Szlak przez trawy

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Szlak przez trawy

Postautor: Martinius » sob 17 paź 2009, 22:56

[center]Szlak przez trawy[/center]

   - Ile to będzie kilometrów?
Mężczyzna stojący na krawędzi kanionu usłyszał pytanie, które wyrwało go z zamyślenia. Nie spieszył z odpowiedzią. Leniwie podziwiał wysoką trawę okrytą blaskiem wschodzącego słońca.
   - Ver? – zapytał przyjaciel.
Przeniósł wzrok na drobny piasek zalegający przestrzeń pomiędzy wielkim trawiastym polem a urwiskiem, na którym stał.
   - Piętnaście, może mniej – odparł, nie odrywając wzroku od małej pustyni. Machinalnie schował niewielki skrawek papieru do kieszeni.
   - Nie zgub tej cholernej mapy! – syknął towarzysz szarpiąc go za rękę. Obrócił głowę w jego stronę.
   - Nie myśl, że ten skrawek papieru uratuje nam dupę. Oni tam są i to jest pewne, a to... – Wyjął ponownie wymięty kawałek i wręczył go przyjacielowi. – To może być pułapka.
   - Jaka znowu pułapka? Oszalałeś? Za parę dni zabraknie wody, a na mułach nie nadążamy jej przywieźć! Jak przejdziemy przez zielsko, to zaoszczędzimy! Ile? Z trzy, cztery dni?
   Ver cofnął się i, kucnąwszy, pochylił głowę. Ponownie skupił wzrok na wysokiej trawie. Stojący obok Mines uczynił to samo. Przeczuwał, że skaut coś wypatrzył, ale jego wzrok nie był na tyle dobry, żeby cokolwiek zobaczyć z odległości, dzielącej skraj urwiska od pasa zieleni.
   - Dziesięć dni... – wyszeptał. Uniósł zawieszoną na pasku lornetkę i przyłożył ją do oczu. – To by było z dziesięć dni.
   Wyczulone oczy skauta dostrzegły nieznaczny ruch przy granicy traw, lecz nie wspomniał o tym towarzyszowi mając obawy, że zlękniony Mines wpadnie w panikę i zdradzi ich pozycję. Wiedział, że mutanty mają słaby wzrok.
   - Widzisz coś? – spytał podenerwowany towarzysz.
   - Nic. Jest spokojnie.
   Mines przykucnął, chowając sylwetkę w wytartym, skórzanym płaszczu o piaskowym kolorze. Chwilę kręcił głową, spoglądając w różne strony, co zdradzało jego nerwowość, ale dopiero ciepło promieni słonecznych, które poczuł na karku, wzmogły jego niepokój.
   - Nie powinniśmy już iść? – wyszeptał nerwowo.
   - Jeszcze parę minut, zielsko się nie nagrzało...
   - Ale jak syknie? Nie jesteśmy za blisko?
   - Bądź bardziej spokojny, dobrze? Dzieli nas z trzysta kroków. Poza tym, jesteśmy wyżej. Jasne? – Skarcił go wzrokiem. Nie lubił jego bojaźliwości, jednak samemu miał wielki respekt dla roślin, uwalniających trujące moce pod wpływem promieni słonecznych.
   - Przepraszam, wolałbym iść do marketu... – Skinął delikatnie głową w stronę ruin miasta, nad którym górowały nienaruszone przez czas, gigantyczne wieżowce.
   W promieniach wschodzącego słońca wyglądały jak małe skrawki pomarańczowego szkła, rażącego odbiciami wśród piasków okalającej pustyni. Z tej odległości mało kto mógł ten widok podziwiać – tylko skauci mogli zaglądać na teren wielkich wydm, odgradzających pasy zieleni dookoła miasta. Poza tym, tutaj rządzili purpurowi – coś, co było odporne na truciznę roślin, ale nigdy nie opuszczało rozległych przełęczy z wysoką trawą. Ludzie trawieni chorobą – mutanty.
   - Dobra, czas na nas. – Uspokoił gestem przyjaciela i, nie unosząc sylwetki, cofnął się ostrożnie. Mines westchnął z ulgą, na myśl, że wracają do bezpiecznej grani.

   Dwójkę skautów przywitały przyjacielskie uśmiechy, których – mimo ciężkiej suszy – nie brakowało. Nie dziwiło to ani Vera, ani Minesa – wszak skauci byli prawdziwą elitą i to od nich zależały losy miasta. W wypadku tego wymarszu, chodziło o znalezienie nowego szlaku do transportu wody z sąsiedniej grani, oddalonej o niecałe trzydzieści kilometrów. Problem był jednak wielki, ponieważ obie granie rozdzielał wielki pas wysokich traw, a jedyne obejście znajdowało się na północy, w tej samej odległości. Dystans sprawiał, że wysyłane karawany traciły kilkanaście dni, a gdy temperatura była zbyt duża, woda szybko ulegała zepsuciu.
   Pewnego dnia nadzieję przyniósł wędrowiec – oznajmił, że znalazł przejście w pasie zieleni, nadające się do użycia w dzień – w czasie, gdy roślina zabija trucizną uwalnianą w promieniach słońca. Jedynym dowodem, jaki miał na swoją teorię, była niestarannie wykonana mapa. Początkowo nikt nie wierzył nietypowo wyglądającemu, jak na wędrowca, przybyszowi – mężczyzna był blady, ale nie miał zniszczonej, popielatej skóry jak purpurowi. Mówił w dziwny sposób i bezustannie nerwowo rozglądał. Cenna informacja nabrała na wadze, kiedy pierwsi skauci przynieśli do grani potwierdzenie o odkryciu czegoś, co można było nazwać szlakiem przez trawy.
   Skauci weszli do wielkiego gmachu będącego niegdyś nowoczesnym szpitalem. Teraz budynek spełniał rolę przyczółka – miejsca, gdzie zlokalizowano magazyny żywnościowe, gdzie urzędowała rada. Tu także przechowywano broń. Wszystkie okna starannie zabito deskami, blachami i wszelkimi wytrzymałymi rzeczami, których nie sposób było sforsować ludzką siłą. W nocy wszyscy mieszkańcy, liczącego tysiąc dusz miasteczka, chowali się w tym miejscu przed mutantami, bo chociaż one z rzadka wychodziły z traw, nikt nie chciał ryzykować życiem.
   Ver wszedł pewnym krokiem do sali starszyzny. Odłożył karabin pneumatyczny na stół, starannie oglądając jego stan. Broni tego typu zrobiono niewiele, a sam fakt posiadania strzelby miotającej czymkolwiek, był wyjątkowy – ludzie używali zazwyczaj starych sprawdzonych dzid i łuków.
   - Wróciliśmy – oznajmił donośnym głosem. Oparł plecy o ramę okna i spojrzał na Starszego Rady, Maraudę.
   - Kłamał? – Krótkie pytanie zawierało wszystko, co chciał wiedzieć o dokonanym zwiadzie.
Ver zadumał się, ogarniając wzrokiem miasto. Z góry wyglądało jak twierdza otoczona ruinami budynków.
   - Nie kłamał – odparł równie zwięźle. Więcej nie musiał dodawać. Skupione spojrzenie, twarz nigdy nie zdradzająca emocji, zawsze zaciśnięte usta, na których nigdy nie zagościł uśmiech, przemawiały za niego. Skaut wypatrzył tę ścieżkę. Wiedział, że nie będzie to łatwa przeprawa.
   - Dostaniesz karabin, jedzenie i możesz wybrać jednego pomocnika. Jak dotrzesz do wschodniej grani...
   - Nie – przerwał Starszemu, wywołując niepokój na jego twarzy i Minesa.
   - Nie? – spytał zdziwiony Maraude. – Nie ma szlaku?
   - Jest pas. Będzie ze stu metrów... w porywach. Idę sam.
Kamienna twarz pozbawiona emocji potwierdziła wcześniejsze podejrzenia. To będzie cholernie ciężka przeprawa.
   - Jak chcesz. To dostaniesz dodatkowo mapy i...
   - Nie – przerwał ponownie. – Bez map i samemu. Chcę za to latarkę z filtrem. Mogę ją dostać?
   Prośba ta zdziwiła Minesa nie mniej, jak samego Starszego. Doskonale rozumiał tę potrzebę, lecz nie wiedział, co ją powodowało. Dlaczego tak doświadczony człowiek chce iść sam, w miejsce, gdzie nikt by nie poszedł, nawet z tuzinem ludzi?
Marauda usiadł za wielkim, drewnianym biurkiem pozbawionym szuflad i drzwiczek. Przetarł w zakłopotaniu blat.
   - Oni w nocy cię rozszarpią. Karabin ci nie pomoże. – Wskazał na leżącą broń. – Sto metrów to jednak bardzo dużo, zielsko nie struje cię...
   - Nie o zielsko chodzi. Purpurowi źle widzą w nocy, a tym stu metrom nie będę ufać, nawet jak dostanę maskę przeciwgazową.
   - W porządku, jak chcesz. Tylko... Nie ważne – Przełożony westchnął. Wierzył w doświadczenie Vera i nie zamierzał z nim dyskutować, chociaż prośba o latarkę była trudna do przełknięcia – sprzęt ten był wart prawdziwą fortunę, o ile dało się w ogóle go dostać w stanie pozwalającym na użycie.
   - To jak, dostanę latarkę? – Odszedł od okna i chwycił karabin. – Wyruszam dzisiaj.
   - Pójdę z tobą! Mogę? – Mines powstrzymał dłoń skauta.
Marauda rozumiał decyzję Vera, ale do ostatniej chwili nie był pewien jego planu.
Coś jednak podpowiadało mu, że sprawa jest bardzo pilna, skoro chce wyruszyć podczas nadchodzącej pełni.
   - Zostaniesz tutaj. – Odsunął dłoń przyjaciela i uniósł karabin, zawieszając
go na ramieniu. – To jak z tą latarką? – spytał ponownie.
   - Będzie. – Marauda wyciągnął metalową blaszkę z wybitymi numerami rozkazu, którą Ver powinien pokazać w magazynie, aby otrzymać pożądany przedmiot.
   - Dzięki. – Odebrał rozkaz i szybkim krokiem ruszył ku wyjściu, pozostawiając zdziwionego towarzysza i zakłopotanego Starszego Rady.

   Przygotowania do wymarszu trwały krótko. Ver był zawsze dobrze zorganizowanym człowiekiem. Musiał zdążyć przed zachodem słońca. Ubrał wysokie buty, jutowy, gęsto pleciony mundur, składający się ze spodni i luźnej bluzy – wygodny strój doskonale maskował sylwetkę w otoczeniu piasku, gubiąc kształt noszącej go osoby. Na lewe ramię założył skórzany ochraniacz, który utrzymywany był przez cienki pas, przepleciony przez pierś. Na plecy zarzucił pęcherz – specjalny worek na wodę z rurką, umożliwiającą picie z niego bez zdejmowania. Do pasa, z tyłu, doczepił chlebak na drobny prowiant – nie było tego za wiele, bo rację żywieniową stanowiły trzy bryły masy orzechowej zmieszanej z pszenicą i dwa owoce, a głównym posiłek stanowiła zrolowana maca. Przy oszczędnym gospodarowaniu takimi zasobami, powinno mu wystarczyć na dwa dni.
   Kiedy skaut opuszczał barykady grani, towarzyszyły mu spojrzenia pełne szacunku i podziwu. Ludzie wiedzieli, że wyrusza z ważną misją – od kilku dni nie rozmawiali o niczym innym niż tajemniczy przybysz z informacją o przesmyku. W duchu życzyli mu jak najlepiej ale nie zdradzali emocji – każda, nawet najmniejsza oznaka nadziei mogła zaważyć na jego losie i woleli, aby szedł bez zbędnych obciążeń. Przy wyjściu został odprawiony przez wartowników, którzy zajmowali budę po starej ciężarówce, przystosowanej teraz do funkcji wartowni. Niedaleko szlabanu stała grupa dziewcząt dyskretnie zerkających na Vera, Wśród nich znajdowała się czarnowłosa Simone – kobieta na rękach trzymała niemowlę o błękitnych oczach. Ver wolał nie spoglądać w nie – wiedział, że są takie same jak jego. Gdy już minął szlaban i doszedł do bramy, spojrzał za siebie i uśmiechnął się do czarnulki – delikatnie, niepostrzeżenie, ale wystarczyło, aby ona to dostrzegła. Zniknął za bramą.

   Do zachodu słońca pozostało około godziny czasu. Skaut bardzo szybko pokonał drogę od grani do urwiska, przez co mógł starannie obejrzeć wejście do przesmyku, o którym mówił nieznajomy. Z góry zdołał dostrzec nierówny pas piachu, niezgrabnie rozdzielający linię wysokich traw – z daleka wyglądających jak gigantyczna kukurydza. Jedynym sposobem, aby przejść z dala od zielska, było dojście do przepompowni, leżącej opodal linii roślin – drzwi budynku był usytuowane na środku przesmyku. Nie zdążył dokładnie obejrzeć tego miejsca w lornetce – przerwał, kiedy usłyszał lekki pląs za plecami.
   - Wracaj – syknął przez zaciśnięte zęby.
   - Skąd wiesz, że to ja? – odpowiedział mu głos Minesa.
   - Widziałem, że wyszedłeś za mną – odparł z nieukrywaną złością, chociaż jego twarz nadal była pozbawiona jakichkolwiek emocji. Głos i oczy odgrywały najważniejszą rolę w jego obliczu , jakby poza tym nic nie istniało.
   - Chcę iść z tobą. – Mines przykucnął obok przyjaciela. Nie silił się na tłumaczenia powodów czy zamiarów. Stanowczo, jak jego mentor, oznajmił swoją wolę. Nigdy wcześniej nie był tak zdecydowany. Zawsze powątpiewał i Ver doskonale zrozumiał ten moment. Dorósł do bycia skautem – teraz podejmuje własne decyzje, za które on i tylko będzie odpowiadać.
   - Jeżeli to jest piętnaście kilometrów, to dojdziemy w czasie trzech godzin. Jak będzie za ciasno, tniemy. Jak pojawią się purpurowi, tniemy. Jak nie pojawi się grań po tych trzech godzinach, idziemy do wyczerpania zapasów. – Cały plan zawierał się w tych krótkich zdaniach. Minesowi brakowało jedynie odpowiedzi: dlaczego? Nie pytał – wiedział doskonale, że przyjaciel powie sam, kiedy uzna, że będzie to ważne.
   Ver wstał, schował lornetkę do chlebaka i przeciągnął przez pierś karabin, ustawiając go luźno na prawej dłoni, przy biodrze. Ostrożnym krokiem ruszył w stronę skarpy prowadzącej w głąb doliny.
   Mężczyźni przekroczyli granicę, która zawsze oznaczała tylko jedno – nie wrócą żywi.

   - Wejdziemy do budynku i poczekamy, aż zrobi się półmrok. – Doświadczony skaut wskazał palcem na szare, okopcone od ognia ruiny. Mines przytaknął, wzmagając czujność. Przybrał bojową pozycję, z maczetą wysuniętą przed siebie na wysokości pasa. Szedł pięć kroków za przyjacielem. Kiedy byli blisko przepompowni, Ver przerzucił karabin na lewą rękę i uniósł zaciśniętą, prawą pięść, zatrzymując ją koło głowy, po czym otworzył dłoń i dotknął swojego ramienia, tak aby widział to partner. „Stój i patrz na nasze plecy” – Mines odczytał poprawnie znak i przykucnął, odwracając się. W tym miejscu mógł spodziewać się zasadzki, jeżeli liczył, że mutanty potrafią myśleć w tak zaawansowany sposób – nie ufał nieznajomemu z mapą i nie liczył na partnera za plecami. Intuicja nigdy nie wprowadziła go w błąd i wierzył jej ślepo, nawet wtedy, kiedy podpowiadała, że trzeba iść głęboko w trawy.
   Ver podszedł do wejścia, gdzie kiedyś znajdowała się futryna i drewniane drzwi. Obejrzał dokładnie ramę, podłogę i szczeliny w pękniętym betonie, a przy pomocy lusterka zajrzał do wnętrza pomieszczenia. Przekroczył próg celując lufą w okno po drugiej stronie. Starannie oglądał każdy podejrzany szczegół i nasłuchiwał nawet najmniejszych, nienaturalnych szmerów. Wszystko wydawało się w porządku. Sprawdziwszy otoczenie, wysypał kamienie i drobinki szkła kilkanaście metrów od wejścia. Przykucnął przy ścianie, obserwując okno i widok, jaki za nim się rysował – wysokie, wrogie trawy skrywające pokraczne istoty.
   Nastał półmrok. Linia zieleni przybrała kształt czarnej masy poruszanej przez delikatne podmuchy wiatru, odcinanej od ciemnogranatowego nieba pełnego gwiazd. Nadszedł czas wymarszu.
   - To już. – Ver wstał i poprawił oporządzenie. Odbezpieczył broń i spojrzał na Minesa. – Możesz jeszcze wrócić – dodał półszeptem. Przyjaciel nie odpowiedział. Zrobił pierwszy krok poza bezpieczną granicę, stawiając stopę na obcym, wrogim terenie. Pod butem poczuł uschniętą roślinność i piach – z każdym metrem było go coraz mniej, a podłoże zdawało się twardsze. Po obu stronach, w niedużej odległości, rosła wysoka trawa. Dystans zezwalający na pewny strzał, gdyby zaistniała do tego konieczność – czterdzieści lub pięćdziesiąt metrów, tak jak opowiadał nieznajomy od mapy. Przeszli kilkanaście kroków, po czym Ver położył latarkę na ziemi, aby zabrał ją Mines – teraz obaj skauci działali jako para – tam gdzie mierzył starszy skaut, jego przyjaciel celował latarką i w razie zagrożenia miał ją zaświecić – Oczy mutantów reagowały na filtr i na źrenicach pojawiały się srebrne obręcze, widoczne z daleka jak światło odblaskowe. W ciemnościach latarka stawała
się niezastąpionym urządzeniem.
   Półgodzinny marsz przebiegał spokojnie, bez żadnych podejrzanych dźwięków, świadczących o tym, że są śledzeni. Gdy przekroczyli wąski przesmyk w trawie, wychodząc na szerszy tor, usłyszeli szum z lewej strony, dochodzący z dużej odległości. Mógł to być jakiś zwierz. Ver przykucnął unosząc broń. Mines natychmiast uczynił to samo, mierząc latarką w podobnym kierunku, a kiedy usłyszał pstryknięcie palcami, włączył światło. Nic nie dostrzegli. Ruszyli dalej, zwalniając krok, tak aby poruszać się ciszej niż dotychczas. Po chwili szmer poruszanych liści nabrał wzmógł się i wyraźnie mogli określić, skąd dochodzi. Mines, bez polecenia, oświetlił podejrzane miejsce. Obaj znieruchomieli, widząc dwa srebrne pierścienie, zza których wyłoniła się kolejna para. Oczy purpurowych były oddalone o niecałe trzydzieści metrów. Skauci oddychali coraz płyciej i ciszej. Srebrne obwódki tkwiły nieruchomo, niknąc na ułamki sekund – mrugnięcia powiekami. Lekki pląs i szum wzmógł się za plecami Minesa. Odwrócił się i ryknął z przerażenia, mimowolnie ustawiając ręce do obrony.
   - Aaaaaaaaaaa! – wrzasnął, machając na oślep maczetą. Upadł, pokryty cały w krwi. Znieruchomiał. Ver wystrzelił w stronę, gdzie przed chwilą widział oczy przeciwnika i podbiegł do przyjaciela.
   - Co to było?
Mines patrzył na towarzysza z przerażeniem na twarzy.
   - Jest ci coś? – Potrząsnął nim i spojrzał nerwowo w stronę, z której przyszli. Przez chwilę pomyślał o powrocie.
  - Chyba go ciachnąłem... – jęknął przestraszony, ocierając twarz z krwi.
Ver oświetlił ziemię, podążając snopem światła za niewielkimi, ciemnymi plamami pozostawionymi przez krwawiącą ranę.
   - Chyba tak... – Wstał i przeczesał latarką najbliższe krzaki. Nie dostrzegł już żadnych odbić.
   - Biegają szybko skurczybyki... I cicho... – Oczyma wskazał miękkie podłoże z piasku, pokryte zwiotczałymi resztkami trującej rośliny.
   - Próbują nas wystraszyć. Teraz nie będzie tak łatwo, jesteśmy na ich terenie – szepnął, dając tym samym sygnał, że to dopiero początek. Ruszyli ponownie, zwalniając i tak powolny marsz nieznanym przesmykiem – przy każdym kroku słyszeli odgłosy dochodzące z oddali.
   Po trzech godzinach drogi w pełnej gotowości, na wpół ugiętych kolanach, obaj skauci byli wyczerpani. Ver wyczuwał strach przyjaciela, ale nie mógł nic na to poradzić – samemu też nie był pewien, czy nowe przejście po wodę uratuje ich grań. O teorii, jaką miał w głowie, nie rozmawiał z nikim, nawet z Minesem. Purpurowi nieustannie szli za nimi, schowani w gęstwinie.
   - Tam, spójrz... – Przykucnął, wskazując młodszemu skautowi, aby oświetlił prawą linię traw. Mines wykonał polecenie. W oddali dostrzegli kilkanaście srebrnych pierścieni. Nie przeraziło ich to tak, jak całkiem odmienny widok: kilkanaście kroków przed nimi, na otwartej przestrzeni, stał blady mutant. Lekko przygarbiona kreatura o kształtach człowieka – zmieniona chorobowo przez spożywanie toksycznej rośliny. Normalnie, ich skóra była blada, pokryta purpurowymi przebarwieniami, spowodowanymi pękającymi naczynkami, ale w świetle latarki, wyglądała na srebrno-szarą, jak powierzchnia księżyca. Stwór kucał nieruchomo. Skauci stanęli obok siebie i oparli ramionami, tak by mogli obserwować różne strony, ale też ubezpieczać swoje plecy.
   - Co on robi? – Głos Minesa przepełniała niepewności. Zachowanie purpurowego było niepokojące. Oświetlił jego oczy, ale wróg nie poruszył nawet powieką.
Ver wycelował w podłoże mierząc obok stopy kreatury, ale nie nacisnął spustu. Czekał, badając swoją teorię.
   - Co robisz? Zaraz wyjdą wszyscy! – wysyczał przerażony towarzysz.
   - Spokojnie... Tylko spokojnie. Oni z jakiegoś powodu się nas nie boją, jakby usunięcie nas z tego terenu miało wyższe cele, niż zwyczajna eksterminacja.
   - Co ty gadasz? Zastrzel skurczybyka! – Poruszył nerwowo latarką. Dostrzegł więcej par oczu po przeciwnej stronie. Wróg zaczął ich otaczać.
   - Nie. Ten pas, którym idziemy został przez kogoś zrobiony. Ktoś otruł te zielsko i to nie byli oni... Widziałem kilka dni temu, jak próbowali zasadzić na tym piachu nowe pędy...
   - Po co?
   - Nie wiem po co, ale jak im się uda, to będą mogli też zrobić to pod naszą granią i wtedy będzie koniec, i nas, i innych bezpiecznych miejsc...
Przyłożył kolbę do policzka. Nacisnął spust. Klask wystrzału przeszył księżycową noc
a pocisk uderzył kilkanaście centymetrów od celu. Mutant ani drgnął.
   - Co teraz?
Mines nie doczekał odpowiedzi. Z różnych stron, na szlak, zaczęli wychodzić purpurowi,
ale nie zbliżali się. Trzymali dystans, nie wykonując spodziewanego ataku.
   - Rozmawiać na pewno nie chcą... Pieprzone mutanty... Co kombinują?
Ten, który stał najbliżej, pochylił się bardziej i, podpierając rękami, zrobił kilka niewielkich skoków w stronę intruzów. Ver wystrzelił bez zastanowienia powalając go na ziemię. Usłyszał zwyczajny, ludzki krzyk, powodowany raną. Przeładował broń i wystrzelił w rannego przeciwnika. Krzyk umilkł. Po chwili jego uszu dobiegł zewsząd ryk wielu gardeł.
W ich kierunku wybiegli wszyscy, którzy do teraz bacznie obserwowali niechcianych gości. Ver wystrzelił w tych najszybszych, ale w ciemnościach i chaotycznym, skromnym oświetleniu latarki i księżyca nie wiedział, w co celuje. Kiedy zabrakło amunicji, wyjął nóż i zaczął ciąć na oślep wszystko, co znajdowało się blisko. Mutanty zadawały razy, ale nie myślał o tym. Jakiś silny przeciwnik doskoczył do niego i powalił na ziemię. Szamocąc się
z purpurowym, widział jego sylwetkę na tle gwieździstego nieba, pchnął go chyba w szyję, bo zalała go mocna struga krwi. Zrzucił ciało i wstał, nawołując Minesa. Nie widział go, a światło z latarki stało nieruchomo na poziomie ziemi, oświetlając fałdy piasku. Otrzymał cios czymś tępym w plecy i ponownie upadł. Nie zdążył obrócić głowy, kiedy otrzymał kopniaka w potylicę. Kulił się, zadając ciosy na oślep – chyba trafił napastnika w stopę, bo usłyszał krzyk a kopniaki przestały spadać na jego ciało. Szybko wstał i doskoczył do kolejnego przeciwnika, ledwie zauważalnego w panującym mroku. Nie mógł dostrzec Minesa i nie słyszał jego głosu. Nie miał czasu na myślenie, musiał być w ruchu, jak długo było to możliwe. Kolejny purpurowy zaatakował z przodu, przy pomocy dzidy – Ver zbił cios na ziemię i przywarł do wroga, obracając go plecami do siebie. Następny cios zaabsorbował na jego ciało. Odrzucił trupa na ziemię. Cisnął nożem w majaczącą sylwetkę, lecz nie trafił. Wykonując zwody i skoki przemierzył parę metrów aż usłyszał dziwną szamotaninę w dużej odległości – na pewno była to jakaś bitwa bo, ku jego zdziwieniu, głosy walki wzmagały się. Przystanął i wytężył wzrok, aby dostrzec cokolwiek w świetle księżyca. „Gdzie jesteś Mines?” – pomyślał i poczuł głuche uderzenie w tył głowy. Obraz mu zawirował. Upadł, tracąc przytomność.

   Z trudem otworzył oczy, mrużąc je na widok światła słonecznego. Czuł tępy ból w szyi, promieniujący na plecy i ramiona. Dostrzegł pochylającą się nad nim postać, która uniosła jego głowę i przyłożyła do ust naczynie z wodą. Zrobił dwa łyki i, dławiąc się, wypluł resztki płynu na goły tors. Dostrzegł kilka opatrzonych ran i wiele zadrapań na swoim ciele. Kiedy ostrość wzroku powróciła, uniósł oczy. Jego usta otwarły w niemym krzyku i wstrzymał oddech. Przed nim klęczała purpurowa, ale była jakaś inna. Kobieta miała zdecydowanie mniej zniszczoną cerę od tych, które widział do teraz. Była też lekko odziana – biodra okrywała cienka, szara chusta a piersi przysłaniała brązowa szarfa, zawiązana na szyi. Miała też długie włosy związane w warkocz, przepasany w kilku miejscach kawałkiem sznurka. Patrzyła na niego wystraszona. Podała mu do rąk drewnianą miskę. Odebrał niepewnie naczynie i zrobił mały łyk. Dopiero teraz zauważył, że leży na niewielkim klepisku, pośrodku trującej trawy. Nerwowo rozejrzał się, próbując węchem wyczuć charakterystyczny zapach, ale coś mu w tym przeszkadzało – dziwny czopek, blokujący nozdrza. Dotknął dłonią wystające z dziurek końcówki i chciał je usunąć, ale ona podniosła w górę rękę i pokręciła zaprzeczająco głową.
   - Mam nie wyciągać? – spytał bardziej siebie niż ją. Wskazał dłonią na swój nos. Kobieta przytaknęła kiwnięciem. Uniosła wskazujący palec na trujące zielsko i przysłoniła dłonią twarz. Zrozumiał. To coś w nosie neutralizowało truciznę, dlatego ona nie była taka jak inni purpurowi. Skaut oparł się na łokciach i próbował uspokoić, ale w pamięci miał nocną bitwę i Minesa, którego nie widział. Rozejrzał się ponownie w poszukiwaniu przyjaciela, ale znowu uspokoiła go purpurowa. Przywołała skauta dłonią i ruszyła przez gęstwinę trujących krzaków. Niepewnie poszedł za nią. Po chwili doszli do niewielkiego pagórka, na którym leżał martwy przyjaciel.
   Ver obejrzał dokładnie jego skórę i oczy. Nie widział śladu działania trucizny. Zanim zaczął doszukiwać się przyczyny śmierci, mutantka podeszła do ciała i wskazała ranę na plecach. Zrobiła dziwny ruch rękoma, jakby dźgała się niewidzialnym przedmiotem i ponownie pokazała na ranę. Mines otrzymał ciosy w płuca i wątrobę. Nie miał szans. Zamknął oczy przyjaciela i cofnął się w dół pagórka, gdzie ukląkł, spuszczając głowę. Kątem oka dostrzegł, że dziewczyna uczyniła to samo.
   - Ty! – odezwał się po krótkim namyśle. – Coś ty za jedna? Nie jesteś dzika jak oni...
Kobieta patrzyła na skauta z szeroko rozwartymi oczami, nie rozumiejąc, co powiedział.
   - Dlaczego mnie nie zatłukłaś, a jego tak? – Wskazał na siebie i na ciało Minesa
Pokiwała głową.
   - Pytam się coś! – krzyknął i stanął przodem do niej. Odczuł ból w ranach.
   - Pomagam... – odpowiedziała z dziwnym akcentem. Skauta zamurowało. Oni nie znają żadnego języka, poza swoim, a teraz, wyraźnie usłyszał jedne słowo.
   - Znasz nasz język? Rozumiesz co mówię?
   - Pomagam. – Ponownie pokiwała głową.
   - Dlaczego mnie nie zabijesz, tylko pomagasz? – Zrobił krok, ale ona szybko odskoczyła. Bała się.
   - Rozumiesz mnie?
   - Pomagam... – Spuściła głowę. – Pomagam. – Powtórzyła, a jej głos załamał się i wyglądała, jakby zaczęła płakać.
   - Hej, ty... – zawołał ją znacznie ciszej, widząc że obcą przepełnia strach. – Nie bój się...
Purpurowa przykucnęła zanosząc się płaczem, jęknęła coś, czego skaut nie zrozumiał. Powoli podszedł do niej, stawiając ostrożnie każdy krok, ale nie zwróciła na to uwagi. Przykucnął tuż obok i delikatnie chwycił ją za podbródek. Podniosła głowę i spojrzała mu w oczy. Teraz zrozumiał, że ona nie jest jedną z purpurowych. To był inny mutant, ale
niezwyczajny. Miała błękitne oczy a nie czarne, bladą cerę, ale nie zniszczoną chorobą.
   - Nic ci nie zrobię. Wiem, że pomagałaś. – Otarł jej łzy.
   - Pomagam – powtórzyła bardzo cicho. Najwyraźniej ktoś nauczył ją tego zwrotu. Tylko po co?
   - Spokojnie... – Wziął głęboki wdech i próbował poskładać wszystkie poszlaki, jakie znał. Nie zdążył pozbierać myśli, kiedy usłyszał szeleszczące za plecami krzaki, zza których wyskoczyło kilkunastu, podobnych do niej wojowników. Dzidy trzymane w rękach, wycelowali w stronę Vera. Kobieta zasłoniła go swoim ciałem. Krzyczała po swojemu, ale nie mogła najwyraźniej ich przekonać. Na raz odbiegła kilka metrów, wygrzebała z ukrycia karabin skauta i przyniosła go, wręczając Verowi. Bezustannie wykrzykiwała coś piskliwym głosem. Pokazała, aby skaut wycelował w nią i strzelił. Kiedy nie zrobił tego, zaczęła krzyczeć dobitniej, że ma to uczynić. Nie do końca zrozumiał jej intencje, ale zaczynał bać się tego, co zaplanowała. Rzucił broń na ziemię i cofnął się kilka kroków. Dziewczyna wskazała na broń i na skauta, po czym znowu zaczęła krzyczeć
do przygotowanych na atak mutantów. Coś musiała wskórać, bo opuścili dzidy i starannie obejrzeli przestraszonego i zdziwionego skauta, po czym znikli w gęstwinie, z której przyszli. Ver z opanowaniem spoglądał na kobietę, zastanawiając się nad tym, czego doświadczył
   - Pomagasz? – spytał po chwili.
   - Pomagam – odpowiedziała, uśmiechając się delikatnie.
   - Ale jak pomagasz?
   - Pomagam. – Kiwnęła głową i znowu na jej ustach pojawił się uśmiech.
   - Pokaż jak pomagasz. – Nie wiedział, jak wyciągnąć od niej jakiekolwiek informacje, poza tym, że pomagała.
   Zanim cokolwiek zrobił, zobaczył jak dziewczyna sięga za plecy i wyciąga niewielki bukłak, podobny do pęcherza skautów. Odbezpieczyła korek i podeszła do łodygi trującej rośliny. Wylała kilka kropel na ziemię i otwartą dłonią wskazała, aby patrzył. Minęła chwila lecz nic się nie stało i Ver nie wiedział, czy aby dobrze ją zrozumiał. Podlewa te zielsko? – pomyślał.
   - Pomagam – powiedziała ochoczo i zatarła radośnie ręce. Roślina zaczęła brązowieć, a po chwili ugięła się i opadła na ziemię, na której przypominała podłoże – setki podobnych, wyschniętych chaszczy.
Ver podszedł do niej i wskazał palcem na bukłak. Poprosił, aby go podała – zrobiła to niepewnie, jednak uśmiech z jej twarzy nie zniknął. Skaut otworzył skórzane naczynie i powąchał zawartość – ciecz miała cynamonowy zapach. Wylał kilka kropel na drugą roślinę. W chwilę później ujrzał identyczny efekt.
   - Pomagasz... – Pokiwał w zamyśleniu głową i oddał jej bukłak.
   - Pomagam – przytaknęła, pokazując jednocześnie, aby skaut poszedł za nią. Przeszli kilkadziesiąt metrów i zatrzymali się na skraju zieleni, graniczącej z przejściem wspomnianym przez nieznajomego od mapy. Na szerokim pasie przebywało kilkudziesięciu mutantów, ale nie purpurowych, tylko bliskim jej – wszyscy chodzili z podobnymi bukłakami i podlewali trujące rośliny. Wśród tych dziwnych robotników Ver dostrzegł postać, którą już miał okazję spotkać. Nieznajomego od mapy.
   Zrozumiał, że był pierwszym mutantem, który wszedł do grani i nakłonił ludzi do poszukiwania nowej drogi.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.

Awatar użytkownika
padaPada
Pisarz Wszechczasów
Posty: 2972
Rejestracja: śr 06 maja 2009, 10:44
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: padaPada » ndz 18 paź 2009, 00:02

Martinius pisze:Cenna informacja nabrała na wadze, kiedy pierwsi skauci przynieśli do grani potwierdzenie o odkryciu czegoś, co można było nazwać szlakiem przez trawy.
   Skauci weszli do wielkiego gmachu będącego niegdyś nowoczesnym szpitalem.

powtórzenie, a na dodatek się przez chwilę zastanawiałem, czy chodzi o tych samych skautów, czy nie.
Martinius pisze:Wszystkie okna starannie zabito deskami, blachami i wszelkimi wytrzymałymi rzeczami, których nie sposób było sforsować ludzką siłą. W nocy wszyscy mieszkańcy,

wywalić przynajmniej jedno, a nawet jak wywalisz dwa, to nic złego się nie stanie

Martinius pisze:- Kłamał? – Krótkie pytanie zawierało wszystko, co chciał wiedzieć o dokonanym zwiadzie.
Ver zadumał się, ogarniając wzrokiem miasto. Z góry wyglądało jak twierdza otoczona ruinami budynków.
   - Nie kłamał – odparł równie zwięźle. Więcej nie musiał dodawać. Skupione spojrzenie, twarz nigdy nie zdradzająca emocji, zawsze zaciśnięte usta, na których nigdy nie zagościł uśmiech, przemawiały za niego.

czegoś tu jest za dużo. nie wiem czy jest sens tłumaczenia rozmówców.
Martinius pisze:Skupione spojrzenie, twarz nigdy nie zdradzająca emocji, zawsze zaciśnięte usta, na których nigdy nie zagościł uśmiech, przemawiały za niego. Skaut wypatrzył tę ścieżkę. Wiedział, że nie będzie to łatwa przeprawa.
   - Dostaniesz karabin, jedzenie i możesz wybrać jednego pomocnika. Jak dotrzesz do wschodniej grani...
   - Nie – przerwał Starszemu, wywołując niepokój na jego twarzy i Minesa.
   - Nie? – spytał zdziwiony Maraude. – Nie ma szlaku?
   - Jest pas. Będzie ze stu metrów... w porywach. Idę sam.
Kamienna twarz pozbawiona emocji potwierdziła wcześniejsze podejrzenia.

Martinius pisze:Ver był zawsze dobrze zorganizowanym człowiekiem.

czegoś za dużo.
Martinius pisze:iedaleko szlabanu stała grupa dziewcząt dyskretnie zerkających na Vera, Wśród nich znajdowała się czarnowłosa Simone

więcej jest takich literówek
Martinius pisze:Po chwili szmer poruszanych liści nabrał wzmógł się

coś za dużo tego
Martinius pisze:Podała mu do rąk drewnianą miskę. Odebrał niepewnie naczynie i zrobił mały łyk.

mało wiarygodne. przed chwilą mordował innych purpurowych a teraz, zaledwie niepewnie, odebrał miskę.

im dalej, tym więcej powtórzeń, jakbyś stracił cierpliwość do tekstu. nie zaznaczyłem ich już.

ciągle jest trochę sztucznych zwrotów koszmarków, ale mniej niż w poprzednim tekście.

jest lepiej, szczególnie początek. jest klimatyczny, wciąga. potem niestety klimat siada, zaczynają się suche opisy, albo wręcz niepotrzebne opisy (jak np. gdy się ekwipował, niczym rambo)



Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » ndz 18 paź 2009, 01:00

Dzięki za poczytanie. Nie lubię tego tekstu za bardzo. Jest stary :)


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott



   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.

Awatar użytkownika
Revis
Pisarz
Pisarz
Posty: 498
Rejestracja: czw 09 kwie 2009, 11:55
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Olsztyn/Gdynia
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: Revis » śr 23 gru 2009, 17:04

Chwilę kręcił głową, spoglądając w różne strony, co zdradzało jego nerwowość, ale dopiero ciepło promieni słonecznych, które poczuł na karku, wzmogły jego niepokój.
- Nie powinniśmy już iść? – wyszeptał nerwowo .

Nie dodawaj tego. Wcześniej mówiłeś, że jest zaniepokojony i zdenerwowany. Samo „szepcze” w zupełności wystarczy. Czuć, że się denerwuje.
Nie lubił jego bojaźliwości, jednak samemu miał wielki respekt dla roślin, uwalniających trujące moce pod wpływem promieni słonecznych.

Słabe zdanie. Proponuję coś w tym stylu: „jednak sam czuł wielki respekt przed roślinami, które uwalniają trujące opary pod wpływem ciepła”.
Z tej odległości mało kto mógł ten widok podziwiać – tylko skauci mogli zaglądać...

Powtórzenie.
Mówił w dziwny sposób i bezustannie nerwowo rozglądał.

Nerwowo spoglądał dookoła. Samo „rozglądał” jakoś dziwnie brzmi.
W nocy wszyscy mieszkańcy, liczącego tysiąc dusz miasteczka, chowali się w tym miejscu przed mutantami, bo chociaż one z rzadka wychodziły z traw, nikt nie chciał ryzykować życiem.

Wywalić zaimek.
Ver był zawsze dobrze zorganizowanym człowiekiem.

Czytając skończyłem na „dobrze zorganizowany”, a tu patrzę, że zdanie nadal się ciągnie. Nie wiem czemu tak przedłużasz i nadużywasz tych słów. Niepotrzebnie.
teraz podejmuje własne decyzje, za które on i tylko będzie odpowiadać.

Tu czegoś brakuje.


Powtórzenia, powtórzenia, powtórzenia. Trochę przecinków (...bo usłyszał krzyk a kopniaki przestały spadać...).
Początek był fajny, środek i punkt kulminacyjny (czyli ta akcja) również, a końcówkę zepsułeś na całości. Idziesz fajnie; powoli opisujesz akcje, klimatycznie zarysowujesz historię i otoczenie, później robisz bardzo dynamiczną akcję (trochę za mało łez przy śmierci przyjaciela) i częstujesz nas flakowatym końcem z marną pointą. Logicznie też mi coś tu nie gra. Dlaczego "nieznajomy z traw" potrafił się porozumieć z ludźmi, a mutanci nie? On był w końcu człowiekiem, czy jednym z nich?
Nie biorąc pod uwagę ostatnich dwóch akapitów, to opowiadanie podobało mi się. Oczywiście zależy jak klasyfikować. Wśród tekstów na forum - było OK. Wśród Twoich poprzednich tekstów - słabe.




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości