Wazka c.d.

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
mandi
Kmiotek
Posty: 9
Rejestracja: czw 10 wrz 2009, 11:28
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Wazka c.d.

Postautor: mandi » pt 18 wrz 2009, 11:14

Witam,
idąc za radą Maladrilla, postanowiłem umieścić krótszy tekst do weryfikacji. Poniżej streszczenie i fragmenty powieści:

Ważka to pierwsze w literaturze światowej dzieło o umieraniu ze starości za młodu, utrzymane w konwencji monologu wewnętrznego. Ważka to afirmacja pogodnej starości i przestroga przed kultem iluzorycznej nieśmiertelności, która zgodnie z zapowiedziami naukowców czeka nas za pół wieku. Bohater powieści cierpi na progerię, zwaną również syndromem przedwczesnej starości. W sensie kalendarzowym ma trzynaście lat, w sensie biologicznym jest starcem u kresu życia. Akcja powieści obejmuje ostatni dzień życia protagonisty, dzień pogrzebu jego ojca, który zmarł śmiercią naturalną w wieku osiemdziesięciu sześciu lat. Pomimo doskwierających mu dolegliwości wieku starczego, bohater ani przez moment nie traci radości egzystencji. Z utęsknieniem wspomina cudowne lata spędzone z tatą, który często porównywał syna do ważki, do istoty co prawda krótkowiecznej, ale zarazem ruchliwej. Będąc jednocześnie dzieckiem i starcem, we wszystkim co czyni bohater wykazuje swoisty dualizm jaźni – beztroska idzie w parze z dojrzałością, infantylność z mądrością, siła ze zmęczeniem. Przedstawiony w Ważce jeden dzień stanowi metaforę całego życia bohatera, a wędrówka słońca na niebie odzwierciedla jego wzrost, świetność, dojrzałość i upadek. Syn umiera w dzień pogrzebu ojca, mając w sensie biologicznym tyle samo lat co on.


----

MAGMA


CZĘŚĆ I. WAŻKA


FRAGMENTY









Proszę zając się manekinem. Pocieniować, podretuszować, podrasować. Tu zakryć, tam odsłonić. No wie pani lepiej ode mnie, co należy zrobić.

Pani Sprężynka stoi jak wryta i nawet jej włosy nie sprężynują.

No ale jak to? Przecież to manekin. Jest nieskazitelnie czysty, młody i gładki. Ewentualnie makijaż jakiś, ale żeby coś w fakturze skóry od razu poprawiać to ja nie wiem.

A czy nie dostrzega pani tych wszystkich zmarszczeń, złuszczeń, spękań i rozstępów?

Jakich, jakich znowu-

Chwileczkę, mówię. Podchodzę do Pana Szkiełko i pożyczam od niego monokla. Biorę tego monokla i przykładam do skóry Pana Gładkiego, bo tak nazwałem mojego manekina antysobowtóra.

Proszę spojrzeć. Czy teraz pani widzi?

Pani Sprężynka przygląda się powiększonej połaci sztucznej skóry Pana Gładkiego. Nie wiem co ona tam widzi, bo ja tam słabo już widzę i widzę jedną wielką szarą plamę, pod szkiełkiem Pana Szkiełko.

Ale przecież to normalne, mówi Pani Sprężynka, że każdy materiał w przybliżeniu ukazuje swoją naturalną porowatość.

Czy jest pani pewna? Czy to aby na pewno zupełnie normalne?

Tak, to zupełnie normalne.

Czy aby na pewno?

Tak, proszę pana.

Dziwne. Okazuje się, że poziom wizualnej starości jest funkcją wzroku rozdzielczości, jak by powiedział Pan Okno. Być może dlatego wraz z wiekiem wzrok słabnie i tępieje, by się stary człowiek pewnego dnia własnego odbicia nie przestraszył, bardziej niż powinien.


#


Pierwsza rzecz, jaką pamiętam. Twarz taty. Radość. Twarz mamy. Przerażenie.

Obydwoje patrzą na mnie.

To było trzynaście lat temu, krótko po moich narodzinach. Większość ludzi nie sięga pamięcią tak daleko. Mówią, że mam fantastyczną pamięć. To prawda.

Patrzę na rodziców i wyglądają identycznie jak w moim pierwszym wspomnieniu, tylko tata jest o trzynaście lat starszy. Podobnie jak wtedy, twarz taty jest rozświetlona radością. Oblicze mamy to cieniste przerażenie. Tylko jedna rzecz różni te dwie sceny, jedna jedyna rzecz. Tym razem nie patrzą na mnie.

Mama patrzy na tatę.

Tata patrzy w zaświaty.

Tata jest nieżywy. Zmarł tydzień temu. Dzisiaj jest jego pogrzeb. Jego wielki dzień.

Ja też będę martwy. Już niedługo. Mam przecież trzynaście lat, trzy miesiące i siedem dni.

Jak ja sobie bez ciebie poradzę, ty ukochany głupcze, mówi mama, do taty.

Tata nie odpowiada. Nie może. Martwy jest.

Mama nigdy nie wybaczyła tacie, że się tak szybko zestarzał.

Ja się wszystkim zajmę, odpowiadam za tatę, który obecnie nie może mówić.

Ty? Adrianku, przecież ty jesteś jeszcze dzieckiem.

Jestem starszy od ciebie, mamo.

Mama nie odpowiada. Obecnie nie może mówić. Znowu płacze. Łzy są pulchne, są grubiutkie. Pełniutkie są, pełne życia.

Moja mama liczy sobie siedemdziesiąt sześć lat. Ma już pierwsze zmarszczki. Wokół oczu. Oczy prawie nigdy się nie starzeją, ale to co wokół wręcz odwrotnie. Zmarszczki wokół oczu są niczym słoje drzewa. Zdradzają prawdziwy wiek organizmu, nawet jeśli jego reszta próbuje oszukać czasoprzestrzeń.

Tata powiedział kiedyś, że to bez sensu dzielić czasoprzestrzeń na czas i przestrzeń. To sztuczne, tak tworzyć hermetyczne abstrakty. Ludzie to czynią, gdyż tak jest im łatwiej, gdyż są zbyt leniwi, by widzieć całość tam, gdzie łatwiej ogarnąć jedynie fragment.

To dlatego mama płacze. Patrzy na zapadającą się twarz taty i widzi tylko martwy czas.

Tata nie lubi tego brzydkiego słowa czasoprzestrzeń. Woli inne, ładniejsze, które mnie też się podoba. Magma.

Mama wyjmuje chusteczkę i wyciera twarz. Łzy wsiąkają w tkaninę. Tkanina chłonie wilgoć, staje się ciemniejsza, wyrazistsza.

Mama mówi coś do mnie pod nosem. Jej głos jest zachrypnięty, cienki i ulotny. Mówi zbyt cicho bym ją zrozumiał. Nie jestem już przecież tylko młody, jestem również stary. Zmysły nie te same, chociaż każdego dnia doświadczam nimi coś nowego.

Mów głośniej, mamo.

Powiedziałam, chodźmy, Adrianku. Czas przywitać gości. Lada chwila będą.

Nie, mamo. Nie ma pośpiechu. Pan Okno stoi na czatach, w cieniu sosny, obok bramy. Ma mi dać znać, kiedy tylko przyjadą pierwsi goście.

Mama otwiera usta. Chce coś powiedzieć, ale waha się. Chce zaoponować, bo przecież sięgam jej tylko do pasa i muszę stać na palcach, by widzieć wnętrze trumny.

Ale co jeśli-

Pan Okno nigdy nie zawodzi, mamo.


#


Pan Okno to przyjaciel rodziny. To, co ludzie nazywają śmiercią podobno nie ma do niego dostępu. Pewnie dlatego cały czas chodzi smutny. Pan Okno to nasz własny, prywatny anioł stróż. Był przy nas odkąd pamiętam. Nie wiem co to jest anioł, ale tak określił go kiedyś tata. Tylko nie jest nieskazitelnie biały i nie ma skrzydeł, tata dodał wówczas, siedem lat, dwa miesiące i trzy dni temu. To prawda, Pan Okno nie jest biały i skrzydeł też nie ma, małych czy dużych. Pan Okno wygląda jak zwykły człowiek, no może za wyjątkiem oczu, które są całe czarne. Oczy Pana Okno to dwie zimne kule ze stalowej ciemności. Nigdy nie mogłem zrozumieć, jak to jest możliwe, że Pan Okno ma oczy spowite mrokiem ukradzionym nocy. Bezksiężycowej nocy, gdyż oczy Pana Okno niczego nie odbijają. Żadnego światła. Światła chłodnego lub ciepłego. Światła złego lub dobrego. Oczy Pana Okno to okna na drugą stronę ciemnego zwierciadła. Nigdy nie mogłem pojąć, skąd ta jednolita czerń. Tata kiedyś zdradził, że to przez upadek. Pan Okno to aniołek, który upadł. Podobno Pan Okno miał kiedyś piękne oczy z metalicznego lazuru i rozłożyste skrzydła wykończone błękitnym aksamitem. I krążył wysoko nad ziemią, jak wiele innych, bezdomnych aniołów stróży. Któregoś dnia ujrzał z wysokości nas, naszą rodzinę, tych kilka bezbronnych, zagubionych na samym dole, małych kropeczek. I runął w dół, ku ziemi, na pomoc, Pan Okno. By czuwać i strzec malutkich, kropkowatych ludzików. Ale zrobił to za szybko, przez co rozgniewał Słoneczko. Słoneczko, które lubiło bliskość fruwających aniołków, zdenerwowało się na Pana Okno, że się nawet nie pożegnał, i przestało być słoneczkiem. Słońce wysłało kłujące promyki i przestał latać Pan Okno. Ostre promyki postąpiły nieładnie i roztopiły wydatne skrzydła Pana Okno, i wypaliły jego oczy płomieniami z lodowatych cieni. Adam i Julia nie wierzą w tę historię, ale na pewno wierzą w jedną rzecz. Pan Okno nigdy nie zawodzi.

#


Wczłapywuję do salonu. Pełno w nim gości, których można podzielić na trzy uzupełniające się kategorie.

Zjadacze zjadają. To ich główna umiejętność, kto wie, może i jedyna. Ci zjadacze to starzy wyjadacze w podjadaniu. Wiedzą jak robić użytek z własnych ust, zębów, języka, przełyku i soków trawiennych, no więc go robią. Nie są to jednak nowicjusze sztuki wchłaniania pokarmów. Oni robią to tak, że nie sprawiają wrażenia zżerania, lecz konwersowania. Tak tak tak. Rozmowa ze zjadaczami jest bardzo pochłaniająca, jeżeli nie dla dyskutanta po drugiej stronie dialogu, to przynajmniej dla pożywienia, które zjadacze demagmyfikują zawzięcie i popadle, ale przede wszystkim zażarcie. Zjadacz widziany z daleka i nawet z półbliska to nie żaden krypto samożywiciel, jak to ich kiedyś określił Pan Okno. Zjadacz z perspektywy chodu ptaka, typu a la kaczka, którą chodząc przypominam ja, to zajadły dyskutant. No bo cała twarz, i nie tylko, zjadacza obrabia magmę z zassanego pożywienia, no i wystarczy, że taki zjadacz stęknie z wyprzedzeniem trawienia coś w stylu na modłę yhym yhym, i już w doborowym towarzystwie uchodzi za erystokratycznego oratora, już jego pracujące poliki, wargi, język i przełyk zdają się wielowątkowo komunikować, a nie karmę demagmyfikować.

Zjadaczy cechuje żarłoczna gestykulacja. To nie błąd. Nie chodzi o gestykulację ożywioną ani zmartwiałą, ani inną taką jaką. Gestykulacja żarłoczna to język ciała, bo służy ciału. Konkretnie służy zaspokojeniu potrzeb żywieniowych. Gestykulacja żarłoczna to mimochodowe, bo przydarzające się najczęściej w trakcie przemieszczania się, podwędzanie obiektów nadających się do szybkiej, nie zakłócającej konwersacji konsumpcji.

Jedna tylko rzecz zdradza zjadacza widzianego na planie półpełnym, od obwisłego brzucha w górę, i na bliższych planach. Są to uszy. Uszy zjadaczy w trakcie zjadania poruszają się. I to nie poruszają się ot tak flegmowato, jak leniwa chorągiewka na spasionym wietrze. One migotają wertykalnie, jak powiedział Pan Okno. Raz są na dole, dwa na górze, raz, dwa, raz, dwa, raz, dwa. A czasem to nawet trzy i cztery, wtedy kiedy zjadacz, cierpiący na syndrom przeżarcia, walczy z krztuszawicą zachłannościową. Są jednak zjadacze wyjadacze, guru nestorstwa mentorycznego w dziedzinie ezoteryki arkan kunsztownego zajadactwa, znowu cytaty z Pana Okno, otóż są zjadacze wyjadacze, którzy znaleźli obwodnicę do tego poważnego problemu, jakim są uszy zdradziejki. Ta obwodnica biegnie od potylicy aż po czoło i ma nazwę pospolitą włosy. Tak. Są to zwykłe włosy, które zakrywają uszy, uszy zdradziejki.

Druga kategoria gości to szeptacze. Szeptacze szeptają. Szeptacie to ci nieprzebrani wybrańcy, którzy opanowali dostępną jedynie nielicznym, niezbyt tajną sztukę zwaną dwumowa. Jedno mówisz na głos, a co innego pod głos, przeszeptywujesz kanałem o niższej głośności i, co za tym idzie, zakresie dostępności. Dwumowa to na dłuższą metę wycieńczający tryb funkcjonowania. Dwumowa psuje magmę, i to nie tylko własną, lecz również napływową, spływającą w trakcie magmyfikacji międzyludzkich. Psuje się dlatego, że słowa wychodzące z ust dwumówcy skierowane są dwukierunkowo, przez co magma, i tak już rozrzedzona, bo od wydzielacza oddalona, rozciąga się jak balon napompowany pstrokatymi sprzecznościami. I czasem nawet pęka, ten balon pompkowaty. To pęknięcie objawia się przez ust zamknięcie, przez symulowanie udławienia, na podobieństwo zjadacza naburmuszenia. To ust zasznurowanie, to zaprzestanie wszelkich funkcji szeptanych, zaprzestanie głośnego prawienia nawet w trybie jednomówienia, ma pomóc szeptaczowi pozamiatać rozproszone myśli do kubełka z nazwą koncentracja, po tym jak zdał on sobie sprawę, że przeszeptał komunikat, a ten zamiast trafić tylko do odbiorcy A, uległ nagłośnieniu i propagacji na odbiorców z pozostałego zakresu widma widzialnego i słyszalnego. To Pan Okno, nieodmiennie bełkotwórczy, uściślił podział na zjadaczy i szeptaczy, który to podział wymyśliłem ja.

Ale to nie wszystko. Są jeszcze podpieracze. Zjadacze zjadają. Szeptacze szeptają. A podpieracze, no tak, podpierają. To dzięki nim ściany pokoi, te które są już poważnie przemęczone noszeniem na barkach spiętrzonych pięter i niewiele brakuje, by się z wycieńczenia poprzewracały i z ludzi placki porobiły, to dzięki podpieraczom te blade i zmęczone ściany mogą odetchnąć i odsapnąć, bo oto podpieracze je podeprą. U nas w domu nie ma spiętrzonych pięter, jest tylko jedno i niezbyt spiętrzone. U nas w domu ściany nie są blade ze zmęczenia, nie pękają jeszcze, dają radę. Ale podpieracze i tak są, i dzielnie pracują. I obserwują, bo to podpieraczy zadanie poboczne, nie podstawowe, ale bez wątpienia podścienne. Podpieracze dbają, by każde, najdrobniejsze nawet potknięcie towarzyskie nie uszło ich uwadze, nie uciekło, tym bardziej. Wychodzą oni z założenia, że skoro gość ten lub tamten zadał sobie aż tyle trudu, by się potknąć, i do tego towarzysko, to wobec tego byłoby nietaktem ze strony podpieraczy, gdyby nie zarejestrowali tego potknięcia i nie przekazali potomnym, tak aby świat nie zapomniał o czynach tych, którzy się potknęli, a właściwie tylko potknięć, bo potknięcie to taki punkt kulminacyjny zbłaźnienia, coś nie do zamknięcia w szafie zapomnienia. Podpieracze, dzielnie podpierając ściany, o czym świadczy ich pełen wysiłku, sztuczny uśmiech, doskonale zdają sobie sprawę z rangi wydarzenia historycznego, jakim jest potknięcie towarzyskie gościa. Dlatego podpieracze do końca zostają podpieraczami i nie zakłócają integralności śmieszności będącej udziałem potykaczy. Zresztą, jak mieliby zakłócić, są przecież podpieraczami, ściany podpierać muszą.


----

Życzę miłej lektury

Pozdrawiam,

Artur



Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » ndz 27 wrz 2009, 13:42

Moja mama liczy sobie siedemdziesiąt sześć lat.


I tylko ja się zastanawiam, jak urodziła dziecko w wieku 63 lat?

Wiesz, przyznam, że tekst mnie rozdarł na dwoje: tego, któremu się bardzo podobało i temu, któremu coś ciągle przeszkadzało. Zacznę od ostatniego:

Narracja prowadzona na styl eseju jest bardzo dobra, ale powtórzenia, czy to nazw, czy sytuacji czy informacji są męczące - melodyka zdań kruszy się i efekt, jakie owe zdania niosą, jest znikomy, ledwie wyczuwalny. Jest tutaj wiele ciekawych, surowych spojrzeń, pogmatwanych czasem, jednak miłych dla mnie w odbiorze, jednak wszystko to jest podane w zbyt poszarpany sposób.

Zobacz opis pogrzebu? Mama, tata Pan Okno jest bardzo dobrze wszystko rozpisane, ale w moim odczuciu, za dużo powtórzeń - efekt? Głębia przekazu niknie w natłoku tych samych wyrazów.

Podobnie rzecz ma się dalej - informacje powtarzają się, lecz nie uzupełniają, tylko przeplatają.

Rzecz dobra, całkiem wspaniała, to skierowanie tekstu w stronę eseju - jest napisany w taki głęboki, suspensowy sposób, który skłania do myślenia. I o ile z pewnymi stwierdzeniami (kwestie myślane/wypowiedziane przez bohatera) nie zawsze się zgodzę, mówiąc, że "tak się nie mówi" to jest on bardzo wyrazisty i ma niebywały, nietuzinkowy charakter - dlatego przyciąga swoimi kwestiami.

Słownictwo i narracja tworzą tutaj, w tym fragmencie pierwsze skrzypce i to wszystko ładnie gra - widać, że pisanie sprawia ci przyjemność, że celebrujesz każde zdanie i jest to proces naturalny dla ciebie - piszesz, co myślisz i prawda, która z tego wychodzi jest oczywista - jest, jak sobie życzysz. Co mnie nurtuje - to forma - czy na dłuższą metę, w dłuższym fragmencie, cała powieść, sprawdzi się? Mało tutaj fabuły, dużo dywagacji personalnych bohatera - coś, co mnie zmartwiło, bo przyznam, że gdybym miał przeczytać 300 stron zapisanych w ten sposób, padłbym znużony.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.

Awatar użytkownika
mandi
Kmiotek
Posty: 9
Rejestracja: czw 10 wrz 2009, 11:28
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: mandi » pn 12 paź 2009, 11:12

Dziękuję za krytykę! Odnośnie możliwości urodzenia dziecka w wieku 63 lat - powieść osadzona jest w czasach, kiedy ludzie żyją średnio 300 lat (są to tak zwani długoterminowi). Odnośnie powtórzeń - bohater ma problemy z pamięcią, o czym sam zresztą informuje w jednym akapicie ("To nie mogą być prawdziwe kroki, to musi być moja dobra pamięć, która czasami płata mi figle, udaje, że jest wadliwa.") Bardzo dziękuję za wszystkie uwagi - są one dla mnie bezcenne!

Pozdrawiam,
Artur



Awatar użytkownika
Weber
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 3233
Rejestracja: pt 20 paź 2006, 16:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wielkopolska
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Weber » wt 29 gru 2009, 16:13

Ależ to już czytałem.
Pamiętam fragment o manekinie.

Mnie też zastanawiał fakt, że w wieku 63 lat urodziła dziecko, ale uznałem, że wyjaśni się to w innym fragmencie.

W sumie to nie zmieniłem póki co zdania o tym tekście.
Mogę jedynie dodać, że jeśli wciąż pamiętam jakiś fragment to nie jest tak źle.


Po to upadamy żeby powstać.

Piszesz? Lepiej poszukaj sobie czegoś na skołatane nerwy.


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości