Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

Unia Złączenia (s-f)

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
minojek
Pisarz osiedlowy
Posty: 255
Rejestracja: sob 11 kwie 2009, 16:35
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Unia Złączenia (s-f)

Postautor: minojek » pn 15 lut 2010, 21:31

Yanaka czyścił ciemny garnitur. Odszedł parę kroków i przyjrzał mu się uważnie – wykonał dobrą robotę, był z niej zadowolony. Odłożył szczotkę, którą czyścił garnitur i – podśpiewując – udał się w stronę kuchni. Otworzył staromodną lodówkę – była pełna przeróżnych niedojedzonych dań, otwartych konserw, opakowań włoskich serów i butelek czystej wody. Yanaka nie potrafił zdecydować, czy woli sięgnąć po którąś z niedokończonych potraw, czy sięgnąć po chleb i żółty ser. Zamknął więc z hukiem lodówkę i – będąc już zdenerwowanym – powrócił do pracowni. Usłyszał pukanie do drzwi.
- Wejdź – powiedział, bowiem wiedział, że za drzwiami stoi Layos.
Żelazne drzwi rozwarły się. W progu stanął Layos – przyszywany siostrzeniec Yanaki, wysoki dwudziestokilkulatek. Najwyraźniej nie poświęcał dużo czasu dbaniu o wygląd, świadczyły o tym ciemne nieułożone włosy i niedokładnie ogolona twarz.
- Wziąłbyś się za siebie – polecił Yanaka. – Nie mówię ci tego, żeby ci dokuczyć. Po prostu sam zobaczysz, że lepiej dobrze wyglądać.
Layos przytaknął od niechcenia skinieniem głowy. Podszedł do otwartego barku i wyjął z niego butelkę domowej roboty bimbru.
- Anarchista jak trzeba – powiedział z uśmiechem na ustach.
Do Yanaki jego słowa jakby nie dotarły. W najwyższym skupieniu przyglądał się świeżo oczyszczonemu garniturowi. Wreszcie zapytał, wciąż nie zdejmując wzroku z ubrania:
- I jak? Wszystko omówione?
Layos – niespecjalnie zadowolony pytaniem wuja – odstawił butelkę i podszedł do Yanaki. Wyjaśnił półszeptem:
- Wszystko dostało w d... Sam wiesz.
Yanaką targnęła nagle narodzona złość. Jego twarz zaczerwieniła się, był wściekły. Podbiegł do nocnego stolika i przewrócił go kopniakiem. Layos obserwował jego poczynania, nie wypowiadając ani słowa.
- Znowu, do cholery! Cały czas jakieś problemy. Z wami trzeba chodzić za rękę, do cholery?
Layos milczał. Śmiał się w duszy. Nie pierwszy raz był mimowolnym świadkiem wybuchu z Yanaki.
- Co tym razem poszło nie tak?
Młodzieniec postawił dopiero co przewrócony stolik, usiadł na nim i zaczął opowiadać:
- Aresztowali paru naszych. Benrey jest specem od komputerów, więc włamie się do sieci więziennej i poszpera w danych. Zobaczymy, jak z nimi postąpią. Musimy ich ratować. Głupio by było, gdyby powystrzelali naszych ludzi jak psy.
Yanaka słuchał uważnie – tak, rzeczywiście nie wydarzyło się nic miłego. Ale czy oby na pewno z góry trzeba skazywać akcję na niepowodzenie?
- Ano, rozumiem: poddamy się bez walki. Jak wolisz.
Layos westchnął – męczyły go już humory Yanaki. Uczynił kilka kroków w kierunku drzwi, odwrócił się i powiedział:
- Tak będzie lepiej. Najlepiej. Po co ryzykować? Prezydenta Unii i tak prędzej czy później ktoś stuknie.
Opuścił zaciemnioną pracownię, zamknął za sobą drzwi. Yanaka uspokoił się nieco, zwilżył twarz wodą i zasiadł za biurkiem. Sięgnął po leżące naprzeciwko niego arkusze papieru. Nałożył na nos okulary, zabrał się za czytanie. Co chwila przerywał jednak, by zdjąć z nosa okulary i dać się ponieść fantazji – marzył o śmierci głównego zarządcy Unii. Unia Złączenia miała obchodzić wkrótce dziesięciolecie istnienia – okrągły jubileusz. Dziesięć lat żył podpisany dziwnym pseudonimem, dziesięć lat nie był Polakiem. Jeden z dekretów wprowadzonych przez Unię, mówił o zjednoczeniu wszystkich istniejących państw – zaczynając od najpotężniejszych, a kończąc na tych najdrobniejszych. Pragnął śmierci założyciela Unii, którego buntownicy nazywali Animali. Zrezygnować z akcji? Pozwolić Animaliemu spokojnie przejechać miasto? Nie! Odrzucił dokumenty i pognał po garnitur. Kiedy już go na siebie narzucił, wyciągnął z szafy podręczną broń, załadował i umieścił za skórzanym paskiem. Przejrzał się w lustrze – garnitur leżał idealnie, krawiec odwalił kawał dobrej roboty. Lecz on – Yanaka – w niczym nie przypominał dawnego siebie. Siwych kosmyków było już więcej, niż tych naturalnie czarnych. Szkoda – starość go nie omija.
Layos dotarł do domu tuż przed popołudniową godziną policyjną. Zdjął błękitną marynarkę, rozłożył się na skórzanej sofie. Przysnął. Dopiero po paru minutach zbudził go dźwięk telefonu komórkowego. Otrzymał wiadomość od Yanaki:
„Show musi trwać – jak śpiewał Mercury. Biorę robotę na siebie. Do zobaczenia!”.
Do Layosa dopiero po kilku minutach dotarły złe wieści. Dopiero po kilku minutach pojął, jak bardzo zaryzykuje jego ukochany wuj. Prezydent Unii nie będzie podróżował w samotności, to pewne. Jeśli Yanace dopisze szczęście – zabije go, ale stuprocentowo pewne było, iż w całości stamtąd nie ucieknie. Jeżeli nie zabiją podstarzałego Yanaki, to uczynią wszelkie możliwe kroki, by zniszczyć mu życie.
Prezydent podróżował potężną limuzyną pancerną typu poduszkowiec. Za limuzyną, na motocyklach, jechało dwóch ochroniarzy, a przed jej maską – wojskowi w czołgu. Yanaka zdawał sobie sprawę, iż ma niewielkie szanse z wojskowymi, zakutymi w kilkutonowej maszynie. Postawił samochód naprzeciw drogi prowadzącej na Plac Zjednoczenia. Na placu tym zaplanowano drugą część obchodów dziesięciolecia funkcjonowania Unii.
Layos spojrzał na zegarek – lada chwila wybić miała godzina ataku. Prędko wstał z kanapy i pognał do garażu, gdzie czekał na niego zdezelowany sedan rocznik 2011.
Zza zakrętu wyjechał czołg, za nim srebrna limuzyna, a z kolei za nią – ochroniarze na motocyklach. Żołnierze nie zwracali uwagi na samochód Yanaki, choć z okazji przybycia prezydenta zamknięto ruch w całym mieście. Wzięli Yanakę za któregoś z całej masy cywilów strzegących porządku.
Uruchomił silnik. Czołg jechał tuż po środku. Najpierw należało go wyminąć, ażeby móc wbić się w limuzynę prezydenta. Docisnął pedał gazu do dechy. Wyliczył, że najlepiej ruszyć akurat z tego miejsca. Przypadkiem ujrzał samochód Layosa – młodzieniec przybył, przejął się losem starego wuja. Czołgiści szybko domyślili się, iż zaraz będą świadkami niecodziennego wydarzenia. Doszli do wniosku – należy walczyć, przeciwstawić się buntownikowi. Niewielki samochód Yanaki gwałtownie wyminął czołg. Prezydent był pewien, że lada moment zginie. Jako, iż limuzyna używała funkcji autopilota, doskoczył do kierownicy i zaczął majstrować przy komputerze pokładowym, lecz było już za późno – wóz Yanaki wbił się w pancerną limuzynę prezydenta, przerzucił jego ciało na tylną kanapę i zmiażdżył. Gapie rozpierzchli się po okolicy, ochroniarze prezydenta rzucili się szefowi na ratunek. Layos wiedział, że właśnie zginął jego wujek, lecz nie potrafił usunąć z umysłu jedynej radosnej myśli – Yanaka do końca pozostał sobą.
Minęło piętnaście lat, nim odważyłem się powrócić do miasta. Tak, to ja – Layos, dawniej Marek. Nie wiem, czy uwierzycie, ale na pierwszy rzut oka wszystko wydało się być takie samo jak dawniej. Miasto nie zmieniło oblicza. Racja – postawiono kilkaset nowych biurowców, nowoczesnych kamienic, mostów, zainstalowano Internet w ostatnich nieoświeconych dzielnicach. Lecz ja nie umiałem początkowo dostrzec tychże zmian.
Oficjalni buntownicy – tacy, którzy obnosili się ze swoimi poglądami otwarcie, przy wszystkich, nie skrywali ich wyłącznie dla siebie, spotykali się w opuszczonym magazynie za miastem. Magazyn, to zabawne. W każdym filmie, o ile dobrze pamiętam, ludzie z marginesu zbierali się nigdzie indziej, jak w opuszczonych magazynach. Następcą Yanaki mianowano Saylana. Podobno Yanaka sam go wskazał. Nie wiem, szczerze mówiąc trudno mi w tę wersję uwierzyć. Saylan nie nadaje się do bycia kimś, od kogo zależą losy wielu ludzi. Niegdyś krążyły nawet plotki, których twórcy oskarżali go o współpracę z Unią Złączenia. A przecież z Unią walczyliśmy.
- Layos, proszę, wejdź – Saylan wystawił głowę zza futryny.
W przedsionku było już prawie zupełnie ciemno. Gdyby nie świecący elektroniczny zegar, wiszący naprzeciwko biura mojego ówczesnego szefa, nie odczytałbym nazwiska z tabliczki, przybitej do drewnianych drzwi. Wszyscy wiedzieliśmy, że Saylan za biuro przyjął sobie dawną przechowalnię delikatnych towarów.
- Witam – odrzekłem, kiedy przekroczyłem próg prowizorycznego biura. Zamknąłem za sobą drzwi. – Dobrze, że kazał mi pan się tutaj zjawić. W innym przypadki i tak prędzej czy później bym tu dotarł.
Saylan pokiwał głową ze zrozumieniem. Usiadł na drewnianym krześle za biurkiem i przysunął w moim kierunku postrzępioną fotografię.
- Wiesz, kto na niej jest? – zapytał. – Poznajesz tych ludzi?
Zaprzeczyłem. Rzeczywiście ich nie znałem. Saylan wyjaśnił:
- Ten pierwszy z lewej brunet, to twój wujek: Yanaka. Obok niego stoję ja, a na schodach siedzi Mays. Znasz go?
Znać, nie znałem, co najwyżej kojarzyłem. Wujek przystąpił do organizacji wiele lat przede mną, często opowiadał o swoich znajomych, kiedy nie byłem jeszcze wtajemniczonym.
- Mays pracował przez długie lata z twoim wujem. Po śmierci Yanaki zniknął na parę tygodni. Nikt nie wie, gdzie wtedy był. Zresztą, nikt go o to nie pytał.
Mnie interesowało jedno – jak bardzo zmienił się Saylan. Na głowie rosło mu już jedynie kilka siwych włosów, a twarz wyokrąglała, powstało na niej mnóstwo mniej lub bardziej dostrzegalnych zmarszczek. Postarzał się.
- Twój wuj był honorowym człowiekiem. A ty, co ty chcesz robić? Masz jakieś plany?
Pytał o plany, „jakieś plany”. A ja żadnych planów nie miałem, dosłownie żadnych. Niczego nie planowałem, szedłem – jak to mówią – na żywioł.
- Chciałbym walczyć dla organizacji. Tak, jak mój wuj – odparłem.
Na twarzy Saylana pojawił się uśmiech, a do oczu napłynęły mu łzy. Moje wyznanie odebrał całkowicie serio. I takim ono było, jednakże Saylan nie znał mojej położenia – blisko czterdziestolatek bez pracy, grosza przy duszy i jakichkolwiek zamiarów. Nie pochwalał takiego stylu życia.
- Cieszę się, naprawdę się cieszę, Layos. Powiedz mi: widziałeś śmierć Yanaki? W ogóle wiesz co nieco na ten temat?
- Byłem przy tym.
Nie powiedziałem ani słowa więcej. Wystarczyło mu krótkie oświadczenie – widziałem śmierć wujka, jestem zdeterminowany, chcę walczyć.

Następnego dnia załapałem się na spotkanie obecnych w budynku członków organizacji. Wśród nich byli Mays i Saylan. Usiadłem pomiędzy nimi, by, w razie konieczności, móc się do nich odezwać. Zebranie prowadzić powinien Mays, bowiem to on, w wypadku śmierci Saylana, sprawowałby pieczę nad przymierzem antyunijnych. Zastąpił go Salusco – wysoki, postawny blondyn w moim wieku. Długo opowiadał o działaniach Unii, aż nareszcie przerwał i zapytał:
- Propozycje? Może głosy?
Podniosłem rękę.
- Tak, Layos. Proszę, mów.
Znał moje imię, byłem zadowolony. Zdobył w ten sposób uznanie zebranych.
- Ale najpierw o coś zapytam, jeśli mogę – zgodził się. Kontynuowałem. – Czy prezydent przeżył tamten zamach? Kto jest jego zastępcą, jeżeli skończył w piachu? Chciałbym wiedzieć.
- Słusznie. Już mówię: prezydent przeżył. Łajdak ledwie zipiał, ale przeżył, Wierzysz?
Wierzyłem. W życiu rzadko dzieje się tak, że to, co wydawałoby się być najprostszym, stawało się rzeczywistością. Nietrudno o skomplikowane zakończenia.
- A propozycja?
Saylan i Mays podnieśli głowy. Moja aktywność wzbudziła w nich podziw:
- Wnioskuję, że po wszystkim prezydent zbiegł gdzieś daleko. Tak?
- Tak, Layos. Nikt nie wie, co się z nim dzieje. Ten drań był podobno mistrzem kamuflażu.
- Więc proponuję go odnaleźć i wyciągnąć jak najwięcej informacji.
Pomysł uznali za dobry, ale byli zbyt leniwi, by zechcieć działać. Przytaknęli dla świętego spokoju i dalej wpatrywali się w blat stołu. Obrady trwały niecałe trzy godziny. Sto osiemdziesiąt minut wystarczyło, ich zdaniem, na omówienie każdego istotnego problemu. Gdy wszyscy kierowali się ku wyjściu z dużej sali, narodziła się we mnie natura lwa – zapragnąłem walczyć, choćby na własną rękę. Wuj przelał krew nie po to, by później patrzeć z góry na rozleniwionych, przemądrzałych facetów, a po to, aby poprawić cudze błędy. Skoro prezydent przeżył, choć skazano go na śmierć – wyrok winien zostać wykonany z powodzeniem.
Dniami i nocami ślęczałem przed ekranem komputera. Domu nie widziałem od miesięcy. Wolałem przebywać tutaj, w magazynie, niż leżeć na sofie we własnym salonie i wysłuchiwać krzyków chamskich żołnierzy. Godzina policyjna przetrwała próbę czasu, cholera, że też ktoś wpadł na pomysł tak głupi i zarazem nieludzki. W czasie poszukiwań i rozmów odkryłem, iż Mays znikał niejednokrotnie. Zazwyczaj wtedy, gdy Unia organizowała konferencje. Prezydenta nikt z naszych jak dotąd nie widział, więc… Z miejsca zacząłem podejrzewać Maysa o zdradę. Przyznałem się do tego dość śpiesznie, wiem, ale nie skazałem go na śmierć bez wcześniejszych, nieoficjalnych przesłuchań. O podejrzeniach powiedziałem wyłącznie Sulascowi. Przejął się moimi planami. Bez ogródek przyznał, że wolałby mieć w swoich szeregach ludzi pewnych, czyli takich, którzy nie patrzą na brata jak na wilka. Wtedy wytłumaczyłem mu:
- Sulasco, zrozum, nic do was, ani na was, nie mam. Ale nienawidzę zdrajców. I, jeśli moje przypuszczenia okażą się mieć związek z prawdą, poczynię kroki, żeby zgładzić Maysa.
Zaufałem Sulasce. On jedyny nikomu nie opowiedziałby o spowiedzi, jaką usłyszał z moich ust.
Pierwsze, co zrobiliśmy, to potajemnie przeszukaliśmy komputer Maysa. Przy okazji sprawdziliśmy listę ostatnich połączeń internetowych, przelewów bankowych i tak dalej. Do niczego ekscytującego nie doszliśmy. Postanowiliśmy zatem bliżej przyjrzeć się mieszkaniu podejrzanego, o którym Mays przenigdy nie opowiadał.
Mays mieszkał w eleganckiej kamienicy, w centrum metropolii. Istniała tylko jedna karta, umożliwiająca zajrzenie do wnętrza owego mieszkanka. My, jak na poważnych detektywów przystało, skorzystaliśmy z podrabianej. Do miasta wybraliśmy się późnym wieczorem, na krótko przed godziną policyjną. Pojechaliśmy samochodem Sulasci, bo jego wóz nie rzucał się w oczy. Cichaczem przedostaliśmy do się do niestrzeżonego budynku i odszukaliśmy mieszkanie numer dwadzieścia dziewięć.
- Przyłóż kartę – rozkazał Sulasca.
Przystawiłem podłużną kartę do czytnika. Po chwili drzwi stanęły przed nami otworem. Przeszukanie rozpoczęliśmy w pokoju położonym najbliżej wejścia. Na wszelki wypadek wyjąłem z kabury podręczny pistolet. Uchyliłem bogato zdobione drzwi i… Moim oczom ukazała się postawna sylwetka żołnierza w mundurze.
- Cholera! – krzyknął Sulasco.
Uniosłem broń na wysokość ramion i wystrzeliłem. Potężne ciało żołnierza bezwiednie opadło na stojący nieopodal tapczan. Pocisk przeszył ciało wojaka i rozszarpał jedną z poduszek, chmura białych piórek wystrzeliła ku sufitowi.
- Wystarczy – powiedział mój kompan. – Teraz możemy być pewni, że Mays z nimi współpracuje.
Obecność żołnierzy, członków Unii Złączenia, przesądzała sprawę. Dwadzieścia minut później, dokładnie nie pamiętam, jak długo trwała droga powrotna, zwłoki Maysa leżały przed nami. Sulasco osobiście przestrzelił mu czaszkę. Przed śmiercią Mays wyznał, że poinformował Unię o planowanych zamachu na prezydenta, prezydentowi z kolei nie piśnięto o tym ani słowa. Zdrada Maysa była mało istotna, lecz dla zdrajców odwiecznie przygotowana jest tylko jedna droga. On już ją poznał.
Zbliżyłem się do okna i przyjrzałem miastu – śmierć zdrajcy, jego przejście na drugą stronę, do galerii łajdaków – jak ją nazywaliśmy, nic nie zmieniła – żołnierze wciąż patrolowali miasto, Unii nie rozwiązano, a my nie staliśmy się bohaterami. Najlepsze było to, że nikomu nie udało się opisać czasów, w których przyszło nam żyć. W filmach, wówczas science-fiction, roboty nękały ostatnich żyjących, androidy zastępowały zmęczonych życiem ludzi, a buntownicy krążyli po mieście z granatnikami na ramionach. Ten świat, świat przeze mnie widziany, wyglądał diametralnie inaczej – androidów większość ludzi nie widziała na oczy, roboty pozostawały za murami zelektronizowanych koszar, a wojskowi nie nosili niechlujnych mundurów. Wręcz przeciwnie – brylowali w towarzystwie karabinów, przewieszonych na plecach i z krawatami, zaciśniętymi pod szyjami. Lecz tymże wizjonerom, starającym się długo przed moimi narodzinami ukazać charakter przyszłości, które stała się teraźniejszością, udało się odnieść pojedynczy sukces. Trafili – to były najokrutniejsze czasy, jakie człowiek mógł sobie wyobrazić.



Awatar użytkownika
VV
Umysł pisarza
Posty: 841
Rejestracja: wt 11 wrz 2007, 00:11
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: ze wsi
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: VV » pn 15 lut 2010, 22:21

Przemyśl tytuł, bo to pleonazm chyba.

Joe_Edit:
VV, gdybyś jednak pokwapił się o obszerniejszy komentarz, nikt nie będzie Ci miał tego za złe ;)


Marti EDIT:
słuszna uwaga VV, z tym, że to jest tautologia (Wzajemna współpraca, dzień dzisiejszy, unia związkowa)...
Ostatnio zmieniony wt 16 lut 2010, 09:36 przez VV, łącznie zmieniany 3 razy.


- Nie skazują małych dziewczynek na krzesło elektryczne, prawda?
- Jak to nie? Mają tam takie małe niebieskie krzesełka dla małych chłopców... i takie małe różowe dla dziewczynek.

Awatar użytkownika
djas
Pisarz osiedlowy
Posty: 309
Rejestracja: pn 21 gru 2009, 20:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Pabianice
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: djas » czw 25 lut 2010, 13:44

minojek pisze:Yanaka czyścił ciemny garnitur. Odszedł parę kroków i przyjrzał mu się uważnie – wykonał dobrą robotę, był z niej zadowolony. Odłożył szczotkę, którą czyścił garnitur


Powtórzenie, całkowicie niepotrzebne. Przecież wiadomo, co nią robił przed chwilą.

minojek pisze:czy woli sięgnąć po którąś z niedokończonych potraw, czy sięgnąć po chleb


Znów powtórzenie.

minojek pisze:- Wejdź – powiedział, bowiem wiedział, że za drzwiami stoi Layos.
Żelazne drzwi rozwarły się. W progu stanął Layos – przyszywany siostrzeniec Yanaki,


Wejdź - powiedział, wiedząc kto za nimi stoi. Unikasz trzeciego w tak małym fragmencie powtórzenia.

minojek pisze:świadczyły o tym ciemne nieułożone włosy


Rozumiem, że ciemne włosy też świadczą o tym, że o siebie nie dba?

minojek pisze:- Wziąłbyś się za siebie – polecił Yanaka.


Wziąłbyś to nie polecenie, tylko sugestia.

minojek pisze:butelkę domowej roboty bimbru.


Bimber zawsze jest domowej roboty. Kupny ma bardziej wyszukane nazwy (brandy), choć smakuje podobnie.

minojek pisze:Yanaką targnęła nagle narodzona złość.


Narodzona złość? Nie. Yanaka zezłościł się. Po prostu. Poza tym już był zdenerwowany, bo nie wiedział, co ma wziąć z lodówki.

minojek pisze:Ale czy oby na pewno


Po co to oby?

minojek pisze:Dziesięć lat żył podpisany dziwnym pseudonimem, dziesięć lat nie był Polakiem.


Dziesięć lat podpisywał się dziwnym pseudonimem. Jeśli już... Jakim pseudonimem? Nic nie rozumiem.

minojek pisze:Jeden z dekretów wprowadzonych przez Unię, mówił o zjednoczeniu wszystkich istniejących państw – zaczynając od najpotężniejszych, a kończąc na tych najdrobniejszych


Jak wszystkich, to wiadomo, że małych i dużych i średnich...

minojek pisze:Pozwolić Animaliemu spokojnie przejechać miasto?


Pewnie, że nie powinien. A czym będzie to robił walcem? Szkoda miasta. Przez miasto!

minojek pisze:ale stuprocentowo pewne było, iż w całości stamtąd nie ucieknie.


Może uda mu się uciec choć w kawałku? Ale pewnym było, że nie wyjdzie z tego cały. Chyba o to Ci chodziło?

minojek pisze:Jeżeli nie zabiją podstarzałego Yanaki, to uczynią wszelkie możliwe kroki, by zniszczyć mu życie.


Po co tak kombinujesz? Robiąc tak wychodzą Ci śmieszne, albo niestrawne zdania. Najważniejsza zasada: pisz prosto, by łatwo się czytało. Uczynią wszystko, by...

minojek pisze:Layos wiedział, że właśnie zginął jego wujek, lecz nie potrafił usunąć z umysłu jedynej radosnej myśli – Yanaka do końca pozostał sobą.
Minęło piętnaście lat, nim odważyłem się powrócić do miasta. Tak, to ja – Layos


I tak ni z tego, ni z owego zmieniasz styl narracji. A to wcześniej, to kto opowiadał?

minojek pisze:ludzie z marginesu zbierali się nigdzie indziej, jak w opuszczonych magazynach.


zbierali się właśnie w opuszczonych

minojek pisze:W przedsionku było już prawie zupełnie ciemno. Gdyby nie świecący elektroniczny zegar, wiszący naprzeciwko biura mojego ówczesnego szefa, nie odczytałbym nazwiska z tabliczki, przybitej do drewnianych drzwi. Wszyscy wiedzieliśmy, że Saylan za biuro przyjął sobie dawną przechowalnię delikatnych towarów.


A po co miał czytać nazwisko na tabliczce? Ukrywają się, spotykają w magazynie, a ktoś sobie przytwierdza tabliczkę z nazwiskiem na drzwiach? I jakie to te delikatne towary?!

minojek pisze:- Witam – odrzekłem, kiedy przekroczyłem próg prowizorycznego biura. Zamknąłem za sobą drzwi. – Dobrze, że kazał mi pan się tutaj zjawić. W innym przypadki i tak prędzej czy później bym tu dotarł.
Saylan pokiwał głową ze zrozumieniem.


Szczęściarz, bo ja nic nie rozumiem.

minojek pisze:Zaprzeczyłem. Rzeczywiście ich nie znałem. Saylan wyjaśnił:
- Ten pierwszy z lewej brunet, to twój wujek: Yanaka. Obok niego stoję ja


A to się musieli pozmieniać biedacy... Zdjęcie było z przedszkola?

minojek pisze:Usiadłem pomiędzy nimi, by, w razie konieczności, móc się do nich odezwać.


Faktyczni, inaczej nie dałby rady...

minojek pisze:Słusznie. Już mówię: prezydent przeżył. Łajdak ledwie zipiał, ale przeżył, Wierzysz?
Wierzyłem. W życiu rzadko dzieje się tak, że to, co wydawałoby się być najprostszym, stawało się rzeczywistością. Nietrudno o skomplikowane zakończenia.
- A propozycja?
Saylan i Mays podnieśli głowy. Moja aktywność wzbudziła w nich podziw:
- Wnioskuję, że po wszystkim prezydent zbiegł gdzieś daleko. Tak?


Nic nie rozumiem. Po pierwsze Layos uciekł z miasta na piętnaście lat. To nie znaczy, że odciął się od informacji ze świata. Po drugie - dlaczego prezydent miałby uciekać? Przecież nie on był przestępcą?

Jakimś cudem doczytałem, choć przyznam, że większość błędów pominąłem.

Moja rada - wyrzuć to, spal i nikomu nie pokazuj.

Nie robisz błędów ortograficznych i nieźle u Ciebie z interpunkcją. To jedyne plusy.

Styl katastrofalny. Opowieść fatalna, bez sensu, nudna i niewiarygodna. Tak ciężkich słów jeszcze na tym forum nie użyłem, ale w każdym kiepskim tekście doszukiwałem się jakiegokolwiek sensu. Tutaj go nie było. Popełniasz proste błędy merytoryczne, fabułę tworzysz straaaasznie naiwną. To najgorszy Twój tekst, jaki czytałem.

Moja rada. Zanim coś napiszesz - przemyśl to. Nad tekstem, który kilka lat temu otwierał numer Science Fiction, myślałem rok. Dopieszczałem bohaterów, obmyślałem akcję, wszystko musiało być wiarygodne i ciekawe. To była ciężka praca, ale się opłaciła. Ty napisałeś jak na kolanie coś, co Ci przyszło do głowy. Nie ma to ładu, ani składu. Ludzie są oderwani od rzeczywistości i nieprawdziwi. Pokazałeś kilka scen, z których żadna nie nadaje się do czytania. Tu nawet nie ma co poprawiać. Spal to i następny tekst przemyśl bardziej. "Wolność na przykładzie psa" świadczy, że potrafisz pisać lepiej. Ten tekst jest tragiczny!


Dariusz S. Jasiński

Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » czw 01 kwie 2010, 14:00

Yanaka czyścił ciemny garnitur.[1] Odszedł parę kroków i przyjrzał mu się uważnie – wykonał dobrą robotę, [2]był z niej zadowolony.


Zobacz na tą scenę:
[1] - Czyści garnitur i naraz przechodzi. Brakuje tutaj czegoś, co ukazałoby, że przestał.
[2] - on z roboty nie był zadowolony, lecz z siebie - ponieważ to on ją wykonał.

Yanaka czyścił ciemny garnitur. Odszedł parę kroków i przyjrzał mu się uważnie – wykonał dobrą robotę, był z niej zadowolony. Odłożył szczotkę, którą czyścił garnitur i – podśpiewując – udał się w stronę kuchni. Otworzył staromodną lodówkę – była pełna przeróżnych niedojedzonych dań, otwartych konserw, opakowań włoskich serów i butelek czystej wody. Yanaka nie potrafił zdecydować, czy woli sięgnąć po którąś z niedokończonych potraw, czy sięgnąć po chleb i żółty ser. Zamknął więc z hukiem lodówkę i – będąc już zdenerwowanym – powrócił do pracowni. Usłyszał pukanie do drzwi.

Zauważ, że każde zdanie rozpoczynasz wykonaną czynnością. Plastyka tekstu na tym traci. Warto tez zwrócić uwagę na to, że brakuje tu wydzieleń na nowe linijki (nowe sceny).

Zamknął więc z hukiem lodówkę i – będąc już zdenerwowanym – powrócił do pracowni. Usłyszał pukanie do drzwi.


Błąd imiesłowu przysłówkowego współczesnego. Będąc zdenerwowany, powrócił do pracowni. Musisz wyciąć imiesłów i będzie dobrze.

- Wejdź – powiedział, bowiem wiedział, że za drzwiami stoi Layos.

rymowanka.

Jego twarz zaczerwieniła się, był wściekły.

Jego twarz to on - nie osobny byt. Napisz, jak było:
Zaczerwienił się/pokraśniał na twarzy.

Co chwila przerywał jednak, by zdjąć z nosa okulary i dać się ponieść fantazji

co chwilę.

Czołg jechał tuż po środku.

dlaczego: tuż?

Nie podobał mi się ten tekst. Przewertowałem go do końca. Bardzo słaba narracja, w której miotasz się pomiędzy uczuciami a akcją. Zapominasz, że to trzeba wydzielić w akapity, aby płynnie można było odtwarzać sobie to, co chcesz przekazać. Na przykład przejście ze sposobu narracji wywołało u mnie niemałe zdziwienie. To dobry zabieg, ale ten prolog powinien być oddzielony wyraźną krechą. Jak we wszystkich twoich tekstach problem stanowią bohaterowie - są papierowi. Nic do nich nie czuję. Nie poświęcasz im żadnej konkretnej linijki, która opowiadała by o nich, przekazywała ich wartości, myśli, czym się kierują lub jak postrzegają świat - to składowe każdego człowieka i to na tej bazie konstruuję swoje uczucia wobec postaci.

Cała opowieść, fabuła jest słaba, nielogiczna i źle poprowadzona. Niestety, ale z żalem stwierdzam, że w ciągu ostatnich miesięcy nie zrobiłeś postępu. Zamiast szlifować tekst, piszesz nowy. Nie, nie tędy droga i jestem zawiedziony.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.

Awatar użytkownika
djas
Pisarz osiedlowy
Posty: 309
Rejestracja: pn 21 gru 2009, 20:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Pabianice
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: djas » czw 01 kwie 2010, 19:15

Tu na chwilę obecną znajduje się poprawiona wersja powyższego tekstu.

http://weryfikatorium.pl/forum/viewtopi ... 2889#70089

Jeśli masz Marti jeszcze troszkę sił, aby wrócić raz jeszcze do tej historii, to zerknij. Jest poprawa w stosunku do tego tekstu, a sam ocenisz, czy w umiejętnościach pisarskich.

Marti EDIT: Dziękuję, zapoznałem się i wypowiedziałem.
Ostatnio zmieniony czw 01 kwie 2010, 19:50 przez djas, łącznie zmieniany 1 raz.


Dariusz S. Jasiński


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości