Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

Kilka słów o ludzkim okrucieństwie/ esej

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
MARCEPAN 30
Pisarz domowy
Posty: 144
Rejestracja: pn 24 lis 2008, 11:38
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Kilka słów o ludzkim okrucieństwie/ esej

Postautor: MARCEPAN 30 » ndz 13 gru 2009, 22:30

Kiedy zupełnie niedawno, przypadkowo utknąłem na parkingu jakiegoś wielkiego Hipermarketu, naszła mnie dziwna myśl. Spojrzałem na zabetonowaną przestrzeń, rzędy wózków na zakupy, dziesiątki przeróżnych samochodów i ludzi upychających bagażniki, zastanowiłem się, jak wyglądało to miejsce dawniej. I nie chodzi mi o czasy PRL – u, czy nawet międzywojenny okres młodego państwa polskiego. Nie. Zastanowiłem się jak wyglądało to miejsce tysiąc lat temu.
Przede mną młoda kobieta, szarpiąc rozkrzyczane dziecko, nerwowo szukała zagubionego samochodu. Z wnętrza samochodu, w poczuciu bezpieczeństwa (z zaparowanych szyb, o zmroku, z pewnością nie było mnie widać) oglądałem tę scenę z niemałą satysfakcją. Dziecko, wrzeszcząc w niebogłosy, wymawiało tylko jedno słowo: „dlaczego?”, matka natomiast, wyrzucała z siebie dziesiątki przekleństw, nie panowała ani nad sobą, ani nad maluchem. I kiedy po kilku minutach szamotaniny, walki z wielkim, ciemnym parkingiem, przy kompletnym braku orientacji, na jej twarzy pojawił się strach, uderzyła mnie w oczy histeryczna scena. Oto podłoże parkingu pękło z hukiem, światła latarnii roztrzaskała wichura, zgasły jasności, Hipermarket zdmuchnęła burza, a spomiędzy szczelin rozerwanego betonu, wyskoczyły, jak fontanny wody z karku wieloryba, potężne, prastare drzewa. W jednej chwili znalazłem się w kniei, już nie w samochodzie, ale gdzieś pod mchem, pod korzeniem przewróconego drzewa i w bladej poświacie księżyca ujrzałem przerażoną, ubraną w skóry kobietę, pędzącą przez ten straszny bór, ciągnącą za sobą dziecko i w przerażeniu szukającą zagubionej wioski. W głębi słychać było wycie wilków, trzaski łamanych gałązek i pomruki czegoś, nie wiem, może żubra, może niedźwiedzia. Kobieta przebiegła koło mnie, zakręciła się wkoło, pobiegła w prawo, potem w lewo i , kompletnie zdezorientowana pognała przed siebie. Bała się. Wiedziała, że w środku nocy, w tym wielkim lesie nie ma szans.
Przeszłość w ułamku sekundy zmaterializowała się przed moim oczami. Przed tysiącem lat musiała tu być knieja, taka historia mogła mieć miejsce i dzisiaj nikt nie ma o tym bladego pojęcia. Być może kobieta przeżyła, być może odnalazła wioskę i uratowała dziecko, być może ta kobieta, tu na parkingu była jej pra, prawnuczką i odegrała podobną scenę, do tej, która przytrafiła się jej prababce, a mój praprzodek siedział w tych krzakach. Tropił niedźwiedzia, żubra, cokolwiek. Tak, mój praprzodek na pewno był mysliwym, żadnym tam urabura paniczem w aksamitnych rękawiniach, w aksamitnych gaciach i aksamitnych koszulach. Żadnym tam zniwieściałym chłopcem z pańskiego dworu, który od rana jęczał, kwęczał i szukał zajęcia, udając ni to poetę, ni to muzyka i trzesąc aksamitnym tyłkiem przed ciemnym borem, nie ruszał się z pałacu na krok.
Rycerzem mój przodek też nie był. Nie lubię jeździć konno, nie ściemniam, że odwaga i smierć w imię wyższych celów jest mi szlachetniejsza, niźli własne członki, nie wywołuję do pojedynku każdego, kto mnie wnerwi.
Uwielbiam mięso w każdej postaci, podnieca mnie do granic obłędu smak surowego tatara, uciekające zwierzątka zachęcają mnie do tego, by je gonić, gdy byłem mały, uwielbiałem bawić się w berka, męczyłem muchy, znęcałem się nad żabami. Mam grupę krwi 0 (wg. najnowszych badań naukowych jest to najstarsza grupa krwi, wywodząca się jeszcze z czasów, gdy mięsożerny człowiek nie jadł nic innego, prócz zwierząt. Ludzie z grupą krwi 0 nie mogą zostać wegetarianami, w krótkim czasie popadliby w ciężką anemię i kolejne choroby). I lubię być blisko ziemi, czuć ją pod paznokciami, w cieniutkich porach skóry, w nozdrzach. Lubię ubrania w jej kolorze, ozdoby w jej stylu. Żadnych plastikowych podróbek, żadnej zbrodni na rzeczywistości Made in China. To wystarczająca ilość dowodów na to, że mój przodek był myśliwym. Kobieta mojego przodka, była kobietą myśliwego. Żadną tam urabura, damą w aksamitnych rękawiniach, w aksamitnych gaciach i aksamitnych koszulach. Żadną tam bladolilicą złotowłosą z wiecznym globusem i omdleniami przy wzruszeniach. Kobieta mojego przodka od rana żuła skóry zwierząt na twarde rzemienie, szyła ubrania i ciepłe koce z niedźwiedzi, a serenady wyśpiewywane przez rycerzy doprowadziłyby ja, co najwyżej do gromkiego śmiechu.
Kim więc ja powinienem być? W świecie, gdzie mięso produkuje się w fabrykach, wstrzykuje się w nie sól, pierwiastki chemiczne, tnie na cieniutkie plasterki, farbuje, okleja folią i wysyła do takich właśnie jak ten przede mną Marketów? W świecie, gdzie łuk i strzałę zamieniono na banknot i monetę, wycięto bór, a pozostały po nim lasek zagrodzono, nazwano i zabroniono weń wchodzić?
W takim świecie, gdzie zwierzęta usystematyzowano i zadecydowano kto może je zabijać, a kto nie, nie mogę przecież uganiać się za posiłkiem po krzakach. Z resztą, komu by się chciało? Kondycja kiepska, grypę łatwiej złapać, niż zająca, węch przytępiony, oko śladów nie widzi, a w Tesco karkóweczka za 9,99 za kilogram, bo taka promocja.
W takim świecie potomek myśliwego powinien zostać dziennikarzem. Czuję, że gdybym dopadł takie skorumpowane bydlę, małego, zapyziałego gryzipiórka co wziął w łapę, żeby czyimś kosztem napełnić kieszeń, gdybym go tak wytropił, wywęszył, poczuł jego pot, wciągnął w nozdrza jego strach, przydusił do ściany, włączył kamerę i zobaczył przerażenie w jego malutkich oczach, moja ekstycacja sięgnęłaby zenitu. Ścięgna, mięśnie, a przede wszystkim mózg, doznałyby euforii i spałbym spokojnie. Pozbyłbym się lęków, nocnych przebudzeń z niewiadomego powodu i tęsknoty. Tak! Tęsknoty. I to tęsknoty, Bóg wie za czym. Bo tęsknię. Kiedy jadę do pracy, tęsknię. Kiedy pracuję, tęsknię. Kiedy piję piwo po pracy, tesknię. Gapie się tępo w telewizor i tęsknię. Za powietrzem, za piękącymi policzkami w mróz, za szumem wiatru w uszach, za błotem, za gliną, za gaszeniem pragnienia w strumieniu, i za tym wszystkim, czego nazwać nie potrafię. I wiem, że gdybym zobaczył te przerażone najpierw, a zdziwione mocno i powoli już pogodzone ze swoim losem oczy tego skorumpowanego ścierwa, i zobaczyłbym je tak samo wybałuszone, a po chwili blade, jak oczy gazeli przyduszonej wielkim cielskiem lwicy, dokonałbym wielkiego spełnienia, czystego katarzis, euforycznego skowytu natury.
I zasnąłbym, zaspokojony.
Tymczasem siedzę w samochodzie, na parkingu i czekam. Czekam, aż ciotki skończą zakupy, podjadą wózkiem i zaczną pakować torby, torebki i torebeczki do bagażnika. Aż zaczną rozwodzić się na tematy promocji, przecen, podwyżek, zniżek i chęci posiadania artykułów ostatniej potrzeby. Aż wkroczą na scenę i zaczną swój koncert, kakofonię dźwięków, histeryczną operetkę o zakupach.
I co ja, kurwa mógłbym mu pokazać? Zakładając, że dałoby się zmaterlializować mojego praprzodka, wykopać kawałek kości, skamieniały włos, paznokieć, kawałek skóry rozciągnięty i zatopiony na wieczność w bursztynie. Wydłubać z niego kawałek DNA, polać wodą, dodać tajemny składnik, zamknąć w szklanym inkubatorze i wyhodować, odtworzyć człowieka z kniei, pierwszego Słowianina z włócznią. Nakarmić go, ubrać, odtworzyć mu pamięć i podsunąć mi pod nos. Taka mała ekstrawagancja, najnowszy hit w internecie. Z okazji świąt 30% zniżki, przesyłasz nam skamielinę, a my odtwarzamy dla ciebie żywą istotę.
Zabrałbym go na wycieczkę. Pieszą. Samochód zbyt by go przeraził, nie wsiadłby do tak głośno ryczącej bestii. Ziemek (tak bym go nazwał, od słowiańskiego imienia Ziemowit), węszyłby, rozglądałby się bacznie i zadawał pytania. W okolicy lasu zadałby pierwsze:
Możeby my na co zapolowali?
E! Ziemek, dzisiaj się nie poluje.
To jak się dzisiaj je?
I wtedy zabrałbym go tutaj właśnie, na ten parking, do tego hipermarketu i pokazałbym jak się dzisiaj zdobywa jedzenie. Podprowadziłbym go do mięsnego, pokazał te kostki, prostokąty, prostopadłościany, plastikowe pudełeczka, te wszystkie mięsopodobne kształty o mięsopodobnym zapachu. I zobaczyłby Ziemek rzędy ludzi sunących ponuro, jeden za drugim, jeden za drugim, zgodnie, krok w krok, wpatrzonych w lodówki, zamrażalki i zrywających z półek te poprzerabiane zwierzęta, jak jabłka z drzew.
To jest drogi kolego przetworzony las – powiedziałbym mu pokazując kolorowy banknot – i ten przerobiony las zamieniamy na przerobione zwierzęta. A przerobiony las dostajemy za to, że przerabiamy i przenosimy z miejsca na miejce wszystko co sie tylko da. Ogólnie więc, zamiast polować, mielimy ziemię i wymieniamy się produktami.
Praprzodek nic by nie zrozumiał. Chyba niewiele by go tu zachwyciło, a już na pewno nie smakowałoby mu mięso.
I gdy tak zastanawiałem się nad tym, co mógłbym mu jeszcze pokazać, przypomniał mi się ostatni urlop. Z żoną zwiedzaliśmy kręte uliczki holenderskich miast. Zachwycały nas kanały, stada rowerzystów, ogromne wiatraki i ludzie w drewnianych butach. Pewnego razu trafiliśmy pod wielką bramę, a na niej napis: „Zoo”. Naradziliśmy się, że warto wejść i dzionek minął jak ta lala!
„Gdybym tak” - myślę sobie - „zaprowadził Ziomala do takiego zoo. Co by sobie myślał?”
Już widzę jak by się naprężył, jakby węszył, jakby go te wszystkie zapachy kręciły, podniecały. Jak by odruchowo szukał łuku, włóczni, czegokolwiek. Kucałby przy każdym wybiegu, skradałby się, cofał i znów wracał. Podniecony jak osiemnastolatek przed „pierwszym razem”, rzuciłby się jeszcze nie daj Boże na jakiegoś zwierzaka. Oczywiście wszystkie byłyby mu obce. Słonie, żyrafy, nosorożce, to istoty nie z jego świata. Ale zapach odchodów i skór doskonale by go nastroił.
Pamiętam taką scenę, gdy z żoną doszliśmy do wybiegu z małpami. Duża przestrzeń, mnóstwo skał i gałęzi, a pośród tego wszystkiego małpy. Żywe, hałaśliwe, wszędobylskie, niewiarygodnie sprawne. Ganiały się, przewracały, skakały, wrzasku co nie miara. Cudownie było patrzeć. Usiedliśmy więc pod parasolem, przy stoliku (obok była budka z jakimś holenderskim bradwurstem z majonezem) i zaczęli podziwać te kaskaderskie popisy. W pewnym momencie pod wybieg doszła kilkuosobowa, holenderska rodzina. Na czele, na wózku siedział niepełnosprawny, młody mężczyzna, wózek pchała kobieta,a obok maszerowali dwaj mężczyźni i dwójka dzieciaków. Zatrzymali się przed małpim gajem, wózek ustawili przodem, tak, że chory mężczyzna mógł wszystko zobaczyć, z ciepłym, rodzinnym uśmiechem coś mu tam szepnęli i, zadowoleni z siebie zaczęli rozmawiać, zapominając całkowicie o wózku. Nie macie pojęcia co się stało. Rodzina, przedumna z siebie, że zabrała to wątłe, unieruchomione ciało z ciasnego, dusznego pokoju, do świata, gdzie ruch jest największym pięknem, gdzie jest muzyką, krwią i życiem (bo harce tych ssaków, były kwintesencją ruchu), nie pomyślała o tym. Zajęci pożeraniem majonezu i dyskusją w niezrozumiałym dla mnie języku, odłączyli się od najpodlejszego czynu jaki udało im się zrobić.
Na wybiegu małpy krążyły jak krew w żyłach sportowca. Oczy sparaliżowanego mężczyzny, najpierw niespiesznie, a w końcu coraz żywiej zaczynały śledzić ten ruch. Wyglądało to pięknie, małpi taniec i odbite pląsy w oczach człowieka. Krótkie dźwięki wyplute z gardła oznajmiające radość, drgawki na wózku przypominające ruch i ukazujące szczery, choć wyjątkowo nieporadny zachwyt na pięknem świata.
Uśmiechnąłem się do siebie, zrobiło się przecież tak miło, tak rodzinnie. Patrzyłem więc jak nieproszony gap, wkradłem się w ten malutki swiat, wlepiłem wzrok i ssałem co się da. Czułem, że ładuję akumulatory, że świat jest tak cudownie skonstruowany, że pragnę już, właśnie teraz, przedłużyć gatunek i nie pozwolić, by ten świat się skończył! Jakież jednak nieprzewidzine są przyszłe wydarzenia. Kolejne sekundy sprawiły, że pożałowałem tego, że tutaj przyszedłem.
Twarz człowieka na wózku zmieniła dygot, dźwięk głosu z radosnego, zamienił się w histeryczny, choć wciąż na tyle cichy, że nikt nie zwrócił na niego uwagi. Ale najgorsze było to, co stało się z oczami. W ciągu sekundy podwoiły objętość, niemalże wyszły z orbit, zrobiły się wściekłe, nienawistne, boleśnie ogromne. Człowiek stękał, a rodzina trawiła wieprzowinę i majonez.
Oto niesprawne mięśnie, nakarmione obrazami przekazanymi przez oczy, zapragnęły wygiąć się i stworzyć ruch, oto spruchniałe ścięgna, na rozkaz zrozpaczonego mózgu, podjęły bezskuteczne próby dźwignięcia rąk i nóg, oto kości, słabe i kruche uzewnętrzniły najgłębiej ukryte sny o bieganiu.
Charkot dobywający się z gardła świadczył o największym dramacie jaki ten człowiek przeżywa w swoim półmartwym ciele. Zazdrość i nienawiść do lekkości z jaką małpy rządziły swymi ciałami, wprawiły tego człowieka w niemą histerię. Chciał stąd uciec? Może chciał umrzeć? A może rzucał zrozpaczone rozkazy obumarłej armii, armii nieskutecznej, rozbitej w pył, zgładzonej przez wroga? Jak stojący na wzgórzu, osamotniony, ociemniały przywódca, nie dopuszczający do siebie myśli, że ma pod sobą już tylko trupy, że jego wojsko przegrało najważniejszą bitwę i jego dni są już policzone. Nie chciał w to wierzyć. Chciał ich wskrzesić, ryknąć na nich, by wstali, by nie byli takimi mięczkami, by ruszyli i dźwignęli tę wielką machinę, jaką jest jego ciało. Ciało podbite. Ciało zniszczone. Ciało pod rozbiorami obcych mocarstw. „Nie będzie stwardnienie rozsiane pluło nam w twarz!”.
I kiedy pojął różnicę między zwinnością małp, a swoim zamknięciem w niemym bezruchu, kiedy poddał się po nierównej walce z własną niemocą, oklapł i stał się jeszcze bardziej nieruchomy, niż kiedykolwiek. Stopił się z tym smutkiem, zastygł, zsiniał, upodobnił się do skały i patrzył już zupełnie donikąd. Zwiesił głowę w poddańczej pozie, zamarł. Jego umysł wybrał stan sprzed Wielkiego Wybuchu.
Tymczasem jego rodzina dyskutowała o cenie Coca – Coli, i o tym jak to dobrze, że zabrała Harolda do Ogrodu Zoologicznego. W końcu chłopak coś zobaczy, odpręży się i zazna troszkę szczęścia. Nie, nie znam holenderskiego, ale dosoknale wiem o czym mówili.
Co by powiedział Ziemek? Zapytałby, dlaczego ten człowiek jest taki dziwny.
Jest chory, niesprawny – odpowiedziałbym mu – nie potrafi się sam poruszyć, trzeba mu pomagać, w twoim świecie na pewno by zginął.
Później wszystko bym mu opowiedział. Dlaczego go tu przyprowadzili i jak się na początku cieszył.
Ludzie z czasów Ziemowita na pewno byli inni, nie mieli tyle spraw na głowie, nie zajmowało ich tyle głupot. Wszystko było jasne i wyraźnie, poglądy klarowne i sprecyzowane. Pojęciownik podzielony na dwie części: po jednej stronie rzeczy właściwe, po drugiej niewłaściwe. I nic pośrodku.
Ziemek (myśliwy, a więc nazwany by dzisiaj przez niejednego bezwzględnym mordercą zwierząt) patrzyłby chwilę na tę scenę, zastanowił się i zapytał:
- Marcel, dlaczego ludzie w twoim świecie są tak bardzo okrutni?


Optymista uważa, że żyjemy w najlepszym ze światów. Pesymista obawia się, że to może być prawda.

Awatar użytkownika
Weber
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 3233
Rejestracja: pt 20 paź 2006, 16:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wielkopolska
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Weber » ndz 31 sty 2010, 12:13

Coś mi się wydaje, że nie przyjrzałem się temu tekstowi przed wysłaniem, a szkoda.
Tak, mój praprzodek na pewno był mysliwym, żadnym tam urabura paniczem w aksamitnych rękawiniach, w aksamitnych gaciach i aksamitnych koszulach. Żadnym tam zniwieściałym chłopcem z pańskiego dworu, który od rana jęczał, kwęczał i szukał zajęcia, udając ni to poetę, ni to muzyka i trzesąc aksamitnym tyłkiem przed

Zabrakło kilku ogonków przy niektórych wyrazach. Takie powtórzonko. I nie wiedziałem, że istnieje taki wyraz jak "rękawinie". W słowniku go nie znalazłem, wujek Google też znalazł tylko dwa odnośniki do niego (w tym jeden twój). To jakiś regionalizm? Gwara?

Kilka zdań dalej znów powtarzasz to "urabura rękawininie" w przypadku kobiety twojego praprzodka. Widzę, że to zamierzone, ale wydaje się nieco zaniżać lot opowiadania. Gdyby to było powtórzenie nieco krótsze, ograniczyłbyś się do "urabura" czy po prostu napisał coś innego, efekt byłby według mnie o wiele lepszy.

Nie do końca wiem czemu twój tekst nie przypadł mi do gustu. Z pewnością swój udział miały literówki i braki ogonków przy literach gdzie powinny się pojawić. Widać, że nie przyłożyłeś się do korekty tekstu. A takie coś zawsze powoduje, że nastawiam się negatywnie do opowiadania. Nie lubię takiego obrazu braku szacunku dla potencjalnego czytelnika.

Ogólnie przemyślenia serwowane w tekście nie wydają mi się jakieś zaskakujące, co gorsza wałkujesz większość przez cały tekst, co powoduje, że tekst staje się miałki w przekazie. Język i porównania jakimi posługuje się bohater opisując widziane przezeń sytuacje również nieco mnie odstraszał od lektury. Pewnie dlatego za wiele nie potrafię powiedzieć.

Z pewnością musisz popracować nad estetyką tekstu i poprawiać literówki czy też brak ogonków od razu, bo... Zresztą wspominałem o tym wcześniej.


Po to upadamy żeby powstać.

Piszesz? Lepiej poszukaj sobie czegoś na skołatane nerwy.

Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » wt 16 lut 2010, 12:04

przerażeniu szukającą zagubionej wioski.


wioska się zgubiła czy ona wioskę?

Tak, mój praprzodek na pewno był mysliwym, żadnym tam urabura paniczem w aksamitnych rękawiniach


mógł byc TYLKO i wyłącznie myśliwym w prastarych czasach.

wg. najnowszych badań naukowych


bez kropki

Tekst ani zły, ani dobry. Chociaż skłaniałbym się do tego drugiego. Porównanie - przenoszenie światów to ciekawy zabieg i dobrze wplotłeś w to bohatera, a on sam ma kilka uniwersalnych i ciekawych dla mnie mądrości. Jednak cały efekt psuje niedopracowanie tekstu: powtórzenia i przecinki. Czyta się niezbyt lekko. Mam wątpliwość co do samego faktu Ziemowita w markecie i rozmów z bohaterem - sądzę, że byłoby to całkowicie niemożliwe i, chociaż to mówi bohater i to jego domysły, wydało się mało przekonywujące. Wydźwięk tekstu jest dobry, ale - jak napisał Weber, wałkujesz to trochę w nieskończoność i efekt jest odwrotny od zamierzonego. To ja, czytelnik powinienem wysnuć te wnioski po tym, co mi opowiedział narrator.

Podobał mi się początek: eksplozja, z której wyłania się knieja. Często właśnie tak postrzegam okolicę, patrzę co było kiedyś. A to za sprawą makiety mojego miasta, a raczej dawnego, pra pra terenu z rzeką, gdzie znajdowała się osada i kilku jaskiniowców. Niesamowity efekt i tutaj widziałem go dokładnie tak, jak kiedyś.

Oczywiście, zakończenie jest pozbawione głębi - bo, niestety okrucieństwo jest takie same przez wszystkie lata - zmieniły się tylko kategorie, przez które je postrzegamy.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.

Awatar użytkownika
MARCEPAN 30
Pisarz domowy
Posty: 144
Rejestracja: pn 24 lis 2008, 11:38
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: MARCEPAN 30 » śr 17 lut 2010, 06:52

Po czasie muszę stwierdzić, że ten tekst zupełni mi nie wyszedł. W głowie wyglądał zupełnie inaczej :(


Optymista uważa, że żyjemy w najlepszym ze światów. Pesymista obawia się, że to może być prawda.


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 7 gości