanki. Bo to ludzi teraz mało żyje, a ci co żyją to długo ciągną i zemrzeć ochoty z wiekiem nie nabierają, a wręcz odwrotnie, im starsi tym bardziej o własną ciągłość biologiczną bojaźliwi. Tylko zamiast dzieci płodzić i się rozmnażać to oni swoje manie wielkościowe płodzą i namnażają, i się tymi swoimi rewitalizowanymi, restaurowanymi i inaczej rerowanymi łapkami kurczowo ziemi trzymają, tutaj, tutaj na samym dole, a nawet jeszcze niżej, bo w Mieście. I stąd wszyscy tacy i owacy i jeszcze jacy przyjechali, by sobie na ostatniego krótkoterminowego popatrzeć, główkami pokiwać, pokiwać i później znajomym przy pierwszej nadarzającej się okazji, za rok, dziesięć lub sto lat, o tym i o innych takich dewiacyjnych anachronizmach opowiedzieć. A niektórzy z przybyłych, ci bardziej perwersyjni, to może i o mnie wiedzą i również dla mnie się tu napatoczyli, dla tego dziecka, co to chociaż młode to jednak stare, i że szybciej się kurczy niż rośnie, i że mężnieje przez dziecinnienie, i że to niższe od ich psa i to w przysiadzie na tylnych łapach, i z brzuchem przy ziemi. Takie niewiele wyższe od stolika na patio lub tarasie, to dziecko, ja, tylko brzydsze i od psa i od stolika, bo poskręcane i pomarszczone, a te ich psy i stoliki to przecież na zamówienie, kolor, tekstura, sprężystość, ciągliwość, poziom hałasu i zanieczyszczenia i sto procent z odzysku. I że w ogóle jak on śmiał się narodzić, tak wbrew naturze i dobrym obyczajom, ten stary dzieciuch.


#


Idę i idę, i na mój dźwięk ludzie się obracają i patrzą i różne dziwne rzeczy z twarzami wyczyniają. To jest tak jakby ktoś, jakiś potężny ktoś, zebrał do czarnego worka takie galaretowate plamostwory i każdy z tych plamostworów był innego koloru, ten chłodnego a tamten chłodniejszego, i jakby ten bardzo potężny ktoś nagle wyrzucił z tego wora te różnobarwne plamostwory, a one się rozproszyły w powietrzu jak wataha reformujących się ważek, i się wzięły i przylepiły do twarzy tych wszystkich, którzy na mnie się gapią. Tak to właśnie jest. Każda twarz z innego koszmaru.

Jakieś dziecko w środkowej ławce zaczyna beczeć i zawodzić i miotać się i w ogóle znika pod ławką, bo tam bezpiecznie, bo tam mnie nie widać.

Ja pier... co za brzydkie dziecko.

Skąd on się tutaj wziął?

Błyskają flesze. To moja twarz ulegnie naświetleniu i rozpowszechnieniu, w magazynach o ufokach, yetiach, loch nessach i ludziach nietoperzach, ssąco tnących.

Kto go tutaj wpuścił?

Błysk błysk.

Mamo mamo, a co się stało temu chłopczykowi?

Cicho Alberciku.

To chyba jakiś żart? Kim ten karzeł myśli że jest, że niby co on tutaj na pogrzebie robi? Tak się przebrać za jakiego starucha?

Błysk błysk.

Mamo mamo, a co się stało temu chłopczykowi?

Cicho Alberciku.

Niech go ktoś stąd wyprowadzi, to nie bal maskowy jakiś. To pogrzeb, pogrzebowy a nie maskowy.

Błysk błysk.

Mamo mamo, a co się stało temu chłopczykowi?

Cicho bądź Alberciku. Chłopczyk nie dojadał śniadania, no i widzisz jak go wysuszyło.

A mnięsko? Mnięska też nie dojadał? Bo ja mamuś będę, dojadał już będę, tylko nie mnięsko, bo mnięska nie lubię.

Cicho bądź Alberciku. Zwłaszcza mięska, zwłaszcza mięska chłopczyk nie dojadał. Bo widzisz, jakby dojadał, to by jego własne tak brzydko nie gniło.

Mały Albercik popada w płacz i zapada się w cień podławkowy, tam gdzie są jego rówieśnicy i inne rozbeczane, rozmemłane dzieci.


#


Wczłapywuję do salonu. Pełno w nim gości, których można podzielić na trzy uzupełniające się kategorie.

Zjadacze zjadają. To ich główna umiejętność, kto wie, może i jedyna. Ci zjadacze to starzy wyjadacze w podjadaniu. Wiedzą jak robić użytek z własnych ust, zębów, języka, przełyku i soków trawiennych, no więc go robią. Nie są to jednak jacyś tam świeżaki nowicjusze sztuki wchłaniania pokarmów. Oni robią to tak, że nie sprawiają wrażenia zżerania, lecz konwersowania. Tak tak tak. Rozmowa ze zjadaczami jest bardzo pochłaniająca, jeżeli nie dla dyskutanta po drugiej stronie dialogu, to przynajmniej dla pożywienia, które zjadacze demagmyfikują zawzięcie i popadle, ale przede wszystkim zażarcie. Zjadacz widziany z daleka i nawet z półbliska to nie żaden krypto samożywiciel, jak to ich kiedyś określił Pan Okno. Zjadacz z perspektywy chodu ptaka, typu a la kaczka, którą chodząc przypominam ja, to zajadły dyskutant. No bo cała twarz i nie tylko zjadacza obrabia magmę z zassanego pożywienia, no i wystarczy, że taki zjadacz stęknie z wyprzedzeniem trawienia coś w stylu na modłę yhym yhym, i już w doborowym towarzystwie uchodzi za erystokratycznego oratora, już jego pracujące poliki, wargi, język i przełyk zdają się wielowątkowo komunikować, a nie karmę demagmyfikować.

Zjadaczy cechuje żarłoczna gestykulacja. To nie błąd. Nie chodzi o gestykulację ożywioną ani zmartwiałą, ani inną taką jaką. Gestykulacja żarłoczna to język ciała, bo służy ciału. Konkretnie służy zaspokojeniu potrzeb żywieniowych. Gestykulacja żarłoczna to mimochodowe, bo przydarzające się najczęściej w trakcie przemieszczania się, podwędzanie obiektów nadających się do szybkiej, nie zakłócającej konwersacji konsumpcji.

Jedna tylko rzecz zdradza zjadacza widzianego na planie półpełnym, od obwisłego brzucha w górę, i na bliższych planach. Są to uszy. Uszy zjadaczy w trakcie zjadania poruszają się. I to nie poruszają się ot tak flegmowato jak leniwa chorągiewka na spasionym wietrze. One migotają wertykalnie, jak powiedział Pan Okno. Raz są na dole, dwa na górze, raz dwa raz dwa raz dwa. A czasem to nawet trzy i cztery, wtedy kiedy zjadacz, cierpiący na syndrom przeżarcia, walczy z krztuszawicą zachłannościową. Są jednak zjadacze wyjadacze, guru nestorstwa mentorycznego w dziedzinie ezoteryki arkan kunsztownego zajadactwa, znowu Pan Okno, otóż są zjadacze wyjadacze, którzy znaleźli obwodnicę do tego poważnego problemu, jakim są uszy zdradziejki. Ta obwodnica biegnie od potylicy aż po czoło, i ma nazwę pospolitą włosy. Tak. Są to zwykłe włosy, które zakrywają uszy, uszy zdradziejki.

Druga kategoria gości to szeptacze. Szeptacze szeptają. Szeptacie to ci nieprzebrani wybrańcy, którzy opanowali dostępną jedynie nielicznym, niezbyt tajną sztukę zwaną dwumowa. Jedno mówisz na głos, a co innego pod głos, przeszeptywujesz kanałem o niższej głośności i, co za tym idzie, zakresie dostępności. Dwumowa to na dłuższą metę wycieńczający tryb funkcjonowania. Dwumowa psuje magmę, i to nie tylko własną, lecz również napływową, spływającą w trakcie magmyfikacji międzyludzkich. Psuje się dlatego, że słowa wychodzące z ust dwumówcy skierowane są dwukierunkowo, przez co magma, i tak już rozrzedzona bo od wydzielacza oddalona, rozciąga się jak balon napompowany pstrokatymi sprzecznościami. I czasem nawet pęka, ten balon pompkowaty. To pęknięcie objawia się przez ust zamknięcie, przez symulowanie udławienia, na podobieństwo zjadacza naburmuszenia. To ust zasznurowanie, to zaprzestanie wszelkich funkcji szeptanych, zaprzestanie głośnego prawienia nawet w trybie jednomówienia, ma pomóc szeptaczowi pozamiatać rozproszone myśli do kubełka z nazwą koncentracja, po tym jak zdał on sobie sprawę, że przeszeptał komunikat, a ten zamiast trafić tylko do odbiorcy A, uległ nagłośnieniu i propagacji na odbiorców z pozostałego zakresu widma widzialnego i słyszalnego. To Pan Okno, nieodmiennie bełkotwórczy, uściślił podział na zjadaczy i szeptaczy, który to podział wymyśliłem ja.

Ale to nie wszystko. Są jeszcze podpieracze. Zjadacze zjadają. Szeptacze szeptają. A podpieracze, no tak, podpierają. To dzięki nim ściany pokoi, te które są już poważnie przemęczone noszeniem na barkach spiętrzonych pięter i niewiele brakuje, by się z wycieńczenia poprzewracały i z ludzi placki porobiły, to dzięki podpieraczom te blade i zmęczone ściany mogą odetchnąć i odsapnąć, bo oto podpieracze je podeprą. U nas w domu nie ma spiętrzonych pięter, jest tylko jedno i niezbyt spiętrzone. U nas w domu ściany nie są blade ze zmęczenia, nie pękają jeszcze, dają radę. Ale podpieracze i tak są, i dzielnie pracują. I obserwują, bo to podpieraczy zadanie poboczne, nie podstawowe, ale bez wątpienia podścienne. Podpieracze dbają, by każde, najdrobniejsze nawet potknięcie towarzyskie nie uszło ich uwadze, nie uciekło, tym bardziej. Wychodzą oni z założenia, że skoro gość ten lub tamten zadał sobie aż tyle trudu, by się potknąć, i do tego towarzysko, to wobec tego byłoby nietaktem ze strony podpieraczy, gdyby nie zarejestrowali tego potknięcia i nie przekazali potomnym, tak aby świat nie zapomniał o czynach tych, którzy się potknęli, a właściwie tylko potknięć, bo potknięcie to taki punkt kulminacyjny zbłaźnienia, coś nie do zamknięcia w szafie zapomnienia. Podpieracze, dzielnie podpierając ściany, o czym świadczy ich pełen wysiłku, sztuczny uśmiech, doskonale zdają sobie sprawę z rangi wydarzenia historycznego, jakim jest potknięcie gościa, tego czy tamtego, towarzyskie. Dlatego podpieracze do końca zostają podpieraczami i nie zakłócają integralności śmieszności będącej udziałem potykaczy. Zresztą, jak mieliby zakłócić, są przecież podpieraczami, ściany podpierać muszą.


#


Adrianie?

Tak, Panie Okno?

Dlaczego cienie upadają?

Przecież wiesz lepiej niż ja, Panie Okno. Cienie upadają tam, gdzie nie chce upaść słońce.

Ale dlaczego? Dlaczego cienie upadają?

Tak, jak twój cień pada na tatę?

Tak. Tak jak upadają anioły, które muszą upaść.

No cóż, Panie Okno. Cienie już tak mają, że upadają.

Wszystkie cienie muszą kiedyś upaść?

Wszystkie.

A ważki, Adrianie?

Ważki co, Panie Okno?

No, czy ich cienie muszą upaść? Ważki są przecież takie małe i ruchliwe, ich cienie nie mogą być zbyt ciężkie.

Wszystkie cienie upadają.

Cisza.

Czy naprawdę musisz dzisiaj umrzeć, Adrianie?

Wszystkie cienie upadają.

Mój nie leży. Stoi. Razem z tatą.

Tak, Panie Okno. Twój cień nie leży. I nigdy nie upadnie.

Dlaczego, Adrianie? Dlaczego mój cień jest inny?

Nie wiem, Panie Okno.

Pan Okno zbliża się do taty, który leży w postawionej trumnie. Cień Pana Okno stoi razem z tatą dopóty, dopóki Pan Okno nie przykryje trumny wiekiem. Wieko jest tak czarne, że wszystkie cienie umierają w jego toni.

-----

Pozdrawiam,

Artur

[ Dodano: Czw 10 Wrz, 2009 ]
Dodam tylko, że powieść napisana została z zastosowaniem techniki strumienia świadomości, stąd odstępstwa od zasad interpunkcji i brak myślników w dialogach. Dla mnie pisanie w pewnym sensie jest muzyką duszy. Z zasady jestem zwolennikiem minimalizmu interpunkcyjnego, co jednym odpowiada a innym nie. Miłej lektury życzę.

Pzdr

Artur

[ Dodano: Pią 11 Wrz, 2009 ]
Uwaga tekst do weryfikacji zawiera wulgaryzmy.

[ Dodano: Sob 12 Wrz, 2009 ]
Ponad 60 odsłon i 0 odpowiedzi. Czy naprawdę nikt nie miał zastrzeżeń do tekstu, czy też może nikomu nie udało się przezeń przebrnąć?

Pzdr



Awatar użytkownika
Maladrill
Umysł pisarza
Posty: 904
Rejestracja: wt 19 maja 2009, 20:38
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kazimierz k. Krakowa
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Maladrill » pn 14 wrz 2009, 11:59

Przeczytałem mniej więcej do połowy. Mnóstwo bardzo trafnych spostrzeżeń na temat rzeczywistości, można uzbierać ich dziesiątki. Tylko komu się będzie chciało. Przyznam szczerze, że choć czytam wszystko co mi się pod rękę nawinie, to tutaj musiałem się poddać.

A potem siadłem i zacząłem się zastanawiać co Ci napisać. Nie było to proste i po dłuższym namyśle doszedłem do następującego wniosku:
Szkoda. Cholerna szkoda, że postanowiłeś gmerać przy formie. Gdybyś napisał to w formie spójnej narracji pierwszoosobowej, nawet z pewnymi infantylizmami wynikającymi z wieku bohatera, gdybyś potraktował interpunkcję jako jeden z bardzo istotnych elementów utworu, mogłoby się okazać, że masz czytelnikowi bardzo wiele do powiedzenia.

Wyobraź sobie kogoś, kto szuka w życiu nie tylko lekkiej rozrywki. Pomyśl też, czy treści, które chcesz przekazać są łatwe w odbiorze. A teraz odpowiedz sobie na pytanie, czy ten hipotetyczny czytelnik chciałby poznać przedstawione przez Ciebie przemyślenia? Odpowiedź brzmi tak? Też tak myślę. A teraz powiedz mi, bo jestem jedną z takich osób, dlaczego nie chcesz opowiedzieć mi o ważnych i trudnych rzeczach w sposób ciekawy, nawet bardzo złożony, ale w przystępnej formie?

Przeczytanie połowy tekstu - dwudziestu kilku tysięcy znaków - zajęło zajęło mi wielokrotnie więcej czasu niż takiej samej objętości np. Moby Dicka (ten przykład dałem, bo Melvilla czytałem dość powoli. Jeśli znasz, to wiesz dlaczego). A przyjemność podczas czytania była wielokrotnie mniejsza. Dlaczego? Bo nie sposób dostosować się do Twojej gramatyki, Twojej interpunkcji i siedzieć w Twoim strumieniu świadomości. Jesteś dobrym obserwatorem - to mogę stwierdzić w oparciu o przemyślenia które serwujesz ustami bohatera. Ale sprzedajesz to w takiej formie, że męczysz czytelnika bardziej niźliby tego wymagała złożoność przekazu.

A więc podsumowując:
Sama treść, znaczenie, które przedstawiasz bardzo do mnie trafia, natomiast sposób w jaki do mnie przemawiasz zniechęca mnie do zapoznania się z resztą.

Szkoda.



Awatar użytkownika
mandi
Kmiotek
Posty: 9
Rejestracja: czw 10 wrz 2009, 11:28
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: mandi » pn 14 wrz 2009, 17:59

Maladrill - wielkie dzięki za recenzję. Czy mógłbyś mi powiedzieć, co Ci sprawiało największą trudność w trakcie czytania? Interpunkcja? Podejrzewałem, że brak znaków przestankowych może utrudnić odbiór, ale nie aż tak. Jak sądzisz, czy poprawienie interpunkcji wystarczy, czy też lepiej dać sobie spokój? A może ktoś jeszcze pokusi się o recenzję?



Awatar użytkownika
Weber
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 3233
Rejestracja: pt 20 paź 2006, 16:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wielkopolska
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Weber » wt 22 gru 2009, 12:16

To opowiadanie jest dla mnie... Nie wiem jak to określić.
Z jednej strony całkiem ciekawe, z drugiej zaś męczące i nużące.

Momentami wyglądało to na przypadkową paplaninę, bez żadnego wpływu na fabułę, bez przekazu. Innym razem wyraźnie rysował się przekaz.
Wyłapywanie tych drugich momentów jest nieco męczące, bo trzeba się przebić przez nudnawą część.

"Strumień świadomości" jak to nazwałeś nie przypadł mi do gustu. Wole teksty z interpunkcją stosowaną według zasad.


Po to upadamy żeby powstać.

Piszesz? Lepiej poszukaj sobie czegoś na skołatane nerwy.

Awatar użytkownika
mandi
Kmiotek
Posty: 9
Rejestracja: czw 10 wrz 2009, 11:28
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: mandi » ndz 27 gru 2009, 21:07

Witam,
umieszczone na forum teksty stanowią jedynie fragmenty większej całości, stąd zapewne trudność w dopatrzeniu się sensu i jasnego przekazu.

Pozdrawiam,
Artur



Awatar użytkownika
Goya
Zarodek pisarza
Posty: 22
Rejestracja: wt 22 gru 2009, 18:44
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Goya » pn 28 gru 2009, 23:58

Mam mieszane uczucia i mentlik w głowie. Nie podoba mi się ten „strumień świadomości”.
Zasady pisowni, które tyle lat tłuczono mi do głowy powodują, że co chwila zapala się czerwona żaróweczka. To bardzo irytujące i bardzo przeszkadza w odbiorze.

Fabuła zachęciłaby mnie do sięgnięcia po całość, ale kiedy spojrzę na formę to zaczynam się zastanawiać. Moim skromnym zdaniem pisanie o rzeczach trudnych w trudny sposób ze sobą nie współgra. W tej muzyce jest wiele zgrzytów i zdaje się mi, że to istna kakofonia.

Na koniec coś na osłodę:
Wychodzimy na zewnątrz. Słońce jeszcze nie do końca wstało i nadal ma schowaną te swoją czerwoną buzię pod pierzyną z mlecznego horyzontu. Nawet jak wstanie to nie będzie wysokie ani specjalnie jasne, to zaspane słońce. Nadchodzi jesień a jesienią słońce dostaje garba i chodzi se po niebie z lewej w prawo, coraz to bardziej i bardziej schylone. Dni stają się coraz krótsze, aż w końcu pewnego dnia słońce już nie wstanie, tylko się będzie tulić przed zimnem pod kołdrą ze śnieżnej mgły.

Coś mnie ujęło w tym fragmencie i chociaż jest parę rzeczy, które bym zmieniła, to jednak ten opis działa mi na wyobraźnię.

Pozdrawiam,
G.


Głębokie są tylko uczucia, które się ukrywa. Stąd siła uczuć podłych.
Emil Cioran

Awatar użytkownika
mandi
Kmiotek
Posty: 9
Rejestracja: czw 10 wrz 2009, 11:28
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: mandi » wt 27 gru 2011, 17:14

Dziękuję za wszystkie odpowiedzi i przepraszam za zwłokę w odpowiedzi. Wszystkie uwagi są niezmiernie cenne!




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości