Likantropia.

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Miyamoto Musashi
Pisarz osiedlowy
Posty: 227
Rejestracja: ndz 28 maja 2006, 20:11
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Likantropia.

Postautor: Miyamoto Musashi » wt 21 lis 2006, 20:16

Podczas mojej nieobecności napisałem sobie opowiadanko :P Mam nadzieję że ktoś przeczyta... :D



Likantropia



Czarny dyliżans ciągnięty przez dwa gniade konie mknął przez brukowaną, leśną drogę. Na koźle siedział otyły woźnica z czarnym melonikiem na głowie, a przez ciemne szyby dyliżansu można było dostrzec mężczyznę. Na jego głowie spoczywał ciemny cylinder a z pod wąsów wystawała fajka. Człowiek ten był ubrany w szary rozpięty pałasz, pod którym, znajdował się równie szary garnitur. Teraz paląc fajkę, podziwiał widoki i wystukiwał laską rytm jakieś starej piosenki.

Dyliżans, którym John Herbs jechał do Nowego Yorku zepsuł się podczas przejazdu przez małą zacofaną wioskę Mondcity. Pękła w nim ośka i woźnica stwierdził, że jeśli nie zdobędą nowego wozu to szybko stąd nie wyjadą. Niestety wyglądało na to, że w tej miejscowości nie ma żadnych powozów. Herbs był spokojnym i zrównoważonym lekarzem, stwierdził, że może tu poczekać parę dni aż powóz będzie zdatny do dalszej drogi. Postanowił przenocować w tutejszym hotelu. W Mondcity poza hotelem był jeszcze zajazd i kilkanaście domów. Mieszkańcy handlowali z odległymi miejscowościami, ale sami rzadko wyjeżdżali z miasteczka, ponieważ bali się niebezpieczeństw czyhających w lasach otaczających Miasto.

John wypakował swoje bagaże i ruszył brukowaną ulica w stronę hotelu. Trzymając walizki w dłoni wszedł do sporego budynku z wywieszonym nad drzwiami napisem „Motel Markusa”. Znalazł się w niedużym pokoju na środku, którego stało potężne biurko, za którym siedział niski człowieczek palący cygaro. Za nim były schody prowadzące na piętro, a na ścianach wisiało parę obrazów. Garnitur Jona zrobił duże wrażenie na małym człowieczku: odłożył cygaro na biurko i wpatrywał się w niego z szeroko otwartymi ustami. John grzecznie odezwał się pierwszy:

- Witam szanownego Pana. Chciałbym wykupić pokój na noc, ponieważ zepsuł mi się dyliżans i naprawa może trochę potrwać.

- Eee… Si! Si! Oczywiście senior. Mamy tu mało gości, proszę wybaczyć moje zdziwienie. Na jedną noc? Si? To będzie jakieś pięć dolarów razem ze śniadaniem. – Widząc, że John sięga po portfel mały jegomość mówił dalej. – To dla nas zaszczyt gościć takiego szanownego człowieka jak Pan. Bardzo się cieszymy, że wybrał pan nasz hotel! Od kiedy w mieście pojawiły się wilki nikt nie nocował w moim hotelu senior. Dziękuję, dziękuje si, si.

- Wilki?

- Tak senior wilki… - Mina człowieczka przybrała smętny wyraz a w jego oczach John dostrzegł szaleństwo. – Przyszły nad ranem, rozbiły drzwi i zagryzły moją żonę. – Mówiąc to Hiszpan wstał i złapał Herbsa za poły płaszcza, krzycząc mu w twarz. – ZAGRYZłY! ROZUMIESZ ONE Ją Z A G R Y Z ł Y. – Puścił Johna i opadł spowrotem za biurko. Po chwili wygrzebał z szuflady klucz i podał go Herbsowi. – Pokój dwadzieścia trzy na końcu korytarza…

John ominął biurko i wszedł po schodach szukać swojego pokoju, za sobą słyszał szloch. Było mu przykro, że musiał tego miłego człowieka doprowadzić do takiego stanu. Pokój Johna był mały, jak chyba wszystko w tym hotelu z wyjątkiem biurka Hiszpana. Stało w nim łóżko, stolik z lampką naftową i wisiało parę obrazków na ścianie. Przez małe okno wpadało trochę światła. Herbst postawił swoje walizki na łóżku. Wypakował z nich ubrania i wyszedł szybko zamykając pokój na klucz. Miał dosyć tego małego pomieszczenia, przyprawiało go o klaustrofobie a myśl, że będzie musiał tu spędzić noc wywoływała dreszcze.

John wszedł przed hotel. Ze zdziwieniem stwierdził, że miasteczko mimo wczesnej godziny było opustoszałe. We wszystkich domach paliły się światła, chociaż do zapadnięcia zmroku zostało jeszcze około dwóch godzin. Herbs ruszył do zajazdu znajdującego się naprzeciwko hotelu. Był to spory oszklony budynek w środku było widać paru ludzi popijających piwo przy stolikach. Za ladą kręcił się barczysty jegomość i wycierał kufle po piwie. Kiedy John wszedł do sklepu wszyscy ze zdziwieniem spojrzeli w jego stronę? Herbs podszedł do lady:

- Mógłby mi pan sprzedać butelkę whisky? – Barczysty sklepikarz spojrzał się na niego, poczym ściągnął z pułki butelkę trunku i postawił ją na ladzie. – To będzie jakieś trzy i pół dolara. – John zapłacił i wziął butelkę. Rozejrzał się po sali. Przy jednym ze stolików siedziało dwóch starszych panów i grało w pokera, w kącie sklepu zobaczył brodatego, zgarbionego dziadka, popijającego coś z butelki. Jon podszedł do niego i uzyskawszy zgodę usiadł przy stoliku.

- Słyszał pan coś o wilkach, które podobno zagryzły żonę właściciela hotelu? – Spytał po chwili. Staruszek spojrzał na niego mętnym wzrokiem i odparł:

- Tak… Te Wilki przybył do miasteczka prawie miesiąc temu, podczas pełni księżyca. – Dziadek beknął i mówił dalej. – Pozagryzały zwierzęta i wdarły się do kilku domów, zabijając wszystko, co stanęło na ich drodze… Później nękały nas jeszcze parę razy. Wszyscy się boimy dnia, kiedy przybędą znowu zabijać i mordować… - Jon ujrzał strach w oczach dziadka, który kontynuował: - One nie były normalne nie widziałem ich dobrze, ale wiem, że to nie były wilki, tylko jakieś wilkom podobne bestie… Widziałem, co zrobiły z Frankiem Samotnikiem. Miał rozdrapaną twarz i był nabity na pal… Boże, co my poczniemy, jeśli one wrócą… O Jezusie chroń nas… bur… - Dziadek mówił szeptem jeszcze przez chwilę poczym opadł na stolik i zasnął. Jego opowieść wstrząsnęła Johnem. Siedział jaszcze chwilę przy stoliku i odkręciwszy butelkę whisky pił prosto z niej. Pokrzepiwszy się wstał i wyszedł z sklepu. Sklepikarz patrzył na niego a mężczyźni siedzący przy stoliku grali w pokera.

Herbs schował butelkę whisky za połę garnituru. Poszedł spojrzeć jak radzi sobie jego woźnica. Ta miejscowość napawał go lękiem i odrazą, chciał stąd odjechać jak najszybciej. Niestety nigdzie nie mógł go znaleźć a wóz zniknął z głównej ulicy. John pomyślał, że jego woźnica musiał pójść do czyjejś stodoły żeby móc pracować w nocy. Uspokojony tą myślą, wrócił do hotelu i od razu skierował się do swojego pokoju. Usiadł na łóżku i powoli opróżnił butelkę mocnego trunku.

Ze snu wyrwało go czyjeś łomotanie w jego drzwi. Zerwał się z łóżka i upadł, rękami ściskał skronie. Skutki uboczne alkoholu dawały o sobie znać, John podniósł się i na oślep namacał drzwi. Otworzył. Do pokoju wpadł przerażony mały Hiszpan i wyszeptał jedno słowo:

- Wilki…- Wybiegł z pomieszczenia i zaczął coś wykrzykiwać. John pobiegł za Hiszpanem. Ze zdziwieniem zobaczył, że w hotelu zebrało się pełno ludzi. Drzwi wyjściowe były zastawione wielkim biurkiem małego Hiszpana. Wszyscy zebrani ściskali lampy naftowe, nikt się nie odzywał. Rozległ się przeszywający skowyt. Ktoś jęknął. John zszedł po cichu i stanął przy właścicielu wielkiego biurka. Kolejny skowyt rozdarł ciszę nocną a zaraz po nim rozległ się krzyk jakiegoś człowieka. Ktoś roztrzęsionym głosem stwierdził: - Boże, dorwały kogoś… - Nikt się nie odezwał. Wszyscy stali w przerażeniu czekając aż wilki spróbują dostać się do hotelu. Po kilku godzinach lampy zgasły i nastała ciemność. Dało się słyszeć tylko nierówne oddechy zebranych i cichy szloch jakiegoś dziecka.

Biurko zostało odsunięte parę godzin po wschodzie słońca. John otworzył drzwi. Przed hotelem na bruku leżało parę rozszarpanych ciał. Mżyło, bardzo wyraźnie było czuć spaleniznę. John podszedł do najbliżej leżącego ciała, jego żołądek wyczyniał cuda, ale po chwili się uspokoił. Było to ciało młodego mężczyzny, miał rozdarty brzuch. Herbs sprawdził jego puls. Chłopak nie żył. Podchodził tak po kolei do każdego z ciał i ze smutkiem stwierdzał zgon. Powoli z hotelu zaczęli wychodzić ludzie, niektórzy szlochali inni biegli sprawdzić, co stało się z ich domami. Zrezygnowany Herbs wrócił do Motelu Markusa. Mały człowieczek smętnie układał ksiązki na biurku, kiedy Jon wszedł spytał:

- Dużo zginęło?

- Tak. – Odparł spokojnie John. – Markusie, mógłbyś wezwać waszego burmistrza i rade… No ludzi, którzy żądzą waszym miasteczkiem? żebyśmy się mogli spotkać w zajeździe. Mam im coś ważnego do powiedzenia… A i prosiłbym Ciebie o jakieś prześcieradła. Trzeba przykryć zwłoki. - Markus wysłuchał Jona, kiwnął głową i wszedł na piętro. Kiedy wrócił z prześcieradłami dał je Herbsowi i wyszedł z hotelu. Jon stał chwilę niezdecydowany z prześcieradłami, ale wziąwszy głęboki oddech również opuścił hotel.

Krwawe plamy na prześcieradłach przykrywających ciała, przypominały róże na śniegu. John siedział w zajeździe i palił fajkę. Po paru minutach do zajazdu wszedł Markus w towarzystwie otyłego człowieka. John domyślił się, że jest to burmistrz. Usiedli przy stoliku Herbsa przybysz odezwa się cichym głosem:

- Chciał się pan ze mną spotkać. Tak? – John opróżnił żarzący się tytoń z fajki, wsypując go do popielniczki, skinął głową i przemówił:

- Tak. Uważam, że moje spostrzeżenia dotyczące wilków mogą bardzo panu pomóc. – Burmistrz słuchał Herbsa a Markus siedzący obok zaczął nerwowo obgryzać paznokcie, John kontynuował. – Jestem lekarzem i wielokrotnie widziałem ludzi ranionych przez wilki i psy… Rany ludzi, którzy zginęli dzisiejszego ranka nie wyglądają na rany zadane ostrymi zębami, chociaż są to rany gryzione. ślady po zębach wskazuję na jakieś zwierze roślinożerne lub wszystkożerne. To nie mogły być wilki, chociaż wszyscy je słyszeliśmy. – John przerwał na chwile widząc miny towarzyszy. Zwrócił się do Markusa. – Wiem, że będzie to dla ciebie bolesne, ale czy mógłbyś nam opowiedzieć o tym, co się stało tej nocy, kiedy zginęła twoja żona. Jesteś jedyna osobą, która widziała wilka… - John umilkł i czekając na odpowiedz małego człowieka zaczął nabijać fajkę świeżym tytoniem, burmistrz otarł białą chusteczką spocone czoło poczym wcisnął ja do kieszeni mankietu.

- Tej nocy… - zaczął Markus. – Moja żona położyła się wcześniej spać. Ja siedziałem na górze w naszej bibliotece i czytał jakaś książkę… Nagle dało się słyszeć łomot do drzwi, zbiegłem na dół żeby otworzyć i Ona… Ona już wtedy leżała w kałuży krwi na podłodze… - Głos Hiszpana zaczął się łamać. – Ja… podbiegłem do niej i wtedy zza szafy wypadł na mnie szary cień, warcząc trzasnął mnie w głowę, upadłem i zemdlałem… Nie widziałem go dokładnie, ale pamiętam ze był szary i warczał, warczał strasznie warczał. – Głos Markusa się załamał a on skrył głowę w dłoniach i szlochając mówił. - Nie mogłem jej pomóc… Czemu to mnie spotkało… Boże, boże, boże… - Markus wstał i podszedł do okna. Szlochał jeszcze chwilę poczym wybiegł z zajazdu. John spojrzał na burmistrza i smutnym głosem powiedział:

- Przykro mi z powodu jego żony. Ale jak pan widzi tak naprawdę nie mamy dowodów, że są to wilki może to być jakieś inne dużo bardziej niebezpieczne zwierze. Nie możemy pozwolić żeby znów zginęli ludzie… Proponuje żeby mieszkańcy wioski spędzili dzisiejszą noc w hotelu Markusa.

- To dobry pomysł, ale myślę ze większość ludzi ma w domach broń i umie z niej korzystać… Nie będzie mi pan tu wszczynał paniki wśród ludzi… – Burmistrz był wzburzony i najwyraźniej nieźle przestraszony. – Niech Pan i Pana teorie jak najszybciej, stąd wyjadą, bo zaczynam mieć Pana dość. – Burmistrz wstał i szybko wymaszerował z zajazdu. John został sam i w zadumie palił fajkę, kiedy skończył wytrzepał tytoniowy popiół i udał się wolnym krokiem do hotelu.

Markus z zaczerwienionymi oczyma, kręcił się przy swoim biurku i układał papiery. John podszedł do niego i powiedział:

- Przykro mi z powodu twojej żony... Nie chciałem Cię zasmucać, ale musiałem wiedzieć czy rzeczywiście widziałeś wtedy wilka. – Markus skinął głową i usiadł przy biurku mówiąc: - Rozumiem… Nic się nie stało. Co teraz zrobimy?

- Myślę, że musimy przekonać ludzi żeby spędzili dzisiejszą noc w twoim hotelu, tak jak wczoraj. Burmistrzowi się to nie podoba, ale myślę, że dzisiaj znów zginą ludzie, jeśli będą próbowali stawić czoła „wilkom”.

- Si! Ja pójdę porozmawiać z ludźmi. Myślę, że wielu chętnie tu przenocuje. Nasz burmistrz jest idiotą…

- Dziękuję Markusie masz może jakąś broń?

- Si. – Markus odsunął szufladę biurka i wyciągnął z niej dwulufową strzelbę myśliwską. Broń ta miała obcięte lufy. – Weź ją ja już nie będę potrzebował broni… - Oznajmił Markus i pożegnawszy się wyszedł z hotelu. John otworzył łamaną lufę i stwierdziwszy, że obrzyn jest załadowany odetchnął z ulgą. Poszedł do swojego pokoju, i położył się na łóżku. Chciał się zdrzemnąć, ponieważ męczył go od rana kac po wczorajszej butelce whisky. Sen przyszedł szybko a wraz z nim zniknął ból głowy.

Obudziło go wołanie Markusa, w pokoju panował półmrok. Herbs chwyciwszy przyciętą strzelbę zbiegł na dół. Markus wraz z barczystym barmanem, i mężczyzną, którego John nie znał, zapalali lampy naftowe. Biurko zastawiało drzwi wejściowe hotelu a przez małe, grube okna wpadały ostatnie promienie słońca.

Niecałą godzinę później siedzieli w pokoju na piętrze i jedli kolację, z rozmowy John wywnioskował, że nieznany mu człowiek nazywa się Jo Black.

- Markusie czy nikt więcej nie chciał spędzić nocy w hotelu? – Spytał Herbs.

- Nie… Wprawdzie twój woźnica mówił, że przyjdzie, ale chyba mu się nie udało… Wszyscy inni twierdzą, że się będą bronić. – Johna zasmuciła ta informacja, ponieważ lubił swego towarzysza, jednak bał się teraz wyjść go szukać. Markus znów się odezwał: - Jak widzisz tylko moi dwaj przyjaciele postanowili, że zostaną z nami. I myślę, że nawet, jeśli wilki nie przyjdą to nic nie stracą. – Markus wyciągnął z schowanej pod stołem torby, trzy butelki whisky i postawił na stole obok garnka z zupą. – Częstujcie się! Na koszt firmy. – Nie musiał powtarzać dwa razy, zawartość pierwszej butelki zniknęła już w pół godziny. Kiedy jednak poczuli się trochę lepiej postanowili więcej nie pić, chcieli być gotowi do walki z wilkami, jeśli te by się pokazały.

Niedługo potem rozległy się pierwsze wystrzały i wilcze ryki. John i jego towarzysze zebrali się w pomieszczeniu z biurkiem. W rękach trzymali lampy naftowe i broń. Ryki i wystrzały były częstsze dało się słyszeć jęki rannych. Słyszeli wycie wilków i towarzyszące temu nie mniej straszliwe wycie rannych ludzi. W pewnym momencie czyjaś kula rozbiła okno. Przerażony Markus upuścił lampę naftową na podłogę. Szkło rozprysło się po dywanie a chwilę później ten jakże piękny mebel zajął się ogniem. Mały Hiszpan wrzeszczał przekrzykując ryk wilków. Jego spodnie zajęły się ogniem. Barman rzucił się w stronę wybitego okna. John pobiegł ratować Hiszpana, ale drogę odciął mu płonący dywan. Zobaczywszy Jo Blaca próbującego odsunąć biurko ruszył mu z pomocą. Kiedy udało im się przesunąć mebel na tyle żeby zdołali otworzyć drzwi Herbs wrzasnął do barmana żeby ten podbiegł do nich i uciekał, ale on zdawał się nie słyszeć. Wdrapywał się na okno i prawie mu się to udało, lecz jego ręce ześlizgnęły się po rozbitym szkle. Barman spadł w płomienie ogarniające hotel. John i Jo wybiegli na zewnątrz nie oglądając się za siebie.

Hotel stanął w płomieniach, lecz nie był jedynym budynkiem, który spłonął tej nocy. Podczas ataku wilków pożoga strawiła prawie całą wioskę. John wybiegłszy z hotelu przerażony zobaczył płonące domy mieszkańców Mondcity. Wszędzie leżały zmasakrowane ciała. Chwilami dało się słyszeć krzyki i pojedyncze ryki wilków.

Kiedy stali z Jo i przyglądali się temu, co stało się z wioską. W pewnej chwili Black skoczył na niego rycząc przeraźliwie. – Whrauu! – I przewracając Herbsa wgryzł mu się w ramię. John uderzywszy plecami w bruk poczuł ciepłą krew płynącą mu po ręce. Obrzyn opuściwszy dłoń uderzył o ziemie i potoczył się parę metrów w ciemność. Lekarz nie wiedział, co się dzieje i nie bronił się przed kolejnym atakiem Jo. Tym razem Black warcząc ugryzł Herbsa w przedramię głęboko wbijając zęby i zaciskając je w potwornym uścisku. John momentalnie oprzytomniał i wolną ręką uderzył z całej siły Jo w skroń. Ten od razu zwolnił uścisk i odskoczył od przeciwnika. Herbs prawie się uśmiechnął widząc Blacka stojącego na czworakach. Ale Jo nie było do śmiechu, skoczył na Herbsa i wbił zęby w jego łydkę. John nie pozostał mu dłużny i z całej siły drugą nogą kopnął przeciwnika w twarz. Black zawył z bólu i zwinął się na ziemi warcząc. Z nosa tryskała mu krew. Herbs podniósł się i błyskawicznie skoczył po obrzyna leżącego na ziemi obok niego. Jo znów spinał się do skoku. Obrzyn wypalił. Chmura śrutu zamieniła klatkę piersiową Blacka w krwawą miazgę. Ranny upadł na bruk zalewając go ciemno czerwoną krwią. Po chwili znieruchomiał. Herbs przez chwilę patrzył na dymiącą lufę strzelby potem na trupa. Odwróciwszy się ruszył biegiem w stronę najbliższego ocalałego budynku. Po plecach ciekł mu pot a serce waliło jak młot. Jego przerażenie spotęgowało się, kiedy ujrzał jakiegoś człowieka siedzącego w ciemności i obgryzającego odgryzioną rękę. Kiedy ucztujący w najlepsze jegomość zobaczył Herbsa, chwycił rękę w zęby, warknął i na czworakach pobiegł niezwykle szybko w stronę lasu. John widząc to jęknął i osunął się na ziemie, kręciło mu się w głowie. Zwrócił kolację i upadł na pobocze mdlejąc.

Kiedy się ocknął dokoła niego panowały ciemności. Dało się czuć silny smród spalenizny. John podniósł się z trudem, rany bardzo go bolały, czuł, że stracił wiele krwi. Jęknął i odbezpieczył obrzyna trzymanego w zdrowej ręce. Bał się. Nie chciał uwierzyć w to, co widział, najpierw myślał, że oszalał, ale okaleczenia wydawały mu się nazbyt prawdziwe. Postawiwszy parę kroków usłyszał warczenie tuż za sobą. Jęknął ponownie i osunął się na wilgotną trawę.

Obudziły go promienie słońca. Ból promieniujący z ran był dla Johna nie do zniesienia z trudem podniósł się. Pojękując ruszył brukowaną ulica wśród wypalonych już domów. Wszędzie leżało pełno trupów. Przechodząc koło hotelu ujrzał spalone i pogryzione ciała dwójki ludzi. Jedno było bardzo niskie a drugie wysokie i barczyste. Herbs próbował sobie przypomnieć, co się stało poprzedniej nocy. Nie mógł. Ciała napawały go obrzydzeniem i wydawały się znajome, ale nie pamiętał czy kiedykolwiek widział tych ludzi. Chwile przyglądał się spalonym szczątkom poczym ruszył przed siebie nie zatrzymując się. Wyszedł z Mondcity i ruszył w kierunku Nowego Yorku.

Dyliżans mknący przez las przystanął na małej leśnej polance. Wyskoczył z niego młody człowiek w czerwonym płaszczu. Podszedł do ciała leżącego na trawie. Kiedy nachylił się nad nim ujrzał rannego wąsatego człowieka ubranego w zniszczony garnitur. Jego ubranie było poplamione krwią. Młody mężczyzna niezmiernie się zdziwił, kiedy leżący na trawie człowiek podniósł się i wbił żeby w jego gardło. Po chwili zdziwienia krwawiąc obficie młody mężczyzna padł na trawę konając. Wąsaty jegomość spojrzał w kierunku dyliżansu. Chudy i wysoki woźnica trzymał odbezpieczoną strzelbę celując w wąsacza. Huk rozdarł leśne powietrze płosząc ptaki siedzące na drzewach.


Memento mori!

Awatar użytkownika
Patren
Debiutant
Debiutant
Posty: 1910
Rejestracja: śr 08 lis 2006, 00:03
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Znienacka
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Patren » śr 22 lis 2006, 17:19

Spore to opowiadanko :). Zaczynajmy:



Pomysł bardzo przypadł mi do gustu. Likantropia jest ciekawym tematem, a ja czytałem jedno, może dwa opowiadania o wilkołakach (bo tak też można nazwać 'wilków', prawda?). Nie wiem jak to zrobiłeś, ale stworzyłeś całkiem fajny klimat i naprawdę mnie zaciekawiłeś.



Ze stylem jest trochę gorzej. Wydaje mi się, że czasem zbyt chaotycznie prowadzisz akcję. No i za szybko. O wiele za szybko. Myślę, że bez problemu można by rozwinąć walkę z 'wilkami', mogłeś zrobić to o wiele lepiej. Radziłbym to trochę zmienić, dodać więcej opisów. Rozmowa z burmistrzem też wydawała mi się jakaś sztuczna. No i na koniec trochę źle zrobiłeś, bo w jednym zdaniu piszesz, że Jhon idzie w stronę nowego Jorku, a w następnym wcielasz się już w gościa, który dostrzega Jhona. Wypadałoby chociaż jakiś akapit dać.



Schematyczne to to napewno nie jest, a jeśli jest to w małym stopniu. Jak już pisałem, jest raczej mało opowiadań koncentrujących się na likantropi. Możnaby powiedzieć, ze nawet mnie zainspirowałeś. ;)



Błędów dostrzegłem całkiem sporo, ale to w sumie długi tekst więc nie mogło być bezbłędnie. Trochę literówek, raz czy dwa zgubiłeś koconek robiący z 'a' 'ą' ;). "Kiedy stali z Jo i przyglądali się temu, co stało się z wioską." - kompletnie nie rozumiem tego zdania...chyba powinieneś wyrzucić 'i'. No i zdaża Ci się pisać 'Jon'...poprawnie jest 'Jhon'.



Ogólnie wykonanie miejscami nie zachwyca, ale historia i temat na którym się koncentrujesz jest wypas :D. Udało ci się stworzyć dobry klimat, zaciekawić mnie (czyli czytelnika) no i na dodatek zainspirować. Jestem na tak. :)



Pozdrawiam.


"Życie jest tak dobre, jak dobrym pozwalasz mu być"

Awatar użytkownika
Weber
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 3233
Rejestracja: pt 20 paź 2006, 16:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wielkopolska
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Weber » śr 22 lis 2006, 18:15

Drogi Miyamoto,piszę do Ciebie mając cicha nadzieję,że po przeczytaniu tego coś Cię ruszy i weźmiesz to do serca....Cholera znowu zaczynam.Chyba wezmę się za napisanie tekstu w formie kazania.



Powiem tak-"Na poczatku był chaos i tak juz zostało"-tyle moge stwierdzic po przeczytaniu raz całego tekstu.Bóg nie byłby zadowolony z takiego obrotu spraw,On by nie zostawił w takim stanie świata,który stworzył.Pamiętaj,że to ty jesteś bogiem w tym opowiadaniu.



Klimat co prawda jest,ale tłamsi go troche przebieg akcji.



Mogłeś potraktować likantropię z innego punktu.Chodzi mi o to,że mogłeś sprawić by nie zminiano się w wilki tylko inne zwierzęta,przecież w innych krajach mówi się o przemianach w tygrysy,niedźiwedzie,psy,itp.Uatrakcyjniłbys tekst nowatorskim spojrzeniem.



Później zrobię Edita i napisze cos więcej,bo mam tez inne spostrzeżenia.


Po to upadamy żeby powstać.

Piszesz? Lepiej poszukaj sobie czegoś na skołatane nerwy.

Awatar użytkownika
Miyamoto Musashi
Pisarz osiedlowy
Posty: 227
Rejestracja: ndz 28 maja 2006, 20:11
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: Miyamoto Musashi » czw 23 lis 2006, 18:44

hehe :)



Niedługo się wezme za korekte, dzieki że chciało sie wam przeczytać :P


Memento mori!

Awatar użytkownika
Gott-Foo
Umysł pisarza
Posty: 735
Rejestracja: sob 11 lis 2006, 02:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Gdańsk
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Gott-Foo » sob 02 gru 2006, 18:07

Tekst jest genialny, ale tylko pod wzgledem treści.

Znalazłem sporo błędów, głównie literówek, ale są tez dziwaczne zdania takie jak to:

"Nie widziałem go dokładnie, ale pamiętam ze był szary i warczał, warczał strasznie warczał. " - coś mnie poprostu kłuje w duszę jak czytam to zdanie.

Ale mimo to jestem na wielkie TAK.

Historyjka jest bardzo ciekawa choć na początku robiła nieco inne wrażenie.



Pozdrawiam.


"Małymi kroczkami cała naprzód!!" - mój tata.



„Niech płynie, kto może pływać, kto zaś ciężki – niech tonie.” - Friedrich Schiller „Zbójcy”.



"Zapal świeczkę zamiast przeklinać ciemność." - Konfucjusz (chyba XD)

Awatar użytkownika
dominia
Pisarz domowy
Posty: 55
Rejestracja: wt 23 maja 2006, 16:09
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: dominia » ndz 03 gru 2006, 11:44

niezłe....dość pzrewidywalne, ale niezłe.....podobał mi się fragment z człowiekiem obgryzającym czyjaś rękę...no i fragment ze spaleniem hotelu wydaje mi się lekko zagmatwany, ale może to ja nieuważnie przeczytałam...




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 7 gości