Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

Czas niepokoju [obyczajowe, opowiadanie odcinkowe]

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
minojek
Pisarz osiedlowy
Posty: 255
Rejestracja: sob 11 kwie 2009, 16:35
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Czas niepokoju [obyczajowe, opowiadanie odcinkowe]

Postautor: minojek » śr 19 maja 2010, 13:26

Witajcie!

"Czasy niepokoju" to pierwszy tekst, jaki wrzuciłem w tym dziale na "Weryfikatorium". Teraz, po blisko roku, postanowiłem opublikować nową poprawioną wersję.

Zapraszam do lektury!

---------------

I

Początki bywają trudne. Tylko szczęściarzy czeka dobry start, ale niekiedy nie warto wyskakiwać przed czasem, bo – jak wiecie – falstart kończy się dyskwalifikacją.
Wyskoczyłem za szybko, przyznaję. Powinienem dać sobie trochę czasu, przemyśleć każdy krok, tymczasem – uradowany krążącym dookoła mnie anty pechem – szedłem na żywioł. Przegrałem. Zresztą, wielu przegrało. Ale przecież trzeba przegrać, by ktoś mógł wygrać. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że są przypadki, w których smutek nie oznacza radości.
Biedny chłopak i miasto pełne możliwości to mieszanka najgorsza z możliwych. W pogoni za forsą jesteś w stanie zrobić wszystko, ponieważ wiesz, że nie masz nic do stracenia. A jeśli stracisz? Najwyżej cię zastrzelą i zakopią gdzieś w lesie, ryzykujesz jedynie własne życie.
Elżbieta, Bertolt, Friedrich, Hans… tyle zmarnowanych szans. Do samego końca będę żałował tego, co zrobiłem Elżbiecie, tego, że pozwoliłem jej umrzeć. Życie bywa paskudne, wierzcie, nie wystarczy chcieć. Chcieć to jedno, móc – drugie, mieć okazję na sukces – trzecie.

II

ROK 1937

- Joseph, zaczekaj! – krzyczał Bertolt. – Poczekaj, już idę!
Podbiegł do mnie średnio wysoki brunet. Dłonią pogładził niedbale ułożone włosy, uśmiechnął się. Nosił nazwisko Gruner i był lokalnym poetą.
- I jak się czuje nowy prezes „Spółki Kalberga”? Gratuluję, przyjacielu, mam nadzieję, że nie zapomnisz o dawnych znajomych.
- Żartujesz, Bertolt? – zachichotałem. – Nie przeginaj, facet, bo się wkurzę.
Cały czas się śmialiśmy. Bertolt poklepał mnie po ramieniu.
- Cholera… ty to możesz być szefem, a ja? – zapytał. W jego głosie wyczułem udawany smutek.
- Nie rozumiem – było inaczej, jako aktor się nie spisywał, ale czego nie robi się dla kumpli. Więc odegrałem zdziwionego.
- Ty jesteś wysoki i możesz być bossem, a ja? – zrobił krok w tył. – Tylko popatrz, Hitler jest chyba wyższy. Mnie pozostaje być poetą…
Milczeliśmy. Z jego wiecznie młodej twarzy zszedł uśmiech.
- Tak, tylko to mi pozostało… Joseph, nie potrzebujecie budowlańców? Może i nie jestem wykwalifikowanym robotnikiem, ale prędko się uczę. Jestem bezproblemowy, przynajmniej takie odnoszę wrażenie.
- A twoje przedstawienia? Praca nie będzie zbytnio ingerowała w twoją twórczość?
- Tworzysz nie po to, żeby przetrwać. Tworzysz dla siebie i innych, ale nie dla zielonych.
- Podsumowując: brakuje ci forsy, tak?
Kiwnął głową.
- Chcą mnie eksmitować, a gdzie ja się, do cholery, podzieję?
Postanowiłem dać mu szansę. Wiedziałem, że mogę na niego liczyć w każdej sytuacji, choćby najbardziej beznadziejnej.
- Bertolt, pieprz ich i ten cały cyrk. Przeprowadź się do nas, Elżbieta nie będzie miała nic przeciwko. Dostaniesz pokój i jakieś środki na początek, zatrudnię cię w mojej firmie, poradzimy sobie.
- Będzie okej? Tak myślisz?
- A ty nie?
- Ja? – zastanowił się. – Ja nie widzę dla siebie przyszłości w tym zafajdanym Berlinie, w ogóle w tych cholernych Niemczech. Pomyśl chwilę: gdzie indziej do władzy dojdzie gość, delikatnie mówiąc, niezbyt zdrowy psychicznie? Znasz takie miejsce?
- Tak jest wszędzie – odparłem na odczepnego. – Nie myśl o tym, pakuj manatki i przyjedź. Podwieźć cię?
- Nie, wolę się przejść, spacer dobrze mi zrobi.
Odszedł bez pożegnania. Wówczas nie podejrzewałem, że po raz ostatni widzę Grunera-poetę.
Nie przyjeżdżał. Elżbieta siedziała przy kuchennym stole i wyczekiwała jego przyjazdu. Przysunąłem do niej krzesło, na którym po chwili usiadłem. Pogładziłem ją po długich ciemnych włosach.
- Jak się czujesz? Wszystko dobrze?
Chorowała. Lekarze nie potrafili sobie z nią, to jest z chorobą, poradzić. Do oczu napływały mi łzy, lecz nie miałem prawa zapłakać, byłem przecież mężczyzną, głową rodziny, panem domu.
- Dobrze – cieszyła się, odwróciła twarz w moim kierunku, nasze spojrzenia się spotkały. – Lepiej niż gorzej, a gorzej może być zawsze, pamiętaj.
- Pamiętam – otoczyłem jej policzki ciepłymi dłońmi. – Na pewno nie masz nic przeciwko przyjazdowi Bertolta?
- Jasne, że nie, jest przyjacielem rodziny – nigdy nie opuszczała jej chęć pomocy. Nawet wtedy, gdy przypadkiem wjechał w nią rowerem pewien okoliczny pijaczek. Przeprosił, oczywiście, klęczał i błagał o przebaczenie. Prosił, by nie wzywać odpowiednich służb. Wówczas spytała – dlaczego pan pije?
- Droga pani, życie jest smutne, trzeba sobie jakoś radzić.
- Co w tym życiu takiego strasznego? – poprosiła go o powstanie. Był od niej niższy.
- Może pani nie poznała jeszcze życia, ale ja znam je od podszewki. – Mnie już nikt nie pomoże.
Odjechał, choć próbowaliśmy go zatrzymać. Po chwili zniknął w mroku pobliskiego zaułka.
- Może pani nie poznała jeszcze życia… - powtórzyła. – Ludziom wydaje się, że młodzi nie znają życia, a my znamy je lepiej od kogokolwiek. A już na pewno ja.
Parę dni przed tą rozmową była na badaniach u naszego przyjaciela – Friedricha Butzera. Diagnoza dała nam sporo do myślenia – białaczka. Po badaniach Friedrich poprosił o dyskretne spotkanie. Siedział za biurkiem, biedak nie wiedział jak zaczął. Zdjął z nosa staroświeckie okulary.
- Joseph, ona jest moją bliską przyjaciółką, a twoją żoną, więc… chciałbym, żebyś coś wiedział.
- Friedrich, nie krępuj się, mów szczerze. Skoro mnie tu zaprosiłeś to wiem, że chcesz mi o czymś powiedzieć.
Przetarł dłonią bladą twarz. W końcu wydusił:
- Białaczka, do kurwy nędzy, białaczka… Przepraszam za te słowa, po prostu dziś przestałem kochać Boga.
- Szczere wyznanie – zamilkłem. Łzy spływały po moich siniejących policzkach. – Friedrich, sprawdź dobrze.
- Tutaj nie ma czego sprawdzać, Joseph. Ta choroba prędzej czy później ją zabije.
Szlochaliśmy razem. Co parę minut do gabinetu wpadała młodziutka pielęgniarka.
- Panie Butzer… - dziewczynie było niezręcznie. Wychyliła głowę zza drzwi. – Pacjenci czekają, panie Butzer…
Odpędził blondynkę ruchem ręki.
- To wybitny przypadek, nie może czekać – skłamał. – A oni mogą.
Zrozumiała. Wyszła i rozegrała to tak, że wszyscy pożałowali „wybitnego przypadku”.

III


ROK 1938

- Bertolt! Gdzie ty się podziewasz?!
Gruner uchylił drzwi łazienki.
- Tutaj jestem, a co?
- Pośpiesz się, ludzie czekają. Potrzebujesz forsy?
- No… - zmieszał się. – Zawsze potrzebuję…
- To się pośpiesz!
Z przerażenia trzasnął drzwiami.
- Spokojnie, spokojnie…
Maurice Castalla pochodził z Sycylii. Połączyła nas przyjaźń, zarówno on jak i ja byliśmy do niedawna nic nie znaczącymi emigrantami. Teraz wskazywał ręką plac budowy i objaśniał poczynania mojej ekipy.
- Zaszły pewne zmiany. Wszystko zaznaczyłem w nowych planach – wręczył mi arkusze. – I jak, panie Gruner, poradzi pan sobie?
- Dla nas to nic trudnego, spokojna głowa.
- Cieszę się, panie Gruner. Więc, panowie, zabierajmy się do roboty.
Pod koniec miesiąca spotykaliśmy się z Bertoltem w miejscowej knajpie. Zawsze zajmowaliśmy piwniczny stolik, gdyż jedynie tam byliśmy w stanie w ciszy zliczyć zarobki ostatnich trzydziestu dni. Rozkładałem na okrągłym stole skórzaną walizkę, następnie wyciągałem z niej pliki banknotów.
Dwa i pół tysiąca, dwa sześćset, dwa siedemset, osiemset… - zamilkł. – Mam, trzy tysiące.
Bertolt nie nadawał się do biznesu, wszystko musiałem po nim poprawiać. Potrafił zarobić dwa tysiące, a licząc dojść do wniosku, że ma jedynie niecałe tysiąc sto. Wiecznie rozmyślał, mieszając beton niespodziewanie łapał mnie za ramię i pytał, czy jestem zadowolony ze swojego życia.
- Ja nie jestem – wyznawał. – Jeśli los istnieje, to mój jest skorumpowany.



Awatar użytkownika
Serena
Pisarz pokoleń
Posty: 1498
Rejestracja: pt 23 paź 2009, 12:57
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Katowice
Płeć: Kobieta

Postautor: Serena » śr 19 maja 2010, 20:36

Dobra, więc poświęcam swój czas na twój tekst, tak jak chciałeś :P
No to jedziemy!

anty pechem


Wydaje mi się, że to się pisze łącznie.

Elżbiecie, tego, że pozwoliłem jej umrzeć.


Ten przecinek po Elżbiecie jest zbędny.

Ty jesteś wysoki i możesz być bossem, a ja? – zrobił krok w tył.


Zrobił powinno być z dużej litery, gdyż nie jest to wyraz dźwiękonaśladowczy, a tylko wyrazy dźwiękonaśladowcze typu powiedział, rzekł itp. piszemy po myślniku z małej litery.

- Tworzysz nie po to, żeby przetrwać. Tworzysz dla siebie i innych, ale nie dla zielonych.


Jezusie Chrystusiasty! O.O To zdanie chyba stanie się moim mottem życiowym ;)

Nie przyjeżdżał. Elżbieta siedziała przy kuchennym stole i wyczekiwała jego przyjazdu.


Jedno z tych dwóch zaznaczonych słów można by zastąpić jakimś synonimem. Np. w pierwszym zdaniu: Nie zjawiał się.

Lekarze nie potrafili sobie z nią, to jest z chorobą, poradzić.


Lepiej by brzmiało: Lekarze nie potrafili sobie poradzić z jej chorobą.

Do oczu napływały mi łzy, lecz nie miałem prawa zapłakać, byłem przecież mężczyzną, głową rodziny, panem domu.


A ja twierdzę, iż PRAWDZIWY mężczyzna nie wstydzi się okazywać uczuć, tym bardziej łez ;)

Wówczas spytała – dlaczego pan pije?


Wówczas spytała:
- Dlaczego pan pije?


– Ludziom wydaje się, że młodzi nie znają życia, a my znamy je lepiej od kogokolwiek.


No ja pierdziu, i kolejne mądre zdanie, które mi się spodobało :)


Dobra, koniec.

Bardzo mi się spodobało to opowiadanie. Nie wiem, czy to wina tych dwóch wymienionych przeze mnie zdań, czy co, ale czytało mi się lekko i przyjemnie. Tekst jest prosty w odbiorze i nawet ciekawy.

Będzie dalszy ciąg? ;)


Każdego ranka, każdej nocy
Dla męki ktoś na świat przychodzi.
Jedni się rodzą dla radości,
Inni dla nocy i ciemności.

Wieczność kocha dzieła czasu.


– William Blake

Awatar użytkownika
malika
Dusza pisarza
Posty: 514
Rejestracja: pn 19 paź 2009, 20:36
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Zza winkla
Płeć: Kobieta

Postautor: malika » śr 18 sie 2010, 13:03

minojek pisze:Początki bywają trudne. [1]Tylko szczęściarzy czeka dobry start, ale [2]niekiedy nie warto wyskakiwać przed czasem, bo – jak wiecie – falstart kończy się dyskwalifikacją.

Początek i od razu nie lada zagwozdka. Co autor miał na myśli? Mogę jedynie spekulować, bo logika mi umyka.

W połączeniu zdań [1] i [2] użyłeś przeciwstawnego spójnika 'ale', który to powinien sugerować, że:

a) jedno ze zdań jest przeciwieństwem drugiego
b) sytuacja jednego ze zdań zachodzi pomimo sytuacji zdania drugiego
c) jedno ze stwierdzeń nie jest prawdziwe, a drugie tak.

Żadna z tych sytuacji nie ma u ciebie miejsca i wkrada się nielogiczność. Z tych dwóch zdań wynika mniej więcej to:

Dobry start, to wyskakiwanie przed czasem i udaje się tylko szczęściarzom.

Żeby się nie zgubić, w większości przypadków musisz kierować się zasadą: przyczyna – skutek, akcja – reakcja. Jedno musi wynikać z drugiego. Spróbuję przebudować kilka zdań tak, żeby było spójnie.

Początki bywają trudne, tu, gdzie tylko szczęściarzy czeka dobry start. Wiedziałem o tym, znałem zasady, a mimo to wyskoczyłem przed szereg. Nie dając sobie czasu na przemyślenia, uradowany krążącym dookoła mnie antypechem, szedłem na żywioł. Niestety – jak wiecie – falstart kończy się dyskwalifikacją. Przegrałem.

minojek pisze:Coraz częściej odnoszę wrażenie, że są przypadki, w których smutek nie oznacza radości.


Kurcze, nie wiem jak w realiach przedstawionego w opowiadaniu świata, ale nie spotkałam się z okazywaniem smutku, kiedy się człowiek cieszy. Zdanie jest nielogiczne i nie pasujące do całego akapitu. Zbędne. Kiedy je usuniesz, tekst nie straci, a wręcz przeciwnie – będzie się gładziej czytało.

minojek pisze:W pogoni za forsą jesteś w stanie zrobić wszystko, ponieważ wiesz, że nie masz nic do stracenia. A jeśli stracisz? Najwyżej cię zastrzelą i zakopią gdzieś w lesie, ryzykujesz jedynie własne życie.


Przeczysz swoim słowom. Nie możesz stracić, jeśli nie masz nic do stracenia.

A jeśli coś pójdzie nie tak?

minojek pisze:Życie bywa paskudne, wierzcie, nie wystarczy chcieć. Chcieć to jedno, móc – drugie, mieć okazję na sukces – trzecie.


Świetne. Bardzo mi się podoba jako dopełnienie wprowadzenia. Dużo mówi o bohaterze.

minojek pisze:- Nie rozumiem – było inaczej, jako aktor się nie spisywał, ale czego nie robi się dla kumpli. Więc odegrałem zdziwionego.

Pogrubione można wyrzucić. Niepotrzebnie rozpycha tekst. Wystarczy udałem zdziwionego.

minojek pisze:- Tworzysz nie po to, żeby przetrwać. Tworzysz dla siebie i innych, a nie dla zielonych.

Zielone kojarzą mi się z dolarami, a te nie bardzo pasują mi do Berlina z tego okresu. Lepiej zastąpić.

minojek pisze:Nie przyjeżdżał. Elżbieta siedziała przy kuchennym stole i wyczekiwała jego przyjazdu. Przysunąłem do niej krzesło, na którym po chwili usiadłem. Pogładziłem ją po długich ciemnych włosach.


Całość od nowego akapitu. Podkreślone zbędne – do usunięcia. Kursywą zmienić na: wyczekując Bertolta. Coś długo nie przyjeżdżał., likwiduje się powtórzenie i od razu daje znać, że koleś się spóźnia. Pogrubione zdanie jest kulawe, takie mechaniczne. Dosunąłem sobie krzesło i usiadłem, gładząc ją po długich, ciemnych włosach.

minojek pisze:- Bertolt! Gdzie ty się podziewasz?!
Gruner uchylił drzwi łazienki.
- Tutaj jestem, a co?
- Pośpiesz się, ludzie czekają. Potrzebujesz forsy?
- No… - zmieszał się. – Zawsze potrzebuję…
- To się pośpiesz!
Z przerażenia trzasnął drzwiami.
- Spokojnie, spokojnie…


Całkowicie niezrozumiały dialog. Nie trzyma się kupy, ani tego co następuje po nim.

Po raz kolejny dajesz mi strzępki historii. Historii, która wzbudziła moje zainteresowanie – przyznam. Chętnie poczytałabym opowiadanie utrzymane w tym klimacie. Młody, ambitny imigrant w Berlinie w przededniu wojny. Możesz zrobić z tego ciekawą historię, ale musisz wiedzieć o czym piszesz – zdjęcia miasta i ludzi z tego okresu, znajomość realiów. Całość musi być wiarygodna.

Podoba mi się, że szukasz tematów trudnych. Jednak potrzeba do tego dużej wiedzy. Czytaj, zbieraj informacje i pisz. Ja z chęcią przeczytam coś dłuższego na podstawie tego pomysłu.

Pozdrawiam,
eM

[ Dodano: Sro 18 Sie, 2010 ]
Ach... i jeszcze coś:

Serena pisze:
minojek pisze:
Elżbiecie, tego, że pozwoliłem jej umrzeć.



Ten przecinek po Elżbiecie jest zbędny.


Nie. Przecinek stoi we właściwym miejscu. Całe zdanie brzmi tak:

Do samego końca będę żałował tego, co zrobiłem Elżbiecie, tego, że pozwoliłem jej umrzeć.

Jest tu wyliczenie czego bohater będzie żałował. Można by nawet zrezygnować z drugiego 'tego', żeby upłynnić zdanie.

Serena pisze:Zrobił powinno być z dużej litery, gdyż nie jest to wyraz dźwiękonaśladowczy, a tylko wyrazy dźwiękonaśladowcze typu powiedział, rzekł itp. piszemy po myślniku z małej litery.


Że co? Wyrazy dźwiękonaśladowcze naśladują brzmieniem opisywane zjawisko lub dźwięki wydawane przez jakiś przedmiot: stuk, trzask, szum, zgrzyt, świst, trach, puk-puk...

To, o co ci chodzi, Serena, to czasowniki atrybucji dialogu, o których więcej TUTAJ, a o samym zapisie dialogów TUTAJ, no i jeszcze PIÓREM FENIKSA

eM


Cierpliwości, nawet trawa z czasem zamienia się w mleko.

Awatar użytkownika
Adrianna
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2393
Rejestracja: pt 24 lip 2009, 17:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Postautor: Adrianna » śr 12 sty 2011, 15:57

Coraz częściej odnoszę wrażenie, że są przypadki, w których smutek nie oznacza radości.
Straszny bełkot w tym wstępnie. Siliłeś się na jakąś refleksję, wyszło powtarzanie jednej myśli na kilka sposobów. Natomiast wyszczególnione zdanie to już jakaś masakra. Nie dość, że nijak nie koresponduje z wcześniejszymi, to jeszcze jest kompletnie nielogiczne. W sensie bohater dostrzegł jakąś głęboką prawdę życiową? Ktoś temu kiedykolwiek zaprzeczał?

biedak nie wiedział jak zaczął.
jak zacząć

Początek dialogu w części II jest strasznie sztywny. Brzmi, jak dla mnie, niewiarygodnie. Ale potem się poprawia i nawet muszę przyznać, że część II mi się spodobała. Dość płynnie przechodzisz od historii do historii, ładnie łączysz wątki. Co prawda ta ckliwa historyjka z pijaczkiem... No nie wiem, jakieś to takie słabe. Ale powiedzmy, że w fabułę wpisuje się nieźle.

Z dialogu w części trzeciej niczego nie zrozumiałam. W ogóle chyba nie zrozumiałam części trzeciej. Właściwie co? Czym to opowiadanie się kończy. Chwytliwą, odrobinę ciekawszą wypowiedzią faceta? No ok, tylko jakoś nie rozwijasz, ba, nie zamykasz nawet wcześniejszych opowieści.

Pomysł na osadzenie opowiadania w przedwojennym Berlinie fajny, ale według mnie kiepsko zrealizowany. Nie czuje się tego otoczenia poza dwiema wypowiedziami o Hitlerze.

Krótko mówiąc.
Plusy: nieźle się czytało, ładnie zarysowane historie, dobry pomysł na tło
Minusy: trochę błędów, pokręconych zdań itp., słabe zakończenie, niewykorzystane wątki, niewykorzystane tło.
Ale ogólnie nawet mi się spodobało.

Pozdrawiam,
Ada


Powiadają, że taki nie nazwany świat z morzem zamiast nieba nie może istnieć. Jakże się mylą ci, którzy tak gadają. Niechaj tylko wyobrażą sobie nieskończoność, a reszta będzie prosta.
R. Zelazny "Stwory światła i ciemności"

Drzewo (SFFiH nr 3/2012) | Strach przed deszczem | Opar absurdu | Demony Witkacego | Przeciętni | Dziennik błędów | Roztańczony


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości