Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

Ciemniejszy niż szarość

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Mello
Kmiotek
Posty: 5
Rejestracja: pt 25 cze 2010, 22:02
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Ciemniejszy niż szarość

Postautor: Mello » sob 26 cze 2010, 10:51

PROLOG

Blada, czarnowłosa nastolatka uciekała. Mijała białe drzwi rozstawione równomiernie po obu stronach ponurego korytarza. Uderzenia adidasów o podłogę odbijały się echem od ścian. Nikt jeszcze nie wyszedł z sal, ale hałas narastał. Miała kilka sekund. Plecak utrudniał jej misję, spowalniając bieg, ale była do tego przyzwyczajona.
Drzwi...
Z impetem otworzyła je i wypadła na szary dziedziniec. Słońce walczyło z zasłaniającymi je chmurami, każdy widział, że lato już się skończyło. Dziewczyna często nad tym ubolewała, ale w tej chwili nie to było ważne. Utrzymując tempo, skręciła za róg budynku i zatrzymała się dopiero przy zaniedbanej ławce. Pokolenia uczniów wyrżnęły na niej dziesiątki napisów, a na trawie leżała sterta papierosów wypalona pospiesznie na minionej przerwie. Mimo to Evelyn odetchnęła z ulgą i pogratulowała sobie w myślach akcji, która powtarzała się co tydzień, ale zawsze dawała jej taką samą satysfakcję. Usiadła. Miała całą godzinę dla siebie, podczas gdy klasa będzie siedzieć na religii. Uciekła, manifestując swój ateizm. Miała pewność, że nikt na nią nie doniesie, nie mieliby na tyle odwagi. Tydzień wcześniej nauczycielka, która właśnie miała wstawić jej jedynkę, dostała zawału na oczach całej klasy. W poprzedniej szkole było podobnie - kto naraził się „Szatańskiej Adler”, ginął. Nikt nie był w stanie udowodnić dziewczynie winy, ale każdy był o niej przekonany, łącznie z nią samą.
Gdy ktoś ją zdenerwował lub gdy się kogoś bała, robiło jej się gorąco - i nagle ofiara po prostu umierała, dostawała zawału, wylatywała przez okno, które miała za plecami, zaczynała się dusić... Evelyn nie chciała tego, bała się samej siebie, ale nie potrafiła nad tym zapanować. Na co dzień usiłowała zapomnieć o wszystkich ofiarach i być spokojna, żeby nie doprowadzić do kolejnych zgonów. Niestety, nie było to możliwe.
Wyciągnęła z plecaka książkę, delektując się ciszą. Ucieczki z religii podnosiły jej wiarę w siebie, udowadniała nimi samej sobie, że ma kontrolę nad swoim życiem. Założyła nogę na nogę, czytała. Grube ściany nie przepuszczały żadnych dźwięków. Spokój nie trwał jednak długo, już po kwadransie szczęknął głośnik umieszczony metr nad ławką, jeden z wielu porozrzucanych po całej szkole. To nie zwróciło uwagi dziewczyny. Za chwilę dyrektorka poda jakieś ogłoszenie. Zwykła, szara codzienność.
- Evelyn Adler jest wzywana do gabinetu pani dyrektor.
Oblała ją fala zimna, znieruchomiała. Nie chodziło jej o konsekwencje wagarów, tylko o coś zupełnie innego. Bała się, że znowu kogoś zabije,wcale nie było to jej celem. Niestety, ludzie jakby sami się podstawiali, złoszcząc ją. Czasem była zdziwiona, że jeszcze nie zrozumieli ważnej zasady: od niej należy trzymać się z daleka.
Chciała zignorować wezwanie, ale nie było to możliwe.
- Wiemy, że jesteś na terenie szkoły, kamery umieszczone wokół niego nie zarejestrowały cię. To coś o wiele poważniejszego od twoich wagarów.
Zainteresowanie zwyciężyło ze strachem. Po raz setny w życiu obiecała sobie, że nikogo nie zabije, wstała, schowała książkę i poszła do gabinetu. Zapukała i otworzyła drzwi. W małym, skromnym pomieszczeniu zebrała się grupka osób: dyrektorka, szkolna pedagog, trzej policjanci oraz nieznajoma kobieta. Dziewczyna uznała, że wreszcie ktoś zainteresuje się licznymi zgonami. Aż dziwne, że do tej pory to się nie stało. Tak, trafi do domu bez klamek, na pewno.
- Usiądź, Evelyn.
Wyczuła zakłopotanie dyrektorki. Niepewnie wykonała polecenie, analizując przy tym wzory na ciemnozielonej tapecie pokrywającej ściany. Była w centrum uwagi, wiedziała o tym. Chciała jak najszybciej dowiedzieć się o co chodzi, była speszona. Zebrani przez chwilę milczeli, jakby każdy oczekiwał, że zacznie ktoś inny.
- Twoi rodzice nie żyją - oznajmiła w końcu suchym tonem szkolna pedagog. - Przykro mi.
Evelyn zrozumiała natychmiast, nawet nie próbowała sobie wmawiać, że to żart. Złapała się za głowę, myśląc, że ona zaraz pęknie. Wszystko zawirowało.
Mama... tata?
- Jak?
- Jechali samochodem. Wpadli w poślizg i dachowali - wytłumaczył nieubłagany, spokojny głos.
Cały świat się zawalił, nic już nie miało sensu. Nie potrafiła odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego to spotkało właśnie ją, chociaż bardzo chciała. Znienawidziła wszystkich nudzących się w tej chwili na lekcjach. Nie mieli żadnych problemów, i jeszcze kilka minut temu ona też taka była.
- A ja i mój brat?
- Prawdopodobnie skończy się na domu dziecka... Nie widzimy innej możliwości.
Evelyn wstała. Czuła jedynie rozpacz i gniew.
- Powiedziałaś mi to jakby nigdy nic... całkowicie bez emocji - syczała, rysy jej twarzy stężały. - A dla mnie i dla Willa to koniec... Nie pójdziemy do domu dziecka, nie pozwolę na to...
Po raz pierwszy naprawdę chciała zabić. Pedagog została dosłownie wgnieciona w ścianę, dyrektorka i pracownica opieki społecznej złapały się za serca i posiniały, policjanci runęli jak marionetki, którym ktoś popodcinał sznurki. Jednak tajemnicze moce czasem się przydają. Nie doceniała ich.
M-mama... Tata...
Wypadła z gabinetu. Drzwi uderzyły w kogoś, kto podsłuchiwał. Zatrzymała się i spojrzała na leżącego, oszołomionego chłopaka. Rozpoznała go. Arons, dziennikarz szkolnej gazetki. Był przerażony. Ta zawsze tajemnicza dziewczyna nie wyglądała jak człowiek, emocje uczyniły z niej potwora.
- Nie zabijaj mnie - pisnął. - Proszę, ja nie wiedziałem, że oni przekażą ci coś takiego... Wtedy bym nie podsłuchiwał, przysięgam!
Nie chciała jego śmierci. Ukarała już tych, którzy bezczelnie i z zimną krwią poinformowali ją o stracie rodziców. Odwróciła się i pognała w stronę wyjścia. Oczy wypełniły jej się łzami.
M-mama, t-tata... Muszę odnaleźć W-Willa... M-mama, tata da-dachowali, ma... mama, tata, nie żyją, mama...
Myśli wybuchały w jej głowie, była świadoma jedynie swojej rozpaczy i celu, do którego dążyła. Samochody hamowały z piskiem, przebiegała tuż przed ich maskami.
Evelyn A-Adler, proszona do gabinetu... Powiedziałaś mi t... to wszystko t-tak spokojnie, z-zresztą p-przecież ciebie to nie obchodziło... Bezczelność... Przykro ci... Kłamałaś... M-mama, t-tata, nie żyją, ma... mama, ta-tata... Twoi rodzice... dachowali... Will, muszę... muszę... ja muszę... go odnaleźć!
Płakała tak bardzo, że ledwo mogła oddychać. Chciała upaść i umrzeć, tak jak jej ofiary. Nie mogła, pozostawała jedna osoba, która jej potrzebowała.
Mama, t-tata... NIE ŻYJĄ... Nie żyją, nie żyją, nie żyją...
Te dwa słowa utkwiły w mózgu dziewczyny, wypełniły go tak, że nie było tam miejsca na nic innego. Nawet nie zdziwiły jej drzwi prowadzące do mieszkania, które same się otworzyły, uderzając o ścianę. Wpadła do przedpokoju i zaczęła wołać brata pomimo dławiących ją łez. Wiedziała, że tego dnia nie poszedł do szkoły, korzystając z nieobecności rodziców.
- T-ty już wiesz? Jesteś... j-esteś? W... W... Will, proszę...
Nie żyją, nie żyją, nie żyją...
- Już dobrze. Uspokój się.
Spokojny i zimny głos dobiegał z salonu.
- Pieprzona opieka społeczna! - Gniew otrzeźwił ją, otworzyła szeroko oczy i ruszyła stawić czoło intruzowi. - Nie pójdę do domu dziecka, rozumiesz? Jeżeli chcesz żyć... - Zatkało ją z oburzenia. Zaraz zademonstruje intruzowi, co ma zrobić, jeżeli chce żyć.
Wpadła do jasnego, przytulnego pokoju. Zwykle wyciszał ją, teraz jednak na nic nie zdały się pastelowe ściany, kremowy dywan, sosnowe meble i odziedziczony po babci zegar. Gdy zobaczyła gościa, stanęła w drzwiach. Już sama jego obecność nadawała pomieszczeniu dziwny majestat. Poczuła strach i szacunek. Młody mężczyzna siedział na sofie i z nieznanych powodów wydawał się zniesmaczony otoczeniem. Ubrany na czarno, chłodny, poważny i dostojny - miał w sobie coś, czego Evelyn nie umiała nazwać. Jego czarne, wąskie oczy wpatrywały się w dziewczynę, która pomimo szoku zauważyła coś, co ją zdziwiło. W twardych rysach twarzy przybysza odnajdowała podobieństwo do siebie. Był też równie blady jak ona. Już wiedziała, że to na pewno nie jest pracownik opieki społecznej i jak głupio postąpiła, grożąc mu śmiercią. Miał w sobie siłę, której nie umiałaby pokonać. Spuściła głowę.
- P-przepraszam, ja...
Nie wiedziała, jak mogłaby się wytłumaczyć.
- Nie można osądzać kogoś, kto działa, nie znając faktów. - Głos mężczyzny stał się miękki i kojący. - A śmierć tych, którzy w twoim mniemaniu byli twoimi rodzicami, otworzyła dla ciebie bramę do świata, z którego pochodzisz.
W jego oczach zobaczyła... czułość? Nie sądziła, że to możliwe, ale była to prawda. I to, co mówił... Nic już nie rozumiała. Oszołomiona i wyczerpana przeżyciami miała mętlik w głowie.
- Witaj, Sachmet.
To miał być zwykły dzień: siedem lekcji, obiad, komputer. Dwudziesty ósmy września zmienił jednak całe jej życie.






ROZDZIAŁ 1

Córka Lucyfera spędzała dzień po prostu leżąc na łóżku i analizując, co zyskała, a co utraciła. Często do głosu dochodziła tęsknota za przybranymi rodzicami i niepokój o Willa. Chwilami nie wierzyła, że jej życie nie jest snem, a czasem czuła rozpierającą piersi dumę ze swojego pochodzenia. Wciąż analizowała słowa ojca wypowiedziane w salonie Adlerów.

- Gdy się urodziłaś, zostałaś przejęta przez anioły... Ich zasady zabraniały zabić niemowlaka, nie chcieli cię też wychowywać w Niebie, jako niegodną przebywania tam. Zostałaś odesłana na Ziemię. Dopóki żyli twoi opiekunowie, nie mogłem cię odnaleźć.
Z trudem przyjmowała do wiadomości każde kolejne słowo, nigdy nie wierzyła w rzeczy nadprzyrodzone. Pomimo wszystkiego bała się też rozmówcy. Była spięta i gotowa do ewentualnej ucieczki.
- Gdzie jest Will? - spytała z niepewnością. Przez całą rozmowę czuła na sobie badawczy wzrok ojca. Nerwowo wierciła się na kanapie. Czuła, że Lucyferowi mogą nie podobać się dżinsy i fioletowa bluzka z wyszytym diamentem. Ogólnie wstydziła się nawet swoich trochę rozczochranych włosów i niskiego wzrostu. Zależało jej na opinii Króla Piekła, chciała zrobić dobre wrażenie. Swoim pytaniem popełniła jednak kolejny błąd, ojcu wyraźnie się ono nie spodobało.
- Mówisz o śmiertelniku wychowywanym razem z tobą? Nie rozumiem, po co jest ci on potrzebny. Został porwany przez anioły. Ale jeżeli żyje, mogę go dla ciebie odbić. Od momentu, w którym twoi przybrani rodzice umarli, ochraniałem cię na odległość. Ziemia nie jest już dla ciebie bezpiecznym miejscem. Nie wiem, może teraz Stwórca pozwoliłby cię zabić, trzeba brać to pod uwagę. Nie zamierzam to pozwolić – syknął, przez chwilę naprawdę wściekły. Zrozumiała, że te emocje nie są wycelowane w nią, że Lucyfer chce ją chronić.
Pochyliła głowę. Nie znalazła innego sposobu na wyrażenie szacunku i wdzięczności.
- Dziękuję, ojcze.
Po raz pierwszy spojrzała Lucyferowi w oczy. Wcześniej nie miała na tyle śmiałości, nie wiedziała, skąd nagle ją wzięła.
Może niepotrzebnie się go aż tak boję.
Po Królu Piekła nie było widać żadnych emocji, ale to wystarczało jego córce.
Przynajmniej na pierwszy rzut oka nie był nią zawiedziony. To już zawsze coś.
- Masz jakieś pytania, Sachmet?
Nowe imię jej się podobało, przyjęła je bez problemów. Miała na głowie ważniejsze sprawy. Splotła dłonie. To był jej stały gest. Wtedy czuła się chociaż trochę bezpieczniej, nawet, gdy jeszcze chodziła do przedszkola. Pomagał w ułożeniu myśli.
- Kim... Kim jest moja matka? - Nie potrafiła ominąć tej kwestii, zresztą przecież ojciec pozwolił zadawać pytania.
- Demonicą Została zabita pół godziny po twoich narodzinach. - Lucyfer mówił na ten temat z widoczną niechęcią. Postanowiła go nie kontynuować. Cisza przedłużała się, zaczęła więc zapamiętywać wszystkie meble z salonu. Chciała zachować wspomnienia z Ziemi. Była na tej planecie stosunkowo szczęśliwa, czasem nawet beztroska. Wiedziała, że to już koniec życia, które dotychczas prowadziła. zresztą nie było alternatywy, przybrani rodzice przecież umarli.
- Pójdziesz ze mną. Powinno ci się spodobać w Piekle.
To nie było pytanie, to był rozkaz. Pomimo tego zaczynała wyczuwać życzliwe nastawienie Lucyfera. Nie chciała psuć sobie kontaktów z ojcem, posłusznie wstała.
- Czy ja... kiedykolwiek tutaj wrócę? - Nie umiała powstrzymać pytania. Zrozumiała jego dziecinność, ale nie mogła cofnąć słów, które padły.
- Rozumiem, że zostałaś wychowana wśród śmiertelników, ale musisz nauczyć się podstawowych zasad. Po pierwsze: śmiertelnicy to niższa, głupia rasa, a tereny, które zamieszkują, nie są godne uwagi i odwiedzin. Po drugie: demony nie mają sentymentów. Musisz o tym pamiętać, jeżeli nie chcesz zostać wyśmiana.
Poczuła rozpacz, już tęskniła za Siegen i swoim domem. Nie mogła jednak nic zrobić. Zaczęła szukać pozytywnych rzeczy. Znalazła aż dwie: w Piekle może jej się spodobać, po drugie, bycie córką Lucyfera jest czymś imponującym. Już nie będzie szarą, ginącą w tłumie jednostką... wyśmiewaną i uważającą się za zero, bo teraz wie, że nie jest zerem ani nie jest dziwna, po prostu nie należy do tej rasy.
- Rozumiem - Powiedziała cicho, wpatrując się w dywan.

Przez następne dni chciała tylko, żeby wszystko okazało się snem, chciała do Siegen. Czuła się jak eksponat - komentowana i oceniana, nie mająca ani chwili spokoju. Wstydziła się powiedzieć, że nie spała już dwa dni, źle się czuje... Że tęskni za Willem, nie ma na tyle prywatności, żeby opłakać przybranych rodziców, ciągle tłumi łzy... Nie miała nikogo, komu mogłaby zaufać. Polubiła kilkoro spośród swojego rodzeństwa, ale nie umiała otworzyć się przed kimś, kogo tak niedawno poznała. Wszyscy, których widziała, mieli w sobie coś, czego jej brakowało... Może chodziło o pewność siebie, a może o cyniczne zadowolenie z życia. Nie umiała tego określić.
Ból łagodziło trochę poznawanie nieznanego otoczenia. Gdy po raz pierwszy ujrzała Piekło, zdziwiła się. Przypominało jej porządniejszą dzielnicę świata śmiertelników. Domy były zrobione na wzór willi z Ziemi. Gdyby jeszcze zauważyła jakiekolwiek drzewa, dużo by się zgadzało. Nieraz słyszała, jak pobratymcy mówią o ludziach z pogardą, nie mogła więc zrozumieć, dlaczego naśladują styl niższej rasy. W końcu spytała o to jedną z sióstr, nie mając tyle śmiałości w stosunku do Lucyfera.
- To nie my kopiujemy od śmiertelników, tylko oni od nas. - Brzmiała oburzona odpowiedź.
- Ale cywilizacja idzie naprzód, no – nie ustępowała Sachmet. - Jak będziecie mieszkać za dwieście lat?
- Tak samo. - Wyraźnie to ni9e był ulubiony temat siostry.
Wzruszyła wtedy ramionami i podziękowała. Nie potrafiła prowadzić sensownego dialogu dłużej niż pięć minut, a przynajmniej z wcale nie tak dawno poznanymi demonami. Na szczęście nie miała więcej pytań, bo wszystko inne zgadzało się. Świat, w którym powinna była zostać wychowana, wciąż miał przed nią wiele tajemnic, ale potrafiła go zrozumieć.
Temperatura była stanowczo niższa niż na Ziemi, zazwyczaj zatrzymywała się w okolicach zera, ale Sachmet nie odczuwała tego tak, jakby odczuwał śmiertelnik. Przeciwnie, czuła ulgę, bo jej organizm zawsze z trudem dostosowywał się do zmian pór roku, oburzony śniegiem i upałami. Tutaj wciąż wszystko było takie samo. Nigdy nie padało. Czasem, ale dosyć rzadko, wiał wiatr. Na żółtawym niebie zazwyczaj nie było ani jednej chmury. Nie wiedziała, co sprawia, że w dzień jest jasno, bo nie widziała żadnej gwiazdy – podejrzewała jednak, że ma to coś wspólnego z jaśniejszą stroną nieba, tą południową. To stamtąd wydobywało się jasnożółte światło, na które lubiła patrzeć. Gasło ono około dwudziestej ziemskiego czasu. Czasu demonów nie zdążyła jeszcze pojąć.
Jeżeli chodzi o rośliny, praktycznie ich nie było. Sachmet widywała jedynie trawę, ale jakąś zwiędłą, nędzną. Ogólnie polubiła Piekło, jeżeli chodzi o miejsce. Gorzej z przystosowywaniem się do otoczenia.
Minęło pięć dni, po raz pierwszy była sama. Ciągle tłumiony smutek nie umiał znaleźć ujścia, ale i tak czuła wielką ulgę. Nie musiała przynajmniej dalej udawać. Gdy usłyszała otwieranie drzwi, natychmiast wstała. Kilka minut wcześniej z ulgą przybrała postać śmiertelniczki, teraz znowu musiała wyglądać jak demon. Właściwie lubiła swoje skrzydła, pazury, wielkie oczy, ale jednak ta druga ona była kimś obcym, kimś, kogo nie znała. Chwila napięcia szybko minęła. Przynajmniej znała intruza.
- Seth?
Do pokoju wszedł szesnastoletni brat, przy którym nie musiała grać do tego stopnia, co przy innych. Syn Lucyfera przypominał zwykłego, zadowolonego z życia nastolatka. Nosił bojówki i luźne bluzki, często żartował, lubił gry komputerowe. Budził sympatię Sachmet. Uśmiechnęła się.
- Cześć.
- Siema, siostra. Wreszcie możesz posiedzieć sama, nie? Masz przesrane, jakby tak skakali dookoła mnie, po prostu bym się zabił.
Sachmet przyszło do głowy, że Seth być może ją zrozumie. Nie wiedziała jednak, na ile szczerości może sobie pozwolić. Nigdy nie była tego pewna, więc odpowiadała zdawkowo, nie mówiąc o sobie za wiele.
- Fakt, mam tego dosyć.
- Domyślam się... I jeszcze ten pieprzony szok. Z rana chodzisz do szkoły śmiertelników i myślisz, że jesteś jednym z nich, a potem co? Dupa. Rodzice umarli. Idziesz do domu, a tam Szatan, hehe.
Córka Lucyfera mimowolnie zauważyła, że to krótkie streszczenie najważniejszego dnia jej życia, ale nie powiedziała tego. Znów splotła ręce. Brat przerwał swoją wypowiedź.
- Modlisz się?
Dłonie natychmiast oddzieliły się od siebie i pomknęły za plecy. Zaczerwieniła się.
- Co?
- Ten gest...
- N-nie, w ogóle ja się nigdy nie modliła, no!
- Rozumiem. - Miał wyrzuty sumienia, że zbędnie zawstydził niepewną i wystraszoną siostrę. Postanowił kontynuować. Czasem wymykało mu się więcej, niż chciał.
- Nie wiem, jak to jest żyć ze śmiertelnikami, i nie mam okazji, żeby się dowiedzieć. Ojciec za cholerę by mi nie pozwolił. W ogóle rzadko go widzę. Prawie ciągle siedzi u siebie. A, właśnie, co ci powiedział, jak cię znalazł?
- No... Powiedział mi, że jestem jego córką i wyjaśnił, dlaczego zostałam wychowana na Ziemi. I tyle.
- A wiesz, że dzisiaj jest akcja, żeby odbić twojego pieska?
- Willa? - Ożywiła się. Uznała, że jeżeli on będzie obok niej, wszystko się ułoży.
- Nie wiem, jak on ma na imię. Chodzi o śmiertelnika, z którym się wychowałaś. Przybranego brata. Tylko nie mów ojcu, że ci powiedziałem. Chciał to zrobić osobiście. Jakby co, udawaj zdziwioną.
- Spoko.
W tej chwili do pokoju wszedł Lucyfer. Obrzucił swoje dzieci obojętnym spojrzeniem.
- Wyjdź, Seth.
- Ale ja... - zaprotestował chłopak, w głębi serca zazdrosny o siostrę. Przerwał, gdy zobaczył złość ojca. Król Piekła nigdy nie tolerował jakichkolwiek sprzeciwów. - Już idę... - Wyszedł szybkim krokiem, na chwilę zatrzymał się pod drzwiami. Miał ochotę podsłuchiwać, uznał to jednak za zbyt wielkie ryzyko. Odszedł w kierunku swojej willi.
Lucyfer przez dłuższą chwilę milczał. Według Sachmet wyglądał o wiele łagodniej niż przy Secie. Gdy się odezwał, wypowiadał każde słowo z wielką godnością.
- Dzisiaj odzyskasz swojego śmiertelnika... Młodego Adlera.
Radosna informacja została potwierdzona, nastolatka prawie podskoczyła z radości, ale opanowała się. Chciała, żeby ojciec uważał ją za godnego potomka i był z niej dumny. To nie było łatwe, wiedziała, jak bardzo odstaje od innych demonów. Pozwoliła sobie jedynie na uśmiech.
- Dziękuję, ojcze.
- Ty nie weźmiesz udziału w tej akcji. To zbyt niebezpieczne.
Poczuła ukłucie żalu, ale to szybko minęło. Przyznała przed samą sobą, że nie miałaby odwagi iść walczyć.
- Jak ci się podoba w Piekle?
Speszyła się, nie wiedziała, co powiedzieć.
- Jest... w porządku - wykrztusiła w końcu. Spojrzał w jej oczy.
- Okłamywanie mnie nie ma sensu, Sachmet. Znam prawdę, chciałem tylko zobaczyć, czy się przyznasz. Jesteś niepewna, zagubiona, nie znasz zasad panujących w tym świecie. Przyzwyczaisz się, to w końcu twój rodzinny dom.
Słowa Lucyfera nie pomogły jej. Po raz tysięczny zalała ją fala dobrze już znanego wstydu. Ojciec wiedział, że nie czuje się pewnie!
- Muszę iść. Jeszcze dziś połączysz się ze swoją zabawką.
ZABAWKĄ?!
- Ave, ojcze - powiedziała, nie tracąc przytomności umysłu. Słowo „zabawka” jednak bardzo ją zaniepokoiło, nie wiedziała, dlaczego. Rzuciła się na łóżko i wyjęła blok rysunkowy. Już wiedziała, jak skróci monotonię oczekiwania na Willa.
***
Pod ścianą małej celi kulił się chłopak. Po raz pierwszy od bardzo dawna miał nadzieję na poprawę losu. Rozumiał również, dlaczego jest okrutnie traktowany. Zawsze był ateistą, nie umiał okazać żadnego szacunku aniołom. Buntował się. Poprawiał nastrój innych więźniów, marzył o ucieczce. Planował ją i dzielił się planami z innymi nieszczęśnikami. Teraz trochę żałował, że wybijał się z tłumu. Tylko pogorszył i tak żałosną sytuację.
Położył się, oparł nogi o ścianę. Prawie każdy, kto by go zobaczył, żałowałby młodego śmiertelnika. Jego jasne, wiecznie rozczochrane włosy posklejała krew, całą twarz znaczyły długie, wąskie i głębokie rany, konsekwencje nieposłuszeństwa. Will zawsze był chudy, ale teraz wyglądało to wręcz chorobliwie - drobna twarz, cienkie ręce i nogi oraz żebra prawie prześwitujące przez skórę. Nie został jednak jeszcze złamany i to było widać - jego twarz w kilka dni zdążyła przybrać zacięty wyraz, a niebieskie oczy błyszczały buntowniczo spod grzywki. Will wiedział, jak wygląda, ale mało go to obchodziło. Ciągle nie wierzył do końca, że to wszystko dzieje się naprawdę. Analizował przeszłość. Wymieniał wszystko, co mogło zwiastować przyszłość.
Może nawet to, że ona nie jest człowiekiem, było przewidywalne. Zawsze była cicha, skryta... Ale również po prostu zła. Wszystkich zabijała. Ale mi o tym opowiadała... Ufała mi, tyle razy maksymalnie ją wkurzyłem, a dalej żyję.
Bał się o przybraną siostrę, wiedział, że gdyby została złapana przez anioły, na pewno potraktowano by ją o wiele gorzej niż jego.
Czy ją dorwą? Jak wielkie są jej moce? Czy przyjdzie mi na pomoc? A może ja też jestem demonem... Nie, to chyba niemożliwe. Zawsze byłem po prostu zwykłym śmiertelnikiem. Żeby tylko nie złapali Evelyn...
Najwięcej myśli poświęcał jednak zmarłym rodzicom, odkąd był przetrzymywany pojedynczo, często zdarzało mu się płakać. Nie rozumiał, dlaczego to wszystko spotkało właśnie jego i Evelyn. Ogólnie ostatnio raczej nie miał spokojnej głowy i odbijało się to na jego zachowaniu. Przykładowo aktualnie wpatrywał się tępo w ścianę. Nawet nie zauważył, że ta robi się coraz jaśniejsza. Podejrzany fakt zarejestrował dopiero wtedy, gdy buchnął z niej ogień. Chwilę później usłyszał alarmowe dzwony, a pole widzenia zasłonił mu jakiś demon, który doskoczył do niego i brutalnie poderwał go z ziemi. Został odrzucony na ścianę jako przeszkoda w walce. Uderzył w nią plecami i upadł na podłogę. Walcząc z oszołomieniem, wstał i poszukał wzrokiem przejścia demonów. Nie było go. Skulił się, gdy obok niego przeleciał płomień, który odbił się od ściany i podpalił anioła. Był tylko nędznym śmiertelnikiem i teraz to czuł.
- Śmiertelnik! Adler! - Ktoś go wołał twardym, urzędowym głosem.
- Tu jestem! - oznajmił niepewnie.
Pomimo zgiełku walki usłyszano go. Chwilę później przy chłopaku uklęknął demon, zasłaniając go wielkimi skrzydłami.
- Evelyn, to ty? - spytał bez większej nadziei.
- Nie. Siedź tu. - Obrońca nie był do niego przyjaźnie nastawiony, śmiertelnik to wyczuwał. Polecenie pozostania na miejscu nie było konieczne, Will i tak nie miałby odwagi czegokolwiek zrobić. Drżał, chciał zajmować jak najmniejszą przestrzeń albo najlepiej zniknąć. Jaskrawe światło oślepiało go, a huki przerażały. Czuł, jak wali jego serce. Wiedział, że w każdej chwili może zostać zabity, chociażby przypadkowo. Demon ochraniający go również walczył, nie mógł cały czas tkwić przy śmiertelniku. Chwilami Will był całkowicie odsłonięty. Zaczął już przyzwyczajać się do stresu, gdy przejście znowu się otworzyło. Obrońca Adlera rzucił go w masę zbitych ciał.
- Śmiertelnik!
Demon, który powiedział to słowo, złapał go i przecisnął przez ciżbę. Chłopak stracił równowagę i upadł na zimną posadzkę. Wiedział, że już jest po drugiej stronie i koszmar z aniołami się skończył. Odczołgał się na bok, żeby nie przeszkadzać demonom.
- Dzięki za śmiertelnika!
Wściekły wrzask, odgłos wygasającego ognia i cisza. Wstał i zdał sobie sprawę, że wszystkie demony patrzą się na niego. Nie umiał odczytać ich emocji. Usłyszał za sobą kroki i odwrócił się. Przybyły częściowo odwrócił uwagę zebranych od byłego więźnia aniołów. Krew w żyłach Willa przestała płynąć, poczuł, że zaraz upadnie. Wiedział, przed kim stoi, czuł to. Zdążył już przyzwyczaić się do widoku aniołów, demony nie różniły się od nich w znaczący sposób, ale ten demon był inny. Za wysoki. Za groźny. Za surowy. Miał za duże skrzydła.
- Mamy go, Panie. - Te słowa tylko utwierdziły śmiertelnika w jego przekonaniach.
- Domyślam się. - Głos Lucyfera sprawił, że Will miał ochotę uciekać, byle dalej od niego. W Królu Piekła widział jedynie zagrożenie dla swojego życia. Szukał argumentów, z powodu których miłby nie zostać skrzywdzony. Po pierwsze, Lucyfer to ojciec Evelyn i nie zabije go chociażby ze względu na nią. Po drugie... nie umiał już zebrać myśli. Nerwowo uspokajał samego siebie, czując na sobie wzrok najważniejszego demona.
- To całkiem przeciętny przedstawiciel niższej rasy, Sachmet znudzi się nim w ciągu dwóch tygodni. Sedith, zaprowadź go do niej. Ale najpierw niech się umyje i przebierze - zawyrokował Lucyfer.
Wywołany demon okazał się niewiele starszy do Evelyn – brązowowłosy, niższy od większości zgromadzonych, ale tak jak oni pełen wyższości. Brutalnie popchnął Adlera.
- Chodź.
Will posłuchał. Nie mógł zrobić niczego innego. Wszystko coraz bardziej przestawało mu się podobać.
***
Po godzinie nie wiedział już, czy chce spotkać przybraną siostrę. Zdążył zrozumieć, że ma być dla niej zabawką i stylowym dodatkiem. Ubrano go jak manekina, ułożono każdy kosmyk jego włosów. Wygląd Willa został doprowadzony do perfekcji, chłopak nie poznawał samego siebie. Bał się, że Evelyn jest inna niż na Ziemi. Rozmyślał o świecie demonów: on był stanowczo inny niż wszystko, co znał. Najprawdopodobniej znajdował się na jakiejś nieznanej mu planecie. Chłodny klimat, mało roślinności... wcale mu się to nie podobało. Nie wierzył, że przybrana siostra dobrowolnie zmieniła miejsce zamieszkania, zbyt dobrze ją znał. Pocieszał się tym. Może jest całkowicie taka, jak na Ziemi.
Starał się dotrzymywać kroku demonowi, który nie zwracał uwagi na jego możliwości, po prostu coraz szybciej szedł przed siebie. Sedith uważał, że śmiertelnik będzie tylko odciągał Sachmet od jej prawdziwej rodziny. Prawie biegiem pokonał szereg korytarzy, zapukał do wielkich drzwi i otworzył je. Młody Adler natychmiast zobaczył Evelyn. Faktycznie, zmieniła się. Wychudła, ale jednocześnie była bardzo zadbana, na jej prawie białej twarzy nie dało się dostrzec chociażby jednego pryszcza. Ubrania nastolatki miały chyba za zadanie podkreślać jej pozycję społeczną, Sachmet porzuciła swój styl. Już nawet ona przerażała Willa.
- Przyprowadziłem tego śmiertelnika, którego chciałaś mieć.
Wstała. Uśmiechnęła się. Instynktownie odwzajemnił uśmiech.
- Klękaj przed swoją panią - rozkazał Sedith. Will z dezorientacją spojrzał na przybraną siostrę, pewny, że zaraz zaprzeczy poleceniu demona. Nie zrobiła tego. Widział w jej oczach smutek i bezradność. Sedith przewrócił go na kolana i przytrzymał. Uderzył śmiertelnika w głowę, według Adlera z ponadprzeciętną siłą.
- Ukarać go czy sama to zrobisz?
- No... J-ja sama się tym zajmę - powiedziała Sachmet, zszokowana i niezadowolona.
- Ave! Daj mu porządną nauczkę!
- OK... Ave.
Zostali sami.
- No ukarz mnie - warknął Will. - Ukarz mnie, tchórzu.
- W... Will... - Cieszyła się z jego obecności, chciała go przytulić, wypłakać wszystkie żale, ale nie mogła. Nawet nie przyszło jej do głowy, że świat demonów uzna przybranego brata za niewolnika. Nie chciała sprzeciwiać się normom, po części również ze strachu przed ojcem. Tylko nie wiedziała, jak wyjaśnić to wszystko honorowemu Willowi.
- To nie jest tak. Gdy poprosiłam, żeby cię tu przyprowadzili, myślałam, że będziesz... po prostu moim przyjacielem.
Prychnął. Odwrócił się do niej tyłem.
- Jesteś demonem i w dodatku córką Lucyfera, nie? Nie masz nic do gadania?
- Oni mają pewne poglądy... - wyjaśniała, wiedząc, że i tak nie zostanie zrozumiana.
- No to miodzo. Oddaj mnie aniołom. Nie będę robił za twojego psa - przerwał Sachmet, podszedł do okna i wyjrzał przez nie. Zobaczył szereg okazałych domów, wiele miało obok siebie baseny, ale woda w nich była dziwnie biała. Najchętniej zapytałby, czy to aby na pewno jest woda, ale nie zamierzał tego robić, przecież miał swoją dumę. Gdy szedł z Sedithem, nie obserwował otoczenia. Teraz poczuł mimowolny zachwyt. Zawyrokował, że wszystkie demony mieszkają jak biznesmeni. Po chwili uświadomił sobie, że oddycha mu się ciężej, niż na co dzień, i to nie z emocji. To powietrze było dziwne, przynajmniej dla niego. Odbierało siły. Może jest za rzadkie...?
- Przepraszam... Will, no... - Cichy głos przybranej siostry przypomniał mu, w jakiej sytuacji się znajduje. Zacisnął pięści.
- Wsadź sobie w dupę te przeprosiny.
Sachmet nie wiedziała, co robić. Była bezradna.
Przez to pieprzone Piekło stracę ostatniego przyjaciela. I właściwie to będzie moja wina. On nigdy nie pozwalał sobą pomiatać.
Sytuacja ciągle się pogarszała. Zrozumiała to, gdy spojrzała na zegarek.
Dlaczego właśnie teraz?!
- Will, musisz iść ze mną - oznajmiła nieśmiało.
Chłopak podszedł do niej. Wyglądał, jakby chciał uderzyć przybraną siostrę i powstrzymywał się resztkami sił.
- Dokąd? A jak tego nie zrobię, to co?
- Na... na obiad. - Wiedziała, jak dziwnie brzmią te słowa w zaistniałych okolicznościach. - Z moim ojcem i dziewięciorgiem rodzeństwa.
- I niby po co mam tam iść?
Jesteś moim prywatnym niewolnikiem, a prywatni niewolnicy zawsze chodzą ze swoimi panami na posiłki.
Nie, tego nie mogła powiedzieć.
- No... taki jest zwyczaj.
- Walę na niego.
- Will, proszę, to ty będziesz miał problemy, jeżeli nie pójdziesz!
Przez chwilę zastanawiał się. Niestety, znowu nie miał wyjścia, nawet jeżeli siostra nie zamierzała go zmuszać. Dosyć szybko to zrozumiał. Sachmet nie pomogłaby mu, gdyby demony karały go za nieposłuszeństwo. A gdyby w sprawę wmieszał się Lucyfer, wszystko mogłoby skończyć się bardzo źle. Westchnął. Cóż poradzić, musi iść na ten piekielny obiad. Nie ma już prawa do własnego zdania.
- OK.
Sachmet miała ochotę skakać z radości i ulgi, gdy Will minął ją i wyszedł z pokoju. Poczekał na korytarzu, a potem powoli ruszył za nią. Nie chciał zachwycać się otoczeniem, więc patrzył pod nogi. Ignorował wysadzaną drogimi kamieniami posadzkę, a później idealnie zieloną i równą, chociaż występującą w niewielkiej ilości trawę. Z pewnymi obawami wszedł do sali, której drzwi otworzono przed nim i przybraną siostrą. Podniósł głowę. Poczuł strach. Na środku olbrzymiej komnaty stał bogato zastawiony stół, przy którym siedziały demony. Wszyscy patrzyli na Sachmet z ciekawością i życzliwością. Pomieszczenie przytłaczało go swoimi rozmiarami, najchętniej wróciłby do pokoju najmłodszej córki Lucyfera. Ze zdziwieniem zauważył siedzącą na podłodze około dziesięcioletnią dziewczynkę. Trochę dalej w takiej samej pozycji zastygł nastolatek. Obaj śmiertelnicy wyglądali na zrezygnowanych i pogodzonych z losem. Rozważał, co oni robią w świecie demonów. Nie umiał skojarzyć ich z własną sytuacją.
- Witaj, ojcze. - Sachmet prawie siłą powstrzymała się od zbawczego, pomagającego we wszystkim „no”.
Will wyczuwał jej napięcie i niepewność.
- Ave.
Dziewczyna ruszyła. Poszedł za nią.
Nie no, to wszystko jest bardzo złym pomysłem...
Sachmet nerwowo zacisnęła pięści. Dopiero siadając przypomniała sobie o jednej z zasad. Prywatni niewolnicy siedzieli u stóp swoich panów.
Przecież on widzi tych ludzi, dlaczego nie weźmie z nich przykładu?Ale on ciężko kapujący jest, mam mu powiedzieć po prostu „siadaj”?
- Czy twój niewolnik chce coś powiedzieć? - Lucyfer na własny sposób zinterpretował nietypowe zachowanie Willa.
- Nie... - Sachmet zaschło w ustach. Młody Adler ze zdziwieniem rozejrzał się jeszcze raz po jadalni.
Zaraz... Ja mam stać?
- Siadaj.
Dezorientacja zamieniała się w panikę.
- Gdzie? - spytał, przełamując obawę przed Królem Piekła. Wszyscy poza Sachmet i Lucyferem wybuchnęli śmiechem.
- No nieźle... Nie mówiłaś mu? - Seth szturchnął siostrę, przy okazji przewracając szklankę. Nikt się tym nie przejął.
- Adlerze... - Król Piekła pokręcił głową z dezaprobatą. - Podłoga jest odpowiednim miejscem.
Słowa dotarły do niego z opóźnieniem. Został zalany przez falę gorąca.
Mogłem się spodziewać, że wywinie mi coś takiego... Mam siedzieć jak jakiś pies? Nie ma mowy. Wyłażę. Nie upokorzą mnie.
Odwrócił się w stronę drzwi, nieświadomy ewentualnych konsekwencji. Zdążył zrobić zaledwie parę kroków. Jakaś ogromna siła spowodowała, że uderzył plecami o ścianę. Poczuł przeszywający ból, zwłaszcza z tyłu głowy.
- Twoja pani nie pozwoliła ci odejść.
- O-ojcze...
Nie wiedziała, co powiedzieć. Chciała podbiec do Willa, przytulić go, pomóc mu. Z drugiej strony kontakty z rodziną były dla niej bardzo ważne. Tym bardziej bolały ją słowa ojca, które padły po dłuższej chwili.
- Ośmieszasz się. Niedługo przyjeżdżają wszyscy twoi krewni, dobrze, że Adler zbuntował się teraz, a nie przy nich. Musisz nauczyć go podstawowych zasad.
- Czy on musi być tej rangi, co inni niewolnicy? W końcu na Ziemi był moim bratem... no...- Usłyszała swoje słowa, ale nie umiała uwierzyć, że to ona je wypowiedziała.
Idiotka.
Rodzeństwo znów miało powód do śmiechu.
- Pamiętasz, co mówiłem ci, gdy cię odnalazłem? - Lucyfer zaczynał mieć dosyć.
- Przepraszam, ojcze...
- Nie przepraszaj, tylko zacznij zachowywać się jak prawdziwy demon.
Poczuła pod powiekami łzy. Nie miała odwagi spojrzeć na Willa, który podszedł, kuśtykając. Usiadł. Piekło go gardło i oczy. Czy chciał płakać?... Sam nie wiedział. Chciał nic już nie czuć. Jakaś część jego świadomości nie wierzyła w zachowanie Sachmet. Sachmet, która zawsze broniła go przed wszystkimi wrogami, zabijała ich. Wpatrywał się w posadzkę, analizując wzory na niej. Pomimo otępienia z oburzeniem zarejestrował pozłacany talerz lądujący obok niego. Zobaczył baranie mięso, które zawsze tak lubił. Idąc na obiad, podświadomie ucieszył się, że w końcu zaspokoi głód. Teraz nie chciał już jeść.
- To dla ciebie... Umyślnie nie zjadłam - szepnęła dziewczyna, upewniwszy się wcześniej, że nikt jej nie słucha.
Gwałtownie złapał talerz, zacisnął na nim ręce. To były sekundy. Wziął zamach i rzucił naczyniem w twarz przybranej siostry, swojego największego wroga. Sachmet zawyła. Z jej czoła i policzka ciekła krew. Wszyscy zerwali się na nogi, Seth wysłał śmiertelnika w podróż na ścianę. Pozostali myśleli nad wystarczająco okrutną karą. Junona i Naamach podbiegły do siostry.
- Nic ci nie jest?
- Praktycznie nic poważnego... - Sachmet podeszła szybkim krokiem do Willa. Uświadomił sobie, co mu grozi, ale nadal zaciskał pięści. Musiała zabrać chłopaka z sali, jak najdalej od wściekłych demonów. Mogła to zrobić jednak tylko jedną metodą...
- Nie odbierzecie mi przyjemności ukarania tego... tego... - Starała się, żeby jej głos brzmiał zimno i poważnie. Tak, jakby była wściekła. Nie wiedziała, czy jej wychodziło. Wyciągnęła rękę. Ze szklanki trysnął strumień wody, który uderzył w chłopaka. Złapała Willa za ramię i brutalnie wywlokła z sali. Nie stawiał oporu, wolał zostawić dyskusję z Sachmet na później. Puściła go, gdy miała pewność, że nikt ich nie widzi.
- Przepraszam - powiedziała cicho.
- Pieprz się.
W milczeniu dotarli do domu Sachmet. Will nie chciał wejść do jej pokoju.
- Nie masz jakiegoś pomieszczenia dla niewolników? Nie chcę dzielić z tobą przestrzeni.
Nic nie powiedziała. Otworzyła drzwi, weszła i ciężko usiadła na łóżku. Pozostał przed progiem.
- To nie tak. Gdy prosiłam ojca o odbicie ciebie, myślałam, że będziesz moim przyjacielem, bratem z Ziemi, bo ja wiem... No nie wiedziałam, że zrobią z ciebie niewolnika.
- Nie jesteś moją panią. Nigdy nią nie będziesz - stwierdził śmiertelnik.
- Masz rację, nigdy nią nie byłam i nigdy nie będę. A jeżeli nie chcesz ze mną mieszkać, mogę dać ci poddasze. Nawet jest nieźle urządzone.
Zdziwił się życzliwością Sachmet. Widział ją już jako całkiem inną osobę. Nadal jednak podjudzał samego siebie. Wytykał siostrze wszystkie wady.
- Jasne. Chcę się wyprowadzić od ręki. Miodzio.
Zaprowadziła go piętro wyżej i bez narzucania się zamknęła za nim drzwi. Nie zwracając uwagi na sympatyczny pokój w pastelowych kolorach i obiad na stole upadł na kolana. Płakał tak bardzo, że ledwo mógł oddychać. Nie mógł już dłużej wytrzymać. Nie miał nikogo i niczego.

Słońce. Lato. Starsza siostra wiezie go w wózku. Patrzy w jej szczęśliwe czarne oczy i słucha paplaniny o szczeniakach, którą nawet nie w pełni rozumie.
Nie mogę o tym myśleć, muszę przestać...
- Już nigdy nie będzie ci dokuczał. A jakby ktoś coś do ciebie miał, to na przyszłość mi o tym mów.
Jego siostra ma dziesięć lat. Oboje stoją nad ciałem chłopaka, który znęcał się nad Willem oraz innymi młodszymi od siebie chłopcami. Trzymali to w tajemnicy przed wszystkimi, wstydzili się. Evelyn sama odkryła prawdę. Dręczyciel umarł w męczarniach przed własnym blokiem.

Nie, to nie była jego siostra, bo nie był dla niej nic wart. Bardziej ceniła demony. Dwa razy go przy nich upokorzyła.
W tym momencie do pomieszczenia wszedł demon niewiele starszy od Sachmet, jeden z synów Lucyfera. Nastolatek był bardzo podobny do ojca. Przeszedł przez pokój i uklęknął przy śmiertelniku jak przy kimś równym.
- Will? - odezwał się z troską w głosie.
Chłopak poczuł wstyd. Wiedział, że wciąż płacze, ale nie umiał przestać. Myślał, że demon może w każdej chwili go wyśmiać, więc nic nie mówił.
- Co ci zrobiła Sachmet?
- Poza tym, że zrobiła ze mnie niewolnika i chce, żeby było jak dawniej tylko gdy jesteśmy we dwoje, to nic.
W migdałowych oczach demona widział zrozumienie.
- Nie przejmuj się. Ona bardzo cię kocha. Po prostu chce być taka jak ojciec i my. Lucyfer chyba jej nie rozumie. Ale postaram się pomóc tobie i swojej siostrze.
Will zauważył, że zostało użyte słowo „swojej”. Tak, to już nie była jego siostra.
- Jesteś jej bratem, tak? Prawdziwym. Takim, którego nigdy nie zeszmaci. Zazdroszczę ci.
Adler wyobraził sobie, że za drzwiami stoi rodzeństwo Fobosa, zaraz wejdą i będą się z niego nabijać. A Sachmet z nimi, chociaż w głębi duszy nie uzna, że takie praktyki są śmieszne. Scenariusz nie sprawdził się.
- Tak, jestem jej bratem. Mam na imię Fobos.
- Przedstawiłbym się, ale już mnie znasz – powiedział i natychmiast zrozumiał, że to błąd. Owszem, demon znał go, ale jako tego, który buntuje się bez sensu. Teraz tylko czekał, aż nadejdzie wyśmianie. Spuścił głowę.
- Naprawdę, nie przejmuj się. Ciebie i Sachmet łączy bardzo silna więź, to widać. I tego być może nawet niektóre demony ci zazdroszczą.
Mówi tak, żeby mnie pocieszyć. A zresztą kto wie...
Nagle Fobos zmienił temat.
- A wiesz, że niedługo zjedzie się tu całe rodzeństwo i kuzynostwo Sachmet? Już za dwa dni. Wszystkie klany.
- Klany rodzeństwa?
- Co dwa tysiące lat ojciec miał kolejną dziesiątkę dzieci. Łącznie jest nas sześćset sześćdziesięciu sześciu. W środkowym klanie mamy tylko szóstkę demonów... - Fobos opowiadał, jak gdyby chciał odwrócić uwagę śmiertelnika od bolesnej dla niego sprawy. Po kilku minutach rozmowy spojrzał na zegarek.
- Muszę już iść... Nigdy nie miałem dużo wolnego czasu. To do zobaczenia, Will.
Chłopak odpowiedział na pożegnanie i zapatrzył się w zamknięte drzwi.
Może nie będzie aż tak źle.











ROZDZIAŁ 2

Z niedowierzaniem wpatrywała się w lustro. Widziała bladą, wystraszoną nastolatkę, za którą stał Król Piekła. Lucyfer czekał, aż córka wyrazi opinię na temat podarowanych jej ubrań. Ta jednak nawet o tym nie myślała. Drżała, zaciskała z emocji pięści i podziwiała nowy strój. Przez jej głowę przemykały myśli o tym, że tak naprawdę upiła się, chcąc zaimponować klasie, a teraz leży gdzieś pod płotem i to wszystko jest złudzeniem. Nie istniało żadne inne racjonalne wytłumaczenie.
Jej długa, czarna tunika płonęła, ale nie czuła bólu. Ogień był po prostu ozdobą, efektem specjalnym. Spojrzała w dół, na wypastowane, czarne glany. Przypomniała sobie szkolnych metali i poczuła tęsknotę za życiem na Ziemi.
- Podoba ci się?
- Jest... świetna...no...
- Przestań powtarzać to określenie śmiertelników – zwrócił jej uwagę, ale w miarę łagodnym tonem. Oparł się o ścianę. Nawet tą czynność wykonał pełnym godności ruchem. Sachmet pomyślała, że ojciec musiał wyćwiczyć swoje zachowanie, ale natychmiast się za to zganiła. Nie do niej należy ocenianie.
- Postaram się...n...
Wyprostowała się. Chciała wyglądać na silną i pewną siebie. Odgoniła wspomnienia niegodne demona.
- Co do młodego Adlera...
Zesztywniała. Dobrze wiedziała, że w tej sprawie nie ma czystego sumienia i pozwala Willowi praktycznie na wszystko. Niestety, on i tak nie zamierzał się pogodzić.
- Udajesz, że traktujesz go wyłącznie jak niewolnika. To nie ma sensu, nie musisz już zabierać go na posiłki. Od dziś jest po prostu twoją domową zabawką. Wiem, że będziesz go bardzo rozpieszczała. Rób co chcesz, w końcu zrozumiesz, na jak niewiele zasługuje ten chłopak. Ale nie afiszuj się z waszą przyjaźnią przed innymi demonami.
Poczuła, że nie jest w stanie niczego ukryć, co stanowczo nie należało do przyjemnych świadomości. Od braku prywatności bardziej zasmucił ją jednak niezadowolony ton ojca. Chciała usprawiedliwić się i obiecać poprawę, ale Lucyfera już nie było.
Podobno dla mnie jest bardzo dobry... To ja już nie chcę wiedzieć, jak traktuje resztę swoich dzieci.
***
Stał przed drzwiami do gabinetu swojego ojca. Wiedział, że jeszcze ten jeden, ostatni raz musi ukryć swoją nienawiść do niego. Z roku na rok wkładał w tłumienie emocji coraz więcej wysiłku. Najchętniej w ogóle nie witałby się z Lucyferem, to jednak wyglądałoby podejrzanie, musiał zachować się jak wzorowy syn. Otworzył drzwi. Lucyfer siedział przy biurku, był odwrócony tyłem, jednak słysząc skrzypienie zawiasów wstał i spojrzał na gościa, gotów ukarać go za wejście bez pukania.
- Mantus!
Gniew Króla Piekła natychmiast minął. Powstrzymał się od uśmiechu. Nie zamierzał pozwalać sobie na okazywanie uczuć pierworodnemu synowi.
- Witaj, ojcze... - Mantus podszedł do Lucyfera, podał mu na przywitanie rękę. Panował nad sobą. Od początku miał pewność, że będzie umiał się na to zdobyć.
- Przybyłeś wcześniej, niż ustalaliśmy...
Mantus tylko czekał na to zdanie.
- Zrobiłem to, żeby szybciej poznać Sachmet... To pierwszy przypadek demona wychowanego w nieświadomości, na Ziemi. Jak to na nią wpłynęło?
Lucyfera zaczęło irytować wścibstwo syna. Nigdy nie pozwalał najstarszemu ze swoich potomków na zbyt wiele, był dla niego surowszy niż dla innych.
- Niech zaprowadzi cię do niej ktoś z jej klanu - warknął. - A teraz odejdź.
Mantusa zatkało z oburzenia. Najchętniej zaatakowałby ojca i nie pozwoliłby się tak traktować.
Wyszedł, ostatkiem sił powstrzymując się przed trzaśnięciem drzwiami. Ruszył korytarzem, idąc coraz szybciej. Teraz miał już pewność. Jego ojciec nie powinien być Królem Piekła, potrafi jedynie wydawać rozkazy.
Ochłonął, gdy zobaczył Junonę. Siostra uśmiechnęła się do niego szeroko i szczerze.
- Już jesteś... - stwierdziła, podchodząc.
- Jak widać. - Przezwyciężył pokusę zabicia nastolatki. Denerwowała go już samym swoim wyglądem, tak jak cały ostatni klan. - Zaprowadź mnie do Sachmet.
Te słowa były czystym rozkazem, nie można było podciągnąć ich pod prośbę. Junona jednak nie zaprotestowała. Wyprowadziła Mantusa na jedną z ulic, która rozwidlała się na wiele mniejszych. Każda prowadziła do willi.
- Czy mi się wydaje, czy ona mieszka na uboczu? A podobno jest taka ważna... - Nie umiał powstrzymać sarkastycznej uwagi. Junona nie przestawała patrzeć na niego z sympatią.
- Po prostu jest nieśmiała. I chyba nie do końca wierzy we wszystko, co ją spotkało.
Ta wiadomość spodobała mu się. Uznał, że z siostrą pójdzie mu łatwo. Wiedział też, że Junona odpowie na wszystkie jego pytania i nawet nie nabierze podejrzeń. Zamierzał to wykorzystać.
- To prawda, że ma dużą moc? - Zadał najważniejsze z pytań, siląc się na zdawkowy ton. Schował ręce do kieszeni.
- Tak. - Nastolatka uśmiechnęła się, jej oczy błyszczały z podniecenia. - Potrafi nieźle dać czadu, ale nie używa mocy bez potrzeby. Nie chce jeszcze bardziej zwracać na siebie uwagi. Nigdy nie widziałam czegoś takiego... Jest niesamowita. A już szczególnie, gdy coś ją zdenerwuje lub gdy się czegoś boi.
„...gdy się czegoś boi.” To oznacza, że nie jest w pełni świadoma, co potrafi. Tym lepiej.
- Tak szczerze, to chyba jest nieszczęśliwa. Tęskni za poprzednim życiem, widzę to. - Junona zeszła na boczną ścieżkę, którą kończył duży dom z basenem. - Jej przybrani rodzice nie żyją, na pewno była do nich przywiązana. Chyba tylko udaje kozaka, żeby jej nie wyśmiali. Tak naprawdę jest taka... dobra? Nie wiem, jak inaczej to nazwać.
Mantus parsknął stłumionym śmiechem. Junonie przyszło do głowy, że ośmieszyła Sachmet w oczach brata.
- Bądź dla niej wyrozumiały... - poprosiła. Byli już pod drzwiami.
Zignorował prośbę. Nie miał ochoty kłamać. Chociaż czy powiedzenie, że się zgadza, byłoby kłamstwem? Przecież na swój sposób będzie łagodny, bo danie siostrze szansy na przeżycie (z której może i tak nie skorzystać) to i tak coś więcej, niż zasługuje.
- Podobno ojciec bardzo kocha swoją najmłodszą córkę... - Zatrzymał się. Junona wzięła z niego przykład. Wyglądała na zmieszaną.
- Wiesz, to chyba jest prawda. Oczywiście nie pokazuje tego publicznie... Ale jest do niej nastawiony jakoś inaczej niż do reszty. I podarował jej ubrania na imprezę. Aha, raz widziałam, jak błyszczały mu oczy, gdy na nią patrzył. No i sprowadził dla niej śmiertelnika, którego uważała za swojego brata.
Mantus ponownie ruszył przed siebie. Dowiedział się tego, czego chciał. Czuł wściekłość. Powiedział sobie, że bezczelna gówniara jutro będzie błagała go o litość. To pomogło, tym bardziej, że było bardzo prawdopodobne.
Rodzeństwo weszło do domu.
- Wchodzisz, nie pytając o pozwolenie. Nie zdenerwuje się? - spytał z ironią.
- Na pewno nie. Nawet wiem, gdzie dokładnie będzie. Ciągle siedzi w swojej sypialni. Ucieka tam, gdy tylko ma okazję. Lubi być sama.
I to ma być demon?
Wyobrażał sobie siostrę na dziesiątki sposobów. W tym czasie Junona stanęła przed wielkimi, pozłacanymi drzwiami. Tym razem zapukała.
- W... wchodź.
Chwilę później Mantus zobaczył nerwowo przygryzającą wargę, pobladłą z emocji nastolatkę. Sachmet rozpaczliwie pragnęła wyglądać na pewną siebie, ale nie umiała osiągnąć tego efektu. Widząc nieznajomego mimowolnie się uśmiechnęła. Na pewno nie uznawała go za zagrożenie: wysoki, zadbany, patrzący na nią dużymi, ciemnobrązowymi oczami, wyglądającymi prawie tak, jakby ich właściciel był zwykłym śmiertelnikiem. Wzbudzał zaufanie. Z trudem powstrzymała się przed wyciągnięciem ręki i dotknięciem jego skrzydeł – jej zdaniem były wyjątkowo gładkie, inne niż u reszty demonów, chociaż nie potrafiłaby uzasadnić, dlaczego tak sądzi.
On wygląda na sympatycznego... Chyba nie jest z tych, którzy wyśmialiby mnie z byle jakiego powodu.
- To jest nasz najstarszy brat, Mantus.
BRAT? To jest mój brat?! Tym lepiej. Nie wyobrażałam sobie, że może być aż tak dobrze, może jakiś kuzyn albo ktoś obcy, ale brat... Ciekawe, gdzie mieszka. Może to jemu mogłabym opowiedzieć o tym, że tęsknię za Ziemią.
Odwzajemnił uśmiech siostry, potwierdzając tym jej dobrą opinię na swój temat. Junona wyszła z podświadomą pewnością, że rodzeństwo się dogada.
- Przy... przyjechałeś na ten zjazd, nie?
- Tak. - Nie spuszczał wzroku ze swojej przyszłej ofiary.
Jeżeli ma naprawdę tak dużą moc, jak mówią, będzie naprawdę przydatna. Zrobi wszystko, co jej każę. Na pewno boi się bólu. Może nawet daruję jej życie...
Sachmet patrzyła na brata z prawdziwą sympatią. Uznała, że zrobiły wrażenie na dziewczynach z osiedla – nie dość, że pewnie jest starszy o setki lat, to jeszcze dobrze wygląda. Wyobraziła sobie, że idzie z nim przez blokowisko. Słowa Mantusa sprowadziły ją do bardziej przyziemnych, realniejszych spraw.
- Gdy żyłaś na Ziemi, wyróżniałaś się czymś z tłumu?
Zaczęła nerwowo wykręcać palce, szukając alternatywy dla już raz wyśmianego składania rąk, ale postanowiła odpowiedzieć szczerze. Przecież od tego zaczynają się wszystkie dobre układy, i przecież rozmawia z bratem.
- Zabijałam wszystkich, którzy mi się narazili, i to od dziecka. Nie panowałam nad tym...no? To nie była moja wina. Zawsze potrafiłam bardzo szybko biegać, wszyscy byli zdziwieni... ogólnie sport mi dobrze szedł, no. Ale jak na demona to jestem powolna - powiedziała szczerze o jednym ze swoich wielu kompleksów. - Nigdy nie chorowałam. Byłam z tego dumna. Dodatkowo miałam zmienną temperaturę ciała, ale nie czułam tego. W ogóle... byłam dziwna - zakończyła wypowiedź zdaniem, którym określała siebie przez wiele lat.
Ufa mi. Zawiedzie się. Nie zamierzam się z nią bawić. Każdy może ją zabić, jest ufna i bezbronna... Nie posiada żadnego instynktu przetrwania.
W tym momencie do pokoju zajrzał Will. Przemyślał sobie wszystkie fakty, postanowił pogodzić się z przybraną siostrą. Zesztywniał, widząc obcego demona.
- S-sorka, nie wiedziałem, że nie jesteś sama.
Mantus wstał.
- On mówi do ciebie na „ty” - stwierdził.
- On...
Nie zdążyła powiedzieć nic więcej, Will wrzasnął, złapał się za brzuch i upadł. Na jego bluzie powstała powiększająca się plama krwi. Sachmet chciała mu pomóc, pobiegła w jego stronę, ale brat odciągnął ją do tyłu.
- Masz go zostawić.
Stała spokojnie, bez słowa sprzeciwu patrząc na śmiertelnika. Wiedziała, że musi się skupić. Swoją reakcją zdziwiła Mantusa, przygotowanego na histerię i wrzaski. Uznał, że siostra może nie jest jeszcze stracona dla świata demonów, bo przynajmniej zna podstawy hierarchii, a to ważne.
Nagle zauważył jednak, że Adler czuje ulgę. Chłopak przestał jęczeć, podniósł głowę. Zanim Mantus zdążył zrozumieć, co się dzieje, Will wstał i wybiegł. Demon był w ciężkim szoku. Nieraz krzywdził śmiertelników, i jeszcze nikt nigdy nie ocalił jego ofiary.
Sachmet skuliła się, gdy zrozumiała, że popełniła kolejny błąd. Brat patrzył na nią z wściekłością i nienawiścią.
Zawsze muszę coś spieprzyć. On mnie chyba zaraz zleje...
- Jeszcze się spotkamy.
Mantus wyszedł, trzaskając drzwiami.
Nigdy się z nikim nie dogadam. Jestem debilką i tyle.
***
Weszła do sypialni i rzuciła się na łóżko, nadal roztrzęsiona i zestresowana. Właśnie skończyła poznawać swoje rodzeństwo, kuzynostwo i jeszcze dalszą rodzinę. Do tej pory za najbardziej stresującą sytuację w swoim życiu uważała apel, na którym dyrektorka publicznie potępiła jej postępowanie i bezczelność. Poznawanie rodziny było jednak o wiele gorsze. Na dodatek zaraz miał nastąpić dalszy ciąg „rozrywki”, coś, od czego nie dało się uciec.
- Sachmet, wyłaź!
Skuliła się. Splotła palce tak mocno, że aż zabolały. Do głowy przyszło jej jednak, że chyba nie będzie już gorzej – posiedzi, posłucha, o czym rozmawia jej rasa, a do pięciu godzin powinna wrócić do zbawczego łóżka.
- Idę, idę, no!
Przelotnie spojrzała w lustro. To odebrało jej siły wykrzesane poprzedni wnioskami. Jej ubrania rzucały się w oczy, stanowczo wolałaby nosić coś skromniejszego.
Za drzwiami czekał Seth. W przeciwieństwie do Sachmet był nastawiony entuzjastycznie, tryskał energią. Prawie biegł do głównej sali.
- Nieźle to urządzili, padniesz z wrażenia.
W ciemnej sali płonęły jedynie pentagramy i krzyże zamętu, Sachmet nie umiała dostrzec końca bardzo długiego stołu. Ucieszyła się. Przy tak dużej liczbie demonów niewiele osób będzie zwracało na nią uwagę.
- Sachmet!
Przyjazny głos sprawił, że rozejrzała się dookoła, jakby bojąc się ataku. Obawy okazały się nieuzasadnione. Poczuła ulgę, gdy zobaczyła Naamach, należącą do nielicznego grona tych, przy których nie bała się obgadania i wyśmiania. To ona ją wołała.
- Musisz to zobaczyć, Fenir i Dagon mają zawody, który wypije więcej piwa.
Z chęcią dołączyła do roześmianej grupki, jednak zawody w piciu również przypominały jej życie na Ziemi.

- Arons, dawaj! - Ponad połowa szkoły patrzyła z zainteresowaniem, jak dziennikarz szkolnej gazetki wmusza w siebie piwo. Chłopak rzucił pustą puszkę na ziemię i wyciągnął rękę po następną.
- Rommelowi cieknie po brodzie! To oszukiwanie! - Drugi zawodnik zgromił wzrokiem spostrzegawczego widza i zignorował uwagę. Wszyscy zaczęli dyskutować, czy Rommel oszukuje, czy też nie.
- Chowajcie to, dyra idzie!

- Sachmet... - Junona szturchnęła siostrę. - Co z tobą?
- Nic... no zamyśliłam się.
Dagon z hukiem odstawił pustą butelkę.
- Dobrze, poddaję się - wybełkotał. Zareagowano oklaskami i rozradowanymi wrzaskami.
- Kontynuujmy libację!
- Sachmet, przynieś wódę, którą dał ci Seth! Nie oszukasz nas, wiemy o niej, wygadał się!
Na dwa dni po przybyciu dziewczyny do Piekła Seth podarował jej zapas bardzo mocnych wódek. Schowała je, żeby czekały na lepsze czasy. Ich dzień właśnie nadszedł.
Z chęcią opuściła salę. Stanęła na drodze, delektując się ciszą i świeżym powietrzem, które jej zdaniem było o wiele lepszej jakości, niż na Ziemi. Po raz pierwszy od bardzo dawna czuła szczęście, chociaż nie wiedziała, dlaczego. Zaczynała liczyć, że życie w Piekle z czasem stanie się znośne, a ona zostanie pełnoprawną obywatelką tego miejsca. Jak na razie czuła się gościem, którym każdy się interesuje.
Prawie biegiem ruszyła do swojego domu. Gdy była już przed drzwiami, ktoś błyskawicznie złapał ją za ręce i wykręcił je do tyłu. Krzyknęła, przerażona. Nie ufała jeszcze demonom, wydawało jej się, że może zostać zabita. Spanikowała i zaczęła się szarpać. W głębi duszy liczyła, że to tylko jakiś głupi żart, a ktoś, chociażby Fenir, sprawdza, jak zareaguje.
- Zmieniaj postać. W końcu lubisz wyglądać jak śmiertelnik.
Kojarzyła ten głos, ale nie miała czasu się zastanawiać. Poznała zbyt wiele demonów. Nie potrafiła jeszcze rozpoznawać ich po głosie, zresztą nigdy nie potrafiła szybko łączyć głosów z ich właścicielami, nie należała do osób spostrzegawczych. Przez jej głowę przelatywały chaotyczne, nieuporządkowane myśli.
Nie mogę tego zrobić... Czego on chce?... Jak się posłucham, będę totalnie bezbronna...
- Nie zamierzasz posłuchać?
W tym momencie poczuła pazury zagłębiające się w jej żyły. Pociemniało jej przed oczami, myślała, że zwymiotuje. Jęknęła z bólu, zaciskając powieki. Na ziemię zaczęła kapać krew. Nie mogła się jednak poddać, czuła to. Chwilę walczyła z bólem, miotając głową i usiłując odsunąć się od napastnika, ale ten nie zamierzał jej puścić. Wyraźnie był o wiele silniejszy.
Nieświadomie spełniła rozkaz, nie umiała wytrzymać. Chwilę później zdała sobie sprawę, że stoi na jakimś podwyższeniu. Podniosła głowę, żeby zobaczyć tłum. Niektórzy byli zszokowani, inni zadowoleni, a ich oczy płonęły złośliwością i chęcią walki.
- A tylko spróbuj podejść, Lucyferze... - Napastnik mocno ścisnął pokaleczone przeguby Sachmet. Stłumiła krzyk, nie chcąc dać mu satysfakcji. Odszukała wzrokiem ojca. Król Piekła zastygnął w zdziwieniu i niemym oburzeniu. - Zniszczę cię... tatusiu.
Wszyscy poderwali się ze swoich miejsc, rozpoczęła się walka. Nie miała jednak okazji jej oglądać, ten, który ją trzymał, znowu się teleportował. Puścił swoją ofiarę, która zatoczyła się i złapała kolumny. Z trudem łapała oddech, nadal czuła ból. Omiotła wzrokiem całe pomieszczenie - puste, zimne i kamienne. W końcu spojrzała na porywacza.
- Mantus - stwierdziła, przez chwilę nawet nie czując strachu.
- Było z tobą tak łatwo... Ale cóż, gdybyś stawiała opór, cierpiałabyś jeszcze bardziej. Możesz być sobie wdzięczna.
Gdy zaczął iść w jej stronę, odruchowo chciała się cofnąć, jednak tego nie zrobiła. Nie chciała okazywać jakichkolwiek emocji. Rozważała szanse na ucieczkę. Nie umiała jeszcze się teleportować, czego teraz bardzo żałowała. Jeżeli się przemieni, brat to zobaczy i na sto procent zdąży ją dopaść. Nie będzie z nim walczyła, bo nie ma szans, on najprawdopodobniej jest bardzo doświadczony. Sytuacja nie wygląda dobrze, pozostaje podporządkowanie się i nie prowokowanie. Zresztą może nie chce zrobić jej krzywdy i stawiając opór, tylko by go zdenerwowała. Przecież są rodzeństwem... nie zabije jej? Chyba.
- Idziesz ze mną. - Mantus szturchnął siostrę, przerywając jej rozmyślania. Drgnęła. Posłusznie ruszyła przed nim korytarzem. Patrzyła w każdy boczny korytarz, licząc na możliwość ucieczki. Budynek sprawiał przygnębiające wrażenie, cały zbudowany z kamienia, jednostajny i prosty. Wszędzie było ciemno. Odnosiła wrażenie, że nawet gdyby rzuciła się do ucieczki, toby się zgubiła i nie odnalazła wyjścia. To chyba był zamek. Nigdy nie lubiła zamków.
W pewnym momencie brat ją wyprzedził i otworzył jedne z wielu drzwi. Podejrzliwie zajrzała do pomieszczenia. Pokój urządzono całkiem przytulnie, kamienną podłogę przykrywał dywan. W porównaniu z poprzednimi pomieszczeniami to Sachmet się podobało. W kominku płonął ogień, widziała również dużą, ciemnozieloną kanapę i stół. Sachmet uznała, że gdyby Mantus miał coś jej zrobić, to na pewno nie tutaj, to wyglądało jak salon.
- Siadaj.
Usiadła tuż obok okna, byle jak najdalej od brata. Zajął miejsce w sporej odległości od niej. Zrobił to umyślnie. Wiedział, że się boi. Sachmet ucieszyła się, chociaż dawała sobie sprawę, że jakby co brat tylko wyciągnie rękę i będzie ją miał.
- Jak widzisz, zbuntowałem się przeciwko ojcu. - Znów złożyła dłonie. Patrzyła na nie, a nie na rozmówcę. Ten przeszedł do wyjaśniania powodów swojego zachowania. Słuchała uważnie. - Po pierwsze, on nie ma kompetencji. Wiesz, od jak wielu lat toczą się walki z aniołami? Powinniśmy dawno ich pokonać. Po drugie, nie umie wychowywać swoich dzieci. - Otworzyła szeroko oczy, uznając ostatnie zdanie za oszczestwo, ale nic nie powiedziała. - Cóż, w tym wypadku możesz nie wiedzieć, o co mi chodzi, więc zostawmy tę kwestię. Po trzecie, udaje wielkiego, potężnego... Zauważyłaś, że praktycznie przez cały czas przebywa sam? - Kiwnęła głową. - A wiesz, dlaczego? - Tym razem nie czekał na odpowiedź. - Bo tak naprawdę jest nieśmiały i boi się opinii otoczenia. Nic nie potrafi, a jego pomysł wypowiedzenia wojny Stwórcy wziął się z rozpaczy i niedoceniania. Udaje kogoś, kim nie jest. Podsumowując... jest żałosny.
Udaje kogoś, kim nie jest, jest nieśmiały i boi się opinii otoczenia... Jeżeli tak, jesteśmy bardzo do siebie podobni.
Sachmet poczuła sympatię do ojca. Zacisnęła pięści. Domyśliła się już, do czego dąży Mantus.
- Przyłącz się do mnie, Sachmet. Jesteś moją siostrą. Możesz liczyć na dobre traktowanie...
Nie lubi mnie - stwierdziła nagle i stanowczo. - Nie potraktowałby mnie tak, jest fałszywy. Czegoś ode mnie chce i tyle. Podobno mam dużą moc, może chodzi o to. Ale bardzo mu się naraziłam, może dlatego mnie porwał, zamiast pogadać w innych okolicznościach. Chciałabym, żeby został moim przyjacielem...
Zawstydziła się swojego pragnienia. Świetnie, porwał ją, a ona chce się z nim zaprzyjaźnić. To chyba podpada pod syndrom Sztokholmski.
Mantus rozparł się wygodnie i zaciekawiony patrzył na siostrę, przez cały czas tłumiąc śmiech. Ona była tak młoda, słaba, naiwna, nierozumiejąca sytuacji. Chciała jedynie ujść z życiem, chciała, żeby nie zrobił jej nic złego. Nie potrafiła jednak wyzbyć się lojalności wobec Lucyfera, a jej myśli na temat brata wcale nie były przyjazne. On występował przeciwko ojcu, obrażał go, powiedział, że go zniszczy. Ojciec był dla niej dobry. Wziął ją z Ziemi. Gdyby nie on, siedziałaby w domu dziecka.
- N-no... - Usiłowała coś powiedzieć, słowa nie potrafiły jednak wydostać się z jej gardła. Chrząknęła. - N-no... - powtórzyła i wreszcie powiedziała, o co jej chodzi. Miała pewne poważne wątpliwości. - Dlaczego mnie porwałeś?
- A poszłabyś ze mną dobrowolnie? Oczywiście, że nie. Dodatkowo Lucyfera na pewno zabolał widok jego najmłodszej córeczki przerażonej i zdanej na moją łaskę... Chciałem mu pokazać, że to nie żarty – odpowiedział i swoimi słowami popełnił duży błąd, Sachmet wyciągnęła z jego wypowiedzi aż dwa wnioski, które przesądziły sprawę. Po pierwsze, była tylko narzędziem i Mantus chce, żeby nim pozostała. Po drugie, jeżeli na ojca miałby zadziałać widok jej krzywdy, to musi ją kochać. A jak ją kocha, to nie może go zdradzić... co nie zmieniało faktu, że właśnie jest zależna od jego wroga. Zaczynała bać się nieuniknionego. Nie potrafiłaby zdradzić.
- A co będzie, jeżeli nie zgodzę się na twoją propozycję? - Uznała, że przesadziła, więc dodała przepraszające „no”, które w jakiś sposób miało załatwić sprawę i uchronić ją od gniewu rozmówcy, co oczywiście wcale nie wyszło.
- Och, Sachmet, było już tak miło... Musiałaś zadać to pytanie? Oczywiście wtedy porozmawiamy inaczej. - Mantus zaczynał tracić cierpliwość, ale jeszcze nad sobą panował. W gł



Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości