Tęsknota za prohibicją [nieco kryminał, zawiera wulg.]

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
minojek
Pisarz osiedlowy
Posty: 255
Rejestracja: sob 11 kwie 2009, 16:35
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Tęsknota za prohibicją [nieco kryminał, zawiera wulg.]

Postautor: minojek » sob 05 gru 2009, 20:55

Cała czwórka siedziała przy ogromnym, drewnianym stole w ciemnym i zarazem zagraconym pomieszczeniu. W magazynie takich pomieszczeń było mnóstwo, lecz na ostatnie spotkanie w złotych czasach wybrali akurat pokój na piątym piętrze.

Blask Księżyca delikatnie rozświetlał salę. Należało się dobrze przyjrzeć, by rozpoznać twarze zebranych.

Na samym początku powinienem przedstawić Artura Benrey. Dlaczego akurat go? Bo był jednym z najciekawszych gangsterów w Chicago. Przedstawiciel jeszcze tak zwanej starej gwardii półświatka amerykańskiego, choć w rzeczywistości całe swoje ciemne życie spędził najpierw na pędzeniu bimbru, a później na jego rozprowadzaniu. Ale, co ciekawe, nigdy nie płacił haraczu chicagowskiej mafii. Rozumiecie? Przez trzydzieści parę lat handlował bimbrem i ani razu nie oddał części dochodu "ludziom z góry".
Teraz siedział przy stole, podobnie jak reszta, podpierając jedną ręką głowę, a drugą trzymając bezładnie na blacie jasnobrązowego stołu. Co chwila zaczesywał ku tyłowi swoje wciąż gęste, ciemne włosy, gdzieniegdzie już "przeplatane" siwymi wyrostkami.

- Szkoda, naprawdę szkoda - powiedział ze współczuciem, gdy sięgał po szklankę z wodą.

- Może wolisz whisky, co? - zaproponował Murrow.

- Nie, nie dzisiaj - odparł Benrey. - Na dziś... I w ogóle... Już wystarczy.

Artur poprawił równie ciemne i gęste jak włosy wąsy, zwilżone wodą ze szklanki, zawijając je ku dołowi przy kącikach ust.

Max Murrow był najmłodszym członkiem organizacji Benreya. Liczył zaledwie dwadzieścia pięć wiosen i należał do pokolenia, które wierzyło w swoją ogromną, nieprzeliczoną siłę. Wierzył, że prędzej czy później przejmie po Arturze władzę i podporządkuje sobie całe przestępcze Stany Zjednoczone.

"Jezu, jak on wygląda... Skóra i kości... Jak trup, cholera... Kuźwa, powinien coś ze sobą zrobić..." - myślał, kiedy patrzył na zmęczoną życiem twarz Benreya.

- Szefie, może powinien szef zajrzeć do lekarza?

- Nie, chyba nie - odpowiedział Artur, przerywając na chwilę rozmowę z innym członkiem gangu.

- Jak szef chce - rzekł pod nosem Murrow i podparł głowę dłońmi.

Benrey rzeczywiście wyglądał jak żywy trup, jak własny pradziadek w dniu śmierci. A Artura nazywano przecież, co prawda ponad dwadzieścia lat później, chicagowskim James'em Deanem. Wszystko przez jego zaczesane do tyłu ciemne blondwłosy, pociągające kobiety oczy i sylwetka hollywodzkiego aktora.

- Frankie, jak tam? - zapytał Francesca Sascanę, prawą rękę Artura Benreya.

- A, jakoś leci. Daj spokój, nie mogę znieść tego... gówna - tak, by nikt nie widział, splunął na podłogę i ponownie zajął dawną pozycję.

- Frankie, ale my przecież nic na to nie poradzimy.

- Taa, taa... Wiem. I to jest najgorsze. Że człowiek żyje w jakimś pieprzonym kraju całe życie i nawet nie ma wpływu na jego losy.

- No taak... Ale widzisz, nie tylko ty mieszkasz tutaj od urodzenia. To kraj wielomilionowy.

- Może i wielomilionowy, ale przynajmniej 90% obywateli to anarchiści - stwierdził ze skrywaną złością. - A my, ludzie biznesu, tracimy na tym wielkim cyrku, nazywanym rządem.

Murrow pokiwał głową za zrozumieniem.

- Ile masz lat? - zapytał Sascana.

- Dwadzieścia pięć - odpowiedział Murrow. - Dlaczego pytasz?

- Dwadzieścia pięć lat. Ja mam pięćdziesiąt sześć. No, już prawie pięćdziesiąt siedem.

- Ale dlaczego pytasz? - dopytywał Max.

- Żeby wiedzieć, z kim mam do czynienia - wyjaśnił Sascana.

- Przecież wiek to nie wszystko.

- Tak, ale kiedy znasz czyjś wiek, to jesteś w stanie zrozumieć jego światopogląd. Na przykład kiedy syn powie mi, że życie jest piękne i bezbłędne, a będzie miał załóżmy trzy lata, to go zrozumiem. Kiedy jednak w wieku trzech lat powie mi, że życie jest warte tyle, co nic, to zacznę się martwić.

"W jakiś wieku każdy zaczyna być filozofem" - zrozumiał Murrow.

- Pamiętasz, kiedy cię przyjmowali?

- No jasne. Dziewięć lat temu. No, niecałe dziewięć.

Francesco spojrzał na niego i zastanowił się przez chwilę.

- Wtedy właśnie stałem się prawdziwym gangsterem. A wiesz, kim jest prawdziwy gangster, kiedy się nim zostaje?

- Noo, raczej wiem...

- Może i wiesz, ale mimo wszystko chciałbym ci to wyjaśnić. W naszej branży najbardziej szanuje się ludzi, którym przyszło już walczyć. Choćby z policją. Dlatego Benrey zawsze wchodzi w układy z ludźmi, którzy pomimo wcześniejszych aresztowań i wyroków, wracają do biznesu.

- Jedynie tacy są stuprocentowo sprawdzeni, racja - zgodził się Murrow.

- A ja wtedy przeżyłem drugie najważniejsze wydarzenie w życiu gangstera. Wiesz jakie? Albo nie, nie zgaduj. Wtedy właśnie wywinąłem się grabarzowi spod łopaty. To jest dopiero coś. O ile przeżyjesz.

...

---Dziewięć lat wcześniej---

- Gdzie oni do cholery są?! - zapytałem Artura. Akurat razem czekaliśmy na transport z Kentucky, bo w Kentucky robi się najlepszą gorzałę.

- Spokojnie, zaraz będą - uspokajał mnie Benrey. - Niezły dzień: słonko świeci, deszczyk momentami kropi, nie ma na co narzekać.

- Jak nie ma na co narzekać? Już prawie godzinę czekamy na tych gości z Kentucky. Robią z nas wała, nie ma co.

- A tam, wymyślasz jak koń pod górkę. Wyluzuj, chłopie.

Benrey wyglądał wtedy lepiej niż teraz. Nawet bardziej zależało mu na wyglądzie. Kupował drogie garnitury, używał porządnych perfum. Nie to, co teraz. Wiesz, dlaczego tak bardzo się zapuścił? Bo życie zaczęło zwyciężać pojedynek z nim. Tak bywa, że są chwile, kiedy człowiek ma dosyć życia i kiedy na niczym mu już nie zależy, kiedy życie przestaje być dla niego interesującą grą.

- Chyba jadą - powiedział Benrey na widok wyjeżdżającej zza zakrętu małej ciężarówki. - Witam! - powitał nadjeżdżających gestem dłoni.

Jeden z nich wytłumaczył nam, że plany się zmieniły.

- Czyli co? Gdzie mamy spotkać się z waszym szefem?

- W hotelu "Maxini".

"Co on zrobi?" - zastanawiałem się.

- To jak, zgadzacie się?

Benrey skierował wzrok w moim kierunku.

- Jestem za. Nie wiem jak ty.

Ostatecznie Artur przyjął propozycję ludzi z Kentucky.

- Pan może jechać swoim samochodem, ale bylibyśmy wdzięczni, gdyby pański wspólnik... Pan...?

- Murrow - przedstawiłem się.

- Gdyby pan Murrow pojechał z nami. W porządku?

- Pan Murrow sam musi zdecydować.

Zgodziłem się, uznałem, że nie mam wyboru. Skoro poprosili...

Benrey jechał pierwszy. Po pewnym czasie zniknął nam z oczu. Kiedy tak się stało, kierowca ciężarówki, otyły, prawie łysy, gwałtownie wcisnął pedał gazu i wjechał do długiego, ciemnego tunelu, oświetlanego jedynie światłami zamieszczonymi w betonowym suficie.

- Dokąd jedziemy? - próbowałem się dowiedzieć. - Nie lepiej krótszą drogą?

- Raczej nie - odpowiedział kierowca.

- Może jednak le...

Nie zdążyłem dokończyć zdania. Gangster siedzący obok mnie wbił we mnie nóż.

- Jezuuu! - wrzasnąłem, zwijając się z bólu.

Drugi przystawił mi do skroni broń. Nie wiem jaką konkretnie. Pamiętam tylko jak chłodna była lufa, przybliżana coraz bardziej w kierunku mojej głowy.

- Coś mi się wydaje, że Benrey to cieć - powiedział jeden z nich, śmiejąc się cicho.

Huk wystrzału i pękającej szyby zbudził mnie ze snu na jawie. Poczułem dziwną maź, która rozprysła się na mojej twarzy. Widziałem przerażenie na twarzy kierowcy, gdy stracił panowanie nad samochodem i zakrył głowę rękami. Maszyna z impetem uderzyła w betonowy słup. Wiesz, kto mnie uratował? Benrey, Sascana i ich ludzie. Znali plany ludzi z Kentucky. Ale ranę po sztylecie czuję do dziś.

...

- Co będzie dalej? - zapytał zrozpaczonym tonem Sascana.

- Po czym?

- Po tym, co stało się dzisiaj, Murrow. Po zniesieniu prohibicji.

- Pojęcia nie mam, inni zdaje się także. Pójdziemy na żywioł. Co przyniesie los, to przyjmiemy.

- Nie, tak nie można... Jesteśmy gangsterami, nie sklepikarzami. A tu nagle mamy czekać na to, co przyniesie los?

Zamilknęliśmy.

- Będę kurewsko tęsknić za tymi pięknymi czasami. To była nasza epoka. Przeminęła, nic nie poradzimy - rzekł Sascana.

- A ja najbardziej nie pogodzę się z utratą... Najbardziej będę tęsknił za whisky z Kentucky. Bo w Kentucky robi się najlepszą whisky.



Awatar użytkownika
Patren
Debiutant
Debiutant
Posty: 1910
Rejestracja: śr 08 lis 2006, 00:03
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Znienacka
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Patren » ndz 06 gru 2009, 10:19

1)
"Jezu, jak on wygląda... Skóra i kości... Jak trup, cholera... Kuźwa, powinien coś ze sobą zrobić..." - myślał, kiedy patrzył na zmęczoną życiem twarz Benreya.

- Szefie, może powinien szef zajrzeć do lekarza?

- Nie, chyba nie - odpowiedział Artur, przerywając na chwilę rozmowę z innym członkiem gangu.


Te "cholera" na końcu jednej wypowiedzi i "kuźwa" na początku następnej brzmi trochę nienaturalnie. Poza tym szef gada sobie z kimś, a Murrow wcina się nagle ni stąd, ni zowąd i proponuje lekarza? Trudno uwierzyć w taką sytuację.

2) Dialogi miejscami brzmią nienaturalnie np.:

- Co będzie dalej? - zapytał zrozpaczonym tonem Sascana.

- Po czym?

- Po tym, co stało się dzisiaj, Murrow. Po zniesieniu prohibicji.


Przecież po to się spotkali, żeby to omawiać, a Murrow pyta się, jakby się z choinki urwał. Oprócz tego, czasem wydarzenia też są sztuczne. Np.: ludzie z Kentucky chcieli kropnąć Murrowa. Czemu Murrowa, a nie Artura, który to rzekomo miał być cieciem? Czemu zaprzątali sobie głowę zwykłym chłystkiem? Po drugie panowie z Kentucky nie wiedzieli, że Artur ich przejrzał, więc powinni bardziej grać, bo niby czemu chcieli, żeby jeden z nich jechał z nimi? Mocno podejrzane. Powinni podać jakiś powód.

3) Cała scena z przeszłości została źle zrealizowana. Zaczyna się nagle, trudno się połapać co się dzieje, zaraz się kończy i wracamy do głównej osi. Jeśli chodziło Ci o opowiedzenie o inicjacji Murrowa, powinieneś to wcześniej jakoś bardziej zaakcentować, bo w aktualnej formie cała scena wydaje się nie pasować, psuć ogólny efekt. Pod koniec natomiast opisana jest za szybko, nie czuć napięcia.

4) Zakończenie nie wybrzmiewa. Jeśli chcesz takie, powinieneś bardziej zaakcentować zdania o whiskey, poprzedzić oraz podzielić je jakimiś opisami, cokolwiek. Pomijając samą formę, treściowo też zakończenie nie zadowala. Pozostawia pustkę - żadnego zaskoczenia, żadnej ciekawej myśli, żadnej puenty. W rezultacie całe opowiadanie staje się niekonkretne, rozmyte, prowadzące donikąd. Pamiętaj: zakończenie to bardzo ważna rzecz.

5) Na początku piszesz o czterech ludziach. Doliczyłem się jednak trzech - Murrowa, Artura i Sascanę. Ktoś zaginął?

6) Za mało skupiasz się na postaciach. Rozwinąłeś trochę Artura jako tego umierającego Jamesa Deana, gasnący płomyk swojej dawnej świetności, ale za mało to podkreśliłeś, za mało też poznaliśmy bohaterów. O Murrowie wiemy tyle, że chce mieć władzę. To za mało. O Sascanie nie wiemy nic. Nie poznając bohaterów, nie wierzymy w nich, nie wiążemy się z nimi i nie przeżywamy tekstu. Bohaterowie są najważniejsi.

Podoba mi się za to początek. Nie pędziłeś z wszystkim do przodu, a także nie rozwlekałeś opisu, udało Ci się znaleźć złoty środek. Na początku myślałem, że analogicznie będziesz przedstawiał wszystkich tak jak Artura. Szkoda, że tak nie zrobiłeś, myślę, że byłoby ciekawie.

Druga rzecz, jaka mi się podobała to dialog o wieku. Nie jest to coś odkrywczego, ale zostało dobrze zrealizowane i stworzyło klimat.

Zdarzają Ci się toporne momenty (np. "Artur poprawił równie ciemne i gęste jak włosy wąsy, zwilżone wodą ze szklanki, zawijając je ku dołowi przy kącikach ust." - natłok informacji), ale ogólnie warsztat masz całkiem niezły, widać potencjał, musisz tylko ćwiczyć, stosować się do rad, bardzo dużo czytać i analizować teksty jako pisarz. W porównaniu z pierwszymi opowiadaniami Twojego autorstwa jakie czytałem, jest na pewno znacznie lepiej. Powodzenia.

Pozdrawiam. :)


"Życie jest tak dobre, jak dobrym pozwalasz mu być"

Awatar użytkownika
Weber
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 3233
Rejestracja: pt 20 paź 2006, 16:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wielkopolska
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Weber » śr 13 sty 2010, 10:43

Jedna rzecz rzuciła mi się zaraz na początku czytania.
Powtarzasz się. Powtarzasz słowa, informacje, wszystko po kolei.
Gęste i ciemne włos, gęste i ciemne wąsy. Wyglądał jak trup, wyglądał jak trup.
Oczopląsu można dostać i do tego zwariować. Przez ten zabieg co chwilę wydawało mi się, że czytam ten sam fragment od początku tylko nieco zmieniony.
Wkradły się literówki do tekstu, na przykład:
"W jakiś wieku każdy zaczyna być filozofem"


Ogólnie według mnie wyszło średnio. Tekst wygląda na napisany na szybko, powtórzenia psują przyjemność z czytania.
Wulgaryzmy używane bez precyzji, jak uderzenia cepem.


Po to upadamy żeby powstać.

Piszesz? Lepiej poszukaj sobie czegoś na skołatane nerwy.

Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » śr 13 sty 2010, 10:53

Minojek - moja rada jest wciąż aktualna. Czytelnik, kiedy spędza czas z lekturą ,odtwarza zapisany przez Ciebie świat - powtarzanie informacji, żeby zapewnić go o występujących faktach dotyczących scen czy akcji niczemu dobremu nie służy. Pisałem to wielokrotnie pod Twoimi tekstami.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości