Policjant

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
MAREL
Pisarz osiedlowy
Posty: 290
Rejestracja: wt 02 cze 2009, 01:52
OSTRZEŻENIA: 2
Płeć: Kobieta

Policjant

Postautor: MAREL » pn 14 wrz 2009, 11:35

Tekst zawiera wulgaryzmy i jest przeznaczony wyłącznie dla dorosłych.


Rozdział II


# Kompania #



Autobusem rzucało, trzęsło i szarpało. Siedziałem w lewym rzędzie, patrząc od strony kierowcy. Prawie na końcu, przy oknie. Piąta czterdzieści rano. Początek kwietnia. Szyby zaparowane, ogrzewanie nie działa. Wtulam się we własne ramiona, twarz zakrywam kurtką. Pachnie moją dziewczyną. Będę spał i śnił.
Mamo, niedobrze mi - podnoszę głowę, obracam do tyłu. Faktycznie, mała nie wygląda najlepiej. Szybko rozpakowuję jednorazówkę z kanapek i podaję lekko spanikowanej kobiecie. Matce zapewne.
Dziękuję panu – proszę bardzo. Najważniejsze, dotrę do celu suchy i pachnący:
Komenda Wojewódzka Policji w K. Wydział Kadr i Szkolenia.
Informujemy, że szkolenie podstawowe funkcjonariuszy przyjętych do służby rozpocznie się w dniu trzeciego kwietnia o godz. 8.00 w Ośrodku Szkolenia Policji w P. Kandydaci powinni stawić się drugiego kwietnia, do godziny 19.00 w jednostce przy ul. Warcisława 134. Kompania trzecia. Batalion centralnego podporządkowania. Ponieważ szkolenie odbywać się będzie w trybie skoszarowanym, należy zabrać ze sobą rzeczy osobiste, książeczkę zdrowia, legitymację służbową.
Pochodzę z małej mieściny. Starzy ledwo wiążą koniec z końcem. W życiu mogę zostać złodziejem albo mundurowym, tak jak „moja” słusznie przewidziała. Nie nadaję się na strażaka, bo mnie to nie jara. Do szwejów też bluesa nie czuję. Szansa odrobienia woja w policji jest dla mnie okazją jakich mało. Kto by pomyślał, że zostanę psem na całe życie?
Do Z dojechałem cały i zdrowy. Reklamówka się przydała o czym świadczyły odgłosy, których nikt dobrowolnie nie chce słuchać. Byłem małomiasteczkowym twardzielem. Nie brzydziłem się krwi, podeszwy z gówna obcierałem bez zatykania nosa, a jak mnie kiedyś lekarz zszywał, nie odwracałem głowy.
Dworzec PKP, siódma rano. Przesiadam się do pociągu. Kupuję bilet zniżkowy, dla funkcjonariuszy policji. Teoretycznie jestem gliniarzem od dwóch dni. Druga klasa, pośpieszny. Dla niepalących. Ruszamy. Przede mną osiem godzin po torach. Pojęcia nie mam, kto wymyślił, żeby ludzi z jednego końca Polski wysyłać na drugi, bo chcą służyć ojczyźnie. Na szczęście mniej trzęsie, szarpie i podrzuca. Zasypiam dość szybko.
- Halo! Proszę pana! - ktoś szarpie mnie w najmniej odpowiedniej chwili. Otwieram leniwie oczy. Konduktor. Podaję bilet, ale widzę, że czeka na coś jeszcze. Faktycznie! Legitymacja służbowa.
- Proszę – w kadrach wyraźnie mi powiedziano. Dokumentu nie oddawać nikomu. Nawet do potrzymania. Mogę jedynie okazać. Nic więcej. Za utratę - postępowanie dyscyplinarne.
- A, funkcjonariusz. Dwa przedziały wcześniej również jedzie policjant w cywilu. Macie jakąś akcję? - Mówi ciszej rozglądając się na boki. Milczę i to mu wystarcza. Idzie dalej, a ja ruszam w misję. Może poznam jakiegoś kola? Razem będzie raźniej. Rzeczywiście, spotykam pasażera w moim wieku, z mnóstwem bagaży. Krótka wymiana zdań. Tak poznaję Zmitka. Dwumetrowego Hero, z którym nie raz i nie dwa wychodziliśmy z sytuacji, wydawałoby się bez szans na zwycięstwo. Podróż mija szybko i przyjemnie. Opowiadamy o sobie, żartujemy, obaj nie możemy się doczekać, co dalej na kompanii. Do batalionu docieramy późnym wieczorem.
Najpierw wartownia.
- Czego? - Niewiele starszy od nas, ale już z „ tygodniowym” doświadczeniem wartownik mierzy obu nowych drwiącym spojrzeniem. Pokazujemy pisma.
- A! Koty z trzeciej kompanii. - Od początku się nie polubiliśmy. Wskazał nam drogę. Weszliśmy do budynku, po schodach na piętro. Korytarz. Zza biurka podrywa się służba dyżurna kompanii. Ponownie w ruch idą pisma. Dyżurny łapie szary telefon. Wykręca numer.
- Panie sierżancie, melduje się Wąsik. Dwóch nowych – milczy chwilę – tak jest – kończy rozmowę, odkłada słuchawkę.
Macie czekać, zaraz przyjdzie szef – zaczynamy rozmawiać. Dowiaduję się, że Czarek, tak ma na imię nasz nowy znajomy przyjechał już w południe, jako pierwszy z nowych. Od razu dostał dwudziestoczterogodzinny dyżur na pustej jeszcze, martwej kompanii. Oprowadza nas po pokojach, prysznicach i ubikacjach. Powiem szczerze. Świnie mojej babci mają ładniej. Mnie to nie przeszkadza, wychowywałem się na wsi. Z zielonego, zagrzybionego tynku, co rusz odpada kawałek ściany. Sufit jak po strzelaninie. Na ziemi, pod prysznicami ustawiono drewniane kiedyś palety. Postawienie tu gołej stopy z pewnością zaprowadzi każdego do dermatologa czy chirurga. Albo grzyb albo złamanie. Kible są jeszcze lepsze. Efekt piorunujący robią na nas sedesy i otoczenie. Tak, jakby kupa chłopa korzystała z nich przez dzień, a potem zamiast spuszczać wodę, ktoś wrzucił granat ćwiczebny i szczelnie zamknął drzwi. Na pocieszenie wchodzimy do umywalni. Po trzy zlewy w każdym rzędzie. Razem sześć miejsc do mycia, dwa sracze i dwa prysznice na, mniej więcej sześćdziesięciu chłopa. Biorąc pod uwagę, że Polska od roku jest w unii europejskiej – rewelacja. Pokoje, minus osiemnaście gwiazdek. Po pierwsze, wszystkie zakratowane. Łóżka metalowe, dwupoziomowe. Jak koleś z góry zmoczy, porzyga albo osmarka się w nadmiarze w czasie snu, ten z dołu odczuje to na własnej skórze. Podobnie z pierdzeniem. Szafy również metalowe, porysowane, pordzewiałe. Żeby położyć cokolwiek, należałoby je najpierw zdezynfekować ogniem i wypalić. Nie ma czasu ani pieniędzy więc wszyscy kładliśmy później najpierw gazety, a potem ciuchy. Najtaniej wychodziła „ Wyborcza” i „ Nie”. Stół, dla odmiany...... także metalowy. Brak słów i powietrza. Co tu tak śmierdzi? Regulacja kaloryferów zapieczona na amen. Na szczęście nikt nie wpadł na pomysł zawieszenia krzyża nad wejściem. Szare ściany, szare meble, szara podłoga. W mordę jeża. Przychodzi szef kompanii. Sierżant sztabowy, zawodowy. W służbie od osiemnastu lat. Fajny gość. Możemy sobie ze Zmitkiem wybrać pokój. Naturalnie ładujemy się do Czarka. Zaczynamy się rozpakowywać, kiedy docierają kolejni. Słychać żarty, powitania i przekleństwa. Jednym słowem sielanka. Trzecia kompania batalionu centralnego podporządkowania ożywa.
W naszym pokoju wylądowało ośmiu chłopa. Obcych sobie, nowych i lekko zagubionych. Od rana stanowimy drugą drużynę, pierwszego plutonu. Teraz jesteśmy zmęczeni, szybko zasypiamy, na zawieranie znajomości przyjdzie jeszcze czas. Idę spać. Dobranoc...
Noc. Pełnia księżyca. Na pewno jest około minus dziesięciu stopni. Razem z dwoma kolegami wybraliśmy się na wiejską potańcówkę. Pochodzimy wszyscy z niewielkiego miasteczka, oddalonego kilka kilometrów od tej wioski. Miejscowi już od samego początku nas obserwują. Mamy jednak siano we łbie, bo nie potrafimy przewidzieć konsekwencji tego zainteresowania. Kiedy kolega wychodzi na zewnątrz świetlicy, na papieroska, idzie za nim kilku miejscowych. Długo nie wraca, więc we dwóch idziemy go szukać. Nie musimy. Sami nas znaleźli. Widzę jak nasz palacz otrzymuje wspaniały cios sztachetą w samą łepetynę. Deska pokaźnych rozmiarów była do tej pory elementem ogrodzenia, przyległego do wiejskiego ośrodka kultury. Za sprawą miejscowego małpoluda wyhodowanego na burakach, zmieniła swoje zastosowanie, na wiejską maczetę - zresztą z powodzeniem. Śnieg wokół uderzonego kolegi zabarwia się na czerwono. Nie ma lewego policzka. Jak później się dowiedziałem, deska miała na końcu gwóźdź, który zmasakrował mu polik. Obecnie nie ma czasu na pierwszą pomoc przedmedyczną. Burak rzuca się z rykiem na nas dwóch, za nim pozostali wieśniacy. Sztacheta wiruje w powietrzu. Nic tu po nas. Dajemy nogę, wszyscy. Gnamy na przełaj po zaśnieżonych polach, jakieś krzaki, dolinka, młodnik. Zgubiliśmy pościg. Kładziemy sobie śnieg na twarzach. Szczególnie koledze to pomaga. Co teraz? Szpital! Rejonowy jest odległy o kilka kilometrów. Idziemy wielkim zakolem zbliżając się do drogi. Raczej ją wyczuwamy niż poznajemy. Jezdnia nie ma żadnej kategorii. Odśnieży ją dopiero ocieplenie. Jesteśmy już porządnie zmęczeni. Dochodzi druga w nocy. Kolega za sprawą okładów śniegu przestaje krwawić. Nikt nas nie goni. Jest dobrze. Mogłoby być jeszcze lepiej. Jak? A tak, że na tej wiejskiej, zasypanej śniegiem, zapomnianej przez Boga i ludzi drodze złapalibyśmy okazję. Jaką? A taką która aktualnie wyjeżdża zza leśnego zakrętu i powoli się do nas zbliża. Machamy? Oczywiście! O proszę zatrzymuje się. Volkswagen Golf, popularna jedynka, kultowy samochód. Z przodu białe tablice rejestracyjne, bo zasypane śniegiem. Autko jest dwudrzwiowe, kieruje sympatyczny koleś, z boku fajna brunetka. Oczywiście podwiozą nas trzech, nie ma sprawy. Jest jednak małe ale. Nie jadą tam gdzie my chcielibyśmy, tylko w innym kierunku, do miasta sąsiedniego, kilkanaście kilometrów dalej. Tam też jest szpital, a kolega nie wygląda najlepiej. Teraz albo nigdy - jedziemy. Kierowca i pasażerka wysiadają, żeby odchylić siedzenia i przepuścić nas do środka. Przechodzę z tyłu samochodu i widzę, że blachy są naprawdę białe, to znaczy niemieckie. Dla mnie bomba. Wsiadamy, ruszamy, jedziemy. Po drodze rozmawiamy o wszystkim i o niczym, gra muzyka z fajnego radyjka. Pytamy się czy obcokrajowcy mówiący po polsku zawsze zatrzymują się na takich drogach w nocy, widząc autostopowiczów. Chłopak i dziewczyna parskają śmiechem. Jedziemy nawet bardzo ostrożnie. Czas szybko mija przy fajnych przebojach. Chyba się trochę zdrzemnąłem. Obudziły mnie stęki rannego kolegi. Po pierwsze alkohol przestał działać jako znieczulenie, po drugie ciepło w samochodzie zrobiło swoje. Policzek zaczyna krwawić. Brunetka obraca się do tyłu i podaje mu z uśmiechem kilka chusteczek papierowych. Mówimy, że nie, dziękujemy, zaraz będziemy w szpitalu, to już niedaleko, pani sama zobaczy, o tam z przodu widać światła zbliżającego się miasteczka. Pani obraca się do przodu i mówi z uśmiechem do Rysia, bo tak ma na imię nasz kierowca, że widzi miasteczko. Ale, ale, widać coś jeszcze. Wszyscy jednocześnie nachylamy się do przodu. Co to tak odbija się tam z boku? Patrzę, patrzę i oddycham z ulgą. To policyjny radiowóz. Ryszard też patrzy i patrzy i wypatrzył - Pały! - Krzyczy. Czuję, że auto raptownie hamuje, zawracamy na ręcznym około stu metrów przed policją. Zarzuca naszą trójkę z tyłu na siebie. Półprzytomny z bólu kolega pyta dlaczego nie jedziemy dalej. Porąbało was, to auto jest kradzione - odpowiada Rysiu już bez śmiechu. Ja pierdzielę! Oglądam się do tyłu i widzę zbliżające się do nas niebieskie ufo. Rysiu też to zauważył, redukuje biegi i zaczyna się! Całe szczęście, że regularnie się wypróżniam. Pociągam nosem i czuję, że komuś puszczają jednak gazy. Wchodzimy w zakręty jak szaleni. Ranny jęczy i bierze chusteczki, przykłada do policzka. Natychmiast robią się czerwone. Za nami coraz bliżej słychać - io, io, io. Ryszard skręca w polną ścieżkę i potem w leśny dukt. Ledwo jedziemy. Golf ma przedni napęd i teraz widać jego zalety. Nie wiem jak mu pomóc zgubić pościg. Robię co mogę - W imię ojca i syna i ducha świętego - io, io, io - ojcze któryś jest w niebie - io, io, io - módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci naszej - io, io, io - amen. Oczyma wyobraźni widzę siebie za kratami. Nikt nam przecież, pijanym nie uwierzy. Co z pracą, złożyłem papiery do firmy, która mnie teraz goni. Oglądam się, cisza, spokój. Nareszcie. Mówimy Rysiowi, że bardzo dziękujemy, my wysiadamy. Rysiu to rozumie - baby z wozu koniom lżej. Zatrzymuje auto i wysiada, podnosi fotel. Jestem jedną nogą na zewnątrz. W golfie chodzi silnik i wentylator. Io, io, io - odzywa się nagle za nami kilkadziesiąt metrów. Chłopaki jechali za nami bez świateł. Nikt nie wsiada, rozbiegamy się na wszystkie kierunki. Biegnę. Byle dalej, szybciej. Później leżę w śniegu i nasłuchuję. Nikt nas nie goni. Do domu wracam, kiedy świta. Jestem siny z zimna i strachu. Do dzisiaj nie wiem kto nas wiózł i co się z nimi stało. Rysiek nie tylko był złodziejem samochodów ale bardzo dobrym kierowcą. Ranny kolega rano trafił do miejscowego szpitala z dużą gorączką i zlepionymi na amen z raną chusteczkami. Po oczyszczeniu, zaszyciu i zbiciu temperatury wrócił do domu. Trzeci z nas, bez dalszych przygód, po najdłuższej nieobecności, także zawitał u własnego progu... - Obudziłem się zlany potem. Rozglądam. Jestem w szarym pokoju, na metalowym łóżku. To nie więzienie,uff! Patrzę na zegarek, za osiem minut piąta. Pozostała część drużynki smacznie śpi. Wstaję, szoruję do kibla, dosłownie trąc kapciami o podłogę. Ten odgłos będzie mnie zresztą prześladował przez całą służbę w Bcp-ie.

- Druga drużyna pierwszego plutonu do sprzątania rejonu! – ryk z korytarza dociera do naszego pokoju, szaf, pod łóżka. Przelatuje przez otwarte okna i kręci się po chodniku. Przechodzący ludzie, śpieszący zapewne do pracy – przecież jest szósta rano – podnoszą głowy, rozglądając się wokół. Nie, to nie do was. Idźcie sobie spokojnie do swoich biur i fabryk, a jak wam przyjdzie do głowy zrobić rewolucję albo coś takiego, wtedy rzucimy szczotki, ścierki i wiaderka. Przyjedziemy okratowaną suką i wpierdolimy każdemu, kto nie zna hasła operacji, długimi, szturmowymi pałami. Ło.
- O żesz taka jego mać – z kibla szybkim krokiem wychodzi Zmitek. Na twarzy resztka pasty do zębów, oszczane majtki, znaczy zdenerwowany, lepiej nie wchodzić mu w drogę.
- Mało się nie zabiłem – zaczyna opowieść porannego prysznica w kompanijnej umywalni, która mogłaby robić za laboratorium dr Jekyla i mr Heyda.
Słuchamy wszyscy, zapominając o rejonach. Oprócz mnie i Zmitka, sześciu chłopów.
Piotrek były wojskowy. Pogranicznik z poboru. Średniego wzrostu, przeciętnie wygadany, niczym się nie wyróżnia.
Gerard pracował wcześniej w piekarni, ale wkurzało go wszystko. Począwszy od szefa, na baniaku z mlekiem kończąc.
Jacek, kiedyś pracownik taboru naprawczego PKP, jeździł drezyną reperując podkłady i trakcję.
Marek ledwo co skończył liceum ogólnokształcące. Właśnie ucieka przed wojskiem i poborem.
Grześ, synalek oficera z KWP. Próbuje lekko szpanować, ale czuć w powietrzu, że będziemy go jedynie znosić z konieczności, na nic więcej nie ma prawa liczyć. Tym bardziej, że nie kryje się ze swoją protekcją. Straszny typ człowieka. Mówi, że przyszedł do policji napierdalać i karać ludzi, bo to bydło jest.
Paweł, dziwny chłopak. Wiecznie zamyślony, jakby nieobecny. Nie wiem czy to przez własną dumę, „noszenie” się wobec innych, a może przez problemy osobiste. Nie stara się nikomu imponować, unika rozmów, nie widziałem na jego twarzy uśmiechu.

Część drużynki siedzi na górnych łóżkach, machając nogami w powietrzu. Reszta na metalowo-pleksowych taboretach przy równie dennym stoliku. Zmitek dochodzi właśnie do momentu, gdy wspina się po końcówkę prysznica, a obślizły, zagrzybiony i zielony podest umyka mu spod nóg.
- … no i wtedy… - z hukiem otwierają się drzwi. Do pokoju „wpływa” dowódca kompanii, sierżant sztabowy K, ale o tym dowiadujemy się później. Nikt z nas nie reaguje, jedynie olbrzym spogląda na intruza z lekką dezaprobatą, że ktoś śmie przeszkadzać. Nowy rozgląda się, nabiera powietrza, czerwienieje na twarzy. Coś jest nie tak. Powoli dociera, że musi być kimś. Jeden z drugim wstaje, schodzi z łóżka, ale okazuje się, że to wszystko mało.
- Kurwa! Gdzie wy jesteście! To cyrk czy policja!? Nauczę was dyscypliny! Wiecie kim jestem? – skąd do cholery mamy wiedzieć? Okazuje się, że powinniśmy znać dowódcę naszej kompanii, który na dzień dobry otrzymuje od nas ksywkę „ Adolf”. Jest niskim, krzykliwym gamoniem, którego musimy słuchać. W „ nagrodę” drużyna otrzymuje najgorszy z możliwych rejonów do sprzątania i to przez miesiąc, a nie na tydzień. Kara jest okropna, nieludzka i sadystyczna. Wychodzimy na zewnętrzny teren jednostki. Przyległe chodniki, parking samochodowy i śmietniki należą do nas przez trzydzieści dni. To jeszcze pikuś jest. Mamy na sobie zielone mora z napisem Policja. Czarne obuwie nad kostki. Jesteśmy bez pasów, bo nie wolno. To też można przełknąć. W rękach mamy drewniane miotły z wiechciami z krzaków, jak dla czarownic. Plastikowe kubły na śmieci i szerokie szufle do zgarniania petów. Srał to pies, nie z takimi gadżetami się między ludzi szło. Ale to, co naprawdę boli, jest nie do przełknięcia i zaakceptowania. Co razi mą i nie tylko, dumę, honor i męskość, nazywa się Żeński Internat i stoi po drugiej stronie ulicy. Wszystkie, ale to dosłownie, każda laska patrzy na nas z drwiną i politowaniem. Jestem młody i głupi. Po czasie odkrywam, że jest to klucz do sukcesu właśnie. Jak na razie cierpię. Wszyscy cierpimy. „Naszym” rejonem przechodzą uczennice, studentki do Wydziału Humanistycznego i Liceum Ogólnokształcącego, mieszczących się tuż za rogiem. Jeśli dodam, że idą tędy także ludzie z pobliskiego dworca PKP, w tzw. miasto, a wśród nich moi rówieśnicy, ładnie ubrani i kpiący, to nie pytajcie policjanta, dlaczego tak chętnie leje ludzi. Póki co zamiatamy, zgarniamy i wyrzucamy wszystko, co brudne i śmierdzące.
Sprzątanie rejonu trwa pół godziny. Do szóstej trzydzieści. Wracamy pokonani, zdołowani i obśmiani. Jesteśmy gotowi do pacyfikacji każdego miejsca, a Zmitka wprost roznosi, żeby komuś przyjebać. Porzucamy sprzęt, myjemy ręce i już pada komanda do zbiórki na śniadanie. Druga drużyna dociera ostatnia na stołówkę – mieliśmy najbardziej chujowy rejon świata – i tylko dzięki sile i zdeterminowaniu naszego mocarza przebijamy się w kolejce do przodu. Utykamy mniej więcej w połowie, zaraz za trzecią drużyną, mającą w swoim składzie kompanijnego pisarza i dwóch Hero. Tutaj nawet Grzesiu- plecak i Zmietek- mocarz nie pomogą. To nic. Jajecznicę jemy lekko ciepłą, a nie zimną. W kolejce staliśmy dziesięć minut, a nie dwadzieścia. Do stolika siadamy wszyscy razem. Stanowimy jedność, zrastamy się. Poznajemy. Dobre te jajka. Smakują lepiej niż w domu. Śmiejemy się, żartujemy. Sprośnie, wulgarnie. Rozmawiamy o dupach i chłoptasiach, których widzieliśmy podczas sprzątania. Tamta fajna, ta niezła była. Ten troll, tamten chuj jebany musiał być. Niech tylko nam w łapy wpadną na zadymie…
Zaczynam lubić policję.
[/code]



Awatar użytkownika
Maladrill
Umysł pisarza
Posty: 904
Rejestracja: wt 19 maja 2009, 20:38
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kazimierz k. Krakowa
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Maladrill » czw 17 wrz 2009, 18:51

Parę literówek jest, a poza tym... W zasadzie Twój styl już znam, nawet dobrze, więc pewnie rozpoznałbym "po omacku" tę surowość przeplataną setkami spostrzeżeń. Chwilami zastanawiam się w jaki sposób udaje Ci się zapamiętać/wymyślić takie ilości szczególików. Gdyby nie one byłby to kawałek nudnego opisu pierwszych dni w policji jakiegoś gościa. Jednak dzięki Twojemu darowi obserwacji tekst bardzo ciągnie, wciągasz czytelnika w swoją opowieść. Nie każdemu się to musi podobać, ale ja przepadam za taką narracją. Mam wtedy świadomość, że ten, który to pisał nie lezie przez życie gapiąc się jak krowa, tylko obserwuje, wyciąga wnioski i przepuszcza wszystko przez ogan zwany niekiedy mózgiem.

Na koniec uwaga. Jeśli to fragment powieści, którą chcesz kiedyś wydać to odradzam Ci publikowanie na forach dalszych części. Nie da się ukryć, że tekst wymaga doszlifowania, korekty, ale te detale wychwycisz sam lub z pomocą profesjonalisty. Jak za wiele pokażesz w sieci, to zamkniesz sobie drogę do publikacji.
Pozdr



Awatar użytkownika
MAREL
Pisarz osiedlowy
Posty: 290
Rejestracja: wt 02 cze 2009, 01:52
OSTRZEŻENIA: 2
Płeć: Kobieta

Postautor: MAREL » czw 17 wrz 2009, 20:11

Maladrill, w powieści Policjant nie będzie ni krzty znanych wszystkim " akcji " z telewizji i gazet, tylko surowa historia gościa, który został gliniarzem z różnych powodów. Takiego z samych dołów, wsi zabitej dechami, a skończył....... no właśnie. Jak? Ponownie przyznam Ci rację. Koniec z fragmentami Policjanta.



Awatar użytkownika
Maladrill
Umysł pisarza
Posty: 904
Rejestracja: wt 19 maja 2009, 20:38
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kazimierz k. Krakowa
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Maladrill » czw 17 wrz 2009, 20:32

Wiesz, mi się podoba Twój styl i chętnie przeczytam tę powieść jak ją skończysz. Jeśli zaciekawiło mnie to sczytywane z ekranu telefonu w tramwaju (beznadziejny sposób czytania), to w postaci książki powinienem być naprawdę ukontentowany.
Naprawdę szczerze życzę Ci powodzenia.



Awatar użytkownika
Revis
Pisarz
Pisarz
Posty: 498
Rejestracja: czw 09 kwie 2009, 11:55
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Olsztyn/Gdynia
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: Revis » śr 28 paź 2009, 11:59

Mamo, niedobrze mi - podnoszę głowę, obracam do tyłu. Faktycznie, mała nie wygląda najlepiej. Szybko rozpakowuję jednorazówkę z kanapek i podaję lekko spanikowanej kobiecie. Matce zapewne.
Dziękuję panu – proszę bardzo. Najważniejsze, dotrę do celu suchy i pachnący:
Komenda Wojewódzka Policji w K. Wydział Kadr i Szkolenia.

Nie tak zapisuje się dialogi. W pewnym momencie nie miałem pojęcia, co się dzieje i kto, co mówi.
w dniu trzeciego kwietnia

Błąd. Podstawowy.
z gówna obcierałem bez zatykania

Raczej „wycierałem”. Wyraz, który użyłeś, ma trochę inne znaczenie. ,
a jak mnie kiedyś lekarz zszywał, nie odwracałem głowy.

Twardziel.
Dowiaduję się, że Czarek, tak ma na imię nasz nowy znajomy przyjechał już w południe, jako pierwszy z nowych.

dyżur na pustej jeszcze, martwej kompanii.

Mało plastycznie. W ogóle bym wyrzucił to „jeszcze”. Cały szyk psuje.
Na ziemi, pod prysznicami ustawiono drewniane kiedyś palety.

Kiedyś palety, a teraz co? Źle skonstruowane zdanie.
O żesz taka jego mać

Po pierwsze; policjanci klną jak kibole. Wybacz, ale nie pasuje i robi się sztucznie.
Po drugie; zero emocji w wypowiadanym zdaniu, a przecież gość był zdenerwowany. Jakiś wykrzyknij moim zdaniem by się przydał.
i już pada komanda do zbiórki

Literówka.


Nie jest źle, chociaż mi się nie podobało. Po prostu suche opisy i krótkie zdania do mnie nie przemawiają. Chyba jedyny człowiek, który w ten sposób do mnie przemówił to Krzysztof Varga i jego książka "Tequila".
Styl masz specyficzny, chociaż nie jest szczególny. Po prostu mało osób w ten sposób pisze - jest dosyć trudno i może wyjść bezuczuciowa kicha. I na Twoim miejscu bym uważał. O ile tutaj wyszło dosyć sprawnie, tak zbliżyć się do granicy kichy możesz, dodając kilka suchych i krótkich zdań.
Historię opowiadasz obrazowo, a przede wszystkim ciekawie. Wplatasz czasy przeszłe bohatera w opowieść, którą prowadzi teraz. Ładnie. Wykonanie ładne, bo sama historia nudna, jak moje wykłady z humanistyki dla inżynierów. Nic mnie w niej nie przyciągnęło. Dlatego powiem wprost przeciwnie do Mallandrila: zastanów się, czy chcesz pisać powieść o jakimś policjancie. Nie będzie to ani bestseller, ani interesująca książka. Lepiej jak napiszesz własną biografię albo opiszesz życie swojego ojca.
Uwierz mi, będzie bardziej interesująca.
Błędy wypisałem. Przecinków czasami zapominasz. Masz zły zapis dialogów. Poczytaj o tym na forum - sporo trąbimy. Kiedy stawiać kropkę, kiedy zaczynać z wielkiej litery zdanie po myślniku od wypowiedzianej kwestii itd. To Twoja praca domowa.



Awatar użytkownika
MAREL
Pisarz osiedlowy
Posty: 290
Rejestracja: wt 02 cze 2009, 01:52
OSTRZEŻENIA: 2
Płeć: Kobieta

Postautor: MAREL » czw 29 paź 2009, 13:36

Revis wielkie dzięki za łapankę. Masz rację. Masa nauki mnie czeka.Policjant jednak powstanie...




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości