Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

Poligeren [fantastyka]

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
MaW
Pisarz domowy
Posty: 52
Rejestracja: czw 15 lip 2010, 20:53
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Poligeren [fantastyka]

Postautor: MaW » sob 01 sty 2011, 11:40

Strych

Marcin szedł na palcach, bo podłoga na strychu była bardzo zimna. Niewyłożona płytkami, ani wykładziną. Czysty beton, gdzieniegdzie przykryty kawałkami wełny szklanej, albo starymi chodnikami. Przy jednej ze ścian, również niewyrównanej, ani pomalowanej, leżała cała góra opakowań tekturowych, wisiały kable i poniewierały się stare, zepsute urządzenia. Podobną dawkę rupieci można było znaleźć w, mających wiele lat, szafach. Jedynym pustym miejscem był róg, w którym normalnie stało pudło z choinką i bombkami, a teraz świecił pustkami. Na strychu było bardzo ciemno. Jedynie wąska strużka światła sączyła się z niewielkiego okna, znajdującego się naprzeciwko klatki schodowej.
Marcin błądził praktycznie po omacku, próbując przebić się przez zagracone schody. Gdy w końcu stanął na posadzce, rozejrzał się po pomieszczeniu i westchnął głęboko na myśl o czekającej go nocy.
– Nie jest tak źle – pomyślał. – Znajdę sobie coś do ogrzania i jakoś to będzie – dodał w duchu.
Jak postanowił, tak zrobił. Ale zadanie, które sobie postawił, wcale nie było łatwe. Większość rzeczy znajdujących się na strychu zupełnie nie nadawała się do zbudowania przytulnego kątka. Stare kartony posłużyły jako prymitywne ściany i podłoga, ale wciąż czegoś Marcinowi brakowało. Czegoś, co uchroniłoby go od chłodu bijącego od podłogi i pozwoliło ogrzać ręce. Przerzucił wnętrze szaf do góry nogami, ale nie znalazł nic pożytecznego.
– Dosyć tego – mruknął. – Dłużej tu nie wytrzymam. – Dodał w duchu i postanowił wydostać się ukradkiem z poddasza. Plan wydawał się obiecujący. A dodatkowo, mobilizowała go niechęć do przespania nocy na gołej posadzce, przy temperaturze oscylującej w granicach około pięciu stopni. Nie zastanawiając się długo, ponownie ruszył do klatki schodowej. Najciszej jak tylko mógł zszedł po schodach i uchylił drzwi. Pusto. Nikogo nie było. Czemu? Marcin spodziewał się jakiegoś wartownika pilnującego, aby nie wydostał się ze strychu. Najbardziej w tej roli pasował mu Piotr. Był on totalną ofermą. Od szesnastu lat małżeństwa znajdował się pod obcasem żony. Co Anna powiedziała, to on miał zrobić. Bez dyskusji. Tak też było i przy pilnowaniu Marcina. Kiedy tylko chłopak dostawał karę na spanie na poddaszu, Piotr był zobowiązany siedzieć przez pół nocy na krześle i pilnować syna.
Ale tym razem nikogo nie było. Dlaczego?
Zaciekawienie ogarnęło Marcina do tego stopnia, że postanowił uklęknąć na najwyższym stopniu schodów i wytężyć słuch, próbując wysłuchać przyczyn tego dziwnego zjawiska. Gdy tylko wystawił głowę za drzwi usłyszał z dołu głosy.
– Jak mogłaś na niego nakrzyczeć! To jeszcze dziecko! – bulwersowała się babcia Stefania.
– To moje dziecko i ja będę decydowała jak mam je wychować! – odkrzyknęła stanowczo Anna.
– Ty chyba zwariowałaś! Na strychu jest ledwo pięć stopni! Chcesz żeby złapał zapalenie płuc?!
– Siedział już tam wiele razy i nic mu się nie stało!
– To nie znaczy, że teraz też nic mu się nie stanie!
– Zepsuł święta, należy mu się kara! – krzyknęła Anna, choć z jej głosu dało się wyczuć, że zawahała się, wypowiadając te słowa.
– Ma piętnaście lat! Czego od niego oczekujesz?! Że będzie mistrzem kuchni?!
– Nie! Nie oczekuję! Ale dałam mu przepis i powinien się go trzymać! – skłamała Anna. – Umie czytać! To nie niemowlę!
– Jak możesz być taka opryskliwa, doprawdy! – oburzyła się Stefania, a w jej głosie słychać było, że jest bliska płaczu.
– Przestańcie się już kłócić, do jasnej cholery! – wtrącił się Piotr. – Te święta są już wystarczająco schrzanione, nie potrzeba mi jeszcze waszych kłótni!
– Nie wtrącaj się! – fuknęła Anna.
– Tak?! A czemu niby?!
– Bo… bo to sprawa między mną a matką!
– Bzdury! To nasza, wspólna sprawa.
Anna przez chwilę milczała. Marcin uznał, że zatkało ją i nie mogła znaleźć jakiejś dobrej riposty.
– Wcale nie! – odfuknęła.
– Zawsze tak jest! Zawsze tak cholera jest! Nie wiesz nic, a się wymądrzasz!
– Ty też przeciwko mnie?!
– A czego się spodziewałaś?! Że pogłaszczę cię po główce, i powiem, że nic się nie stało?!
– Mógłbyś chociaż mnie wesprzeć, jak mąż żonę!
– Teraz nagle do mnie lgniesz?! Jak potrzebujesz pomocy, to w ciągu sekundy jestem najlepszym partnerem jakiego sobie mogłaś wymarzyć, tak?
– Wcale tak nie myślę!
– Nie, w ogóle… – odparł cicho Piotr i zamilkł. Potem dało się słyszeć trzask drzwi.
Tymczasem Marcin usłyszał inny dźwięk. Jęki.
– O mój boże! Jak boli! – krzyknęła Stefania.
– Mamo?! Mamo! Piotr! Chodź szybko! – zawołała Anna. – Mamo, połóż się na sofie.
– Ale tu kłuje! Tu! – wydusiła z siebie Stefania po czym zamilkła.
– Piotr! Piotr! Ona jest nieprzytomna! Zadzwoń po karetkę!
Marcin przeszedł prędko przez próg poddasza i nie zważając na hałas, zbiegł ze schodów. Na widok syna Anna aż podskoczyła.
– A ty po co tu?! Jeszcze ciebie mi tu brakuję!
Ale Marcin zdawał się nie słyszeć jej wywodu. Podszedł do leżącej na sofie nieprzytomnej babci. Serce go ścisnęło, gdy zobaczył jej twarz bez żadnego wyrazu i zamknięte oczy.
– Trzeba ją szybko do szpitala zawieźć! – krzyknął do matki.
– Przecież wiem o tym! Nie jestem głupia! Ojciec już dzwoni po karetkę. Babciu? Słyszysz mnie? – Anna potrząsała lekko Stefanią, próbując ją ocucić, jednak jej działania nie zdały się na nic.
– Trzeba ją…
– Cicho! Wracaj na strych! Szybko!
– Mogę pomóc!
– Na nic nam tu twoja pomoc! Zrobisz więcej złego niż dobrego! Wracaj na strych, i siedź tam do rana. Z babcią będzie wszystko dobrze.
Marcin bardzo chciał zostać przy Stefanii, ale każda prośba o możliwość zaopiekowania się babcią spotykała się ze sprzeciwem Anny. W końcu, zrezygnowany wrócił na strych. Wbiegł po schodach tak szybko jak tylko mógł i ze złości kopnął z całej siły stos pudeł kartonowych. Przykucnął na nich i dysząc ciężko, układał sobie myśli w głowie. Z tego wszystkiego nawet nie czuł mrozu.
Po chwili bezczynnego siedzenia, usłyszał dźwięk nadjeżdżającej karetki. Prędko podbiegł do niewielkiego okna, zgarnął ręką pajęczyny je pokrywające i wyjrzał przez nie. Karetka stała przed domem. Sanitariusze już pewnie wbiegli do domu, bo nie wychodzili z karetki. Po kilku chwilach wynieśli wspólnie Stefanię leżącą na noszach i prędko włożyli ją do karetki. Marcin nawet się nie obejrzał a samochód już odjechał. Potem zobaczył Annę biegnącą do swojej toyoty. Szybko załadowała się do auta i ruszyła za karetką.

***


Noc wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Marcin kucał w rogu otulony paroma kartonami i trzęsąc się z zimna, myślał o wypadku. Ciekawość odnośnie stanu zdrowia babci aż zżerała go od środka. Aż do północy, kiedy to usłyszał z dołu bicie zegara, siedział i myślał o Stefanii. W końcu, kiedy poczuł, że z trudem rusza palcami, wstał i rozruszał ciało. Machał rękami w nadziei na to, że ogrzeje to jego dłonie. Ale nie przyniosło to żadnego efektu.
– Dość tego. Muszę się czymś ogrzać – postanowił i zaczął przeszukiwać strych.
Zaczął od szaf. Przejrzał je już parę godzin wcześniej, ale miał nadzieję znaleźć coś ciekawego, co przedtem umknęło jego uwadze. Gdy jednak zobaczył stertę starych gazet, pomiętych reklamówek i zniszczonych książek szybko w to zwątpił. W następnej szafce też nie znalazł nic ciekawego. Wśród wszędobylskich kartonów znalazł jeden sweter, ale był za niego o wiele za mały, i gdy próbował go na siebie wcisnąć, rozerwał go na kołnierzu. Zrezygnowany rzucił go z powrotem w kąt i poszedł szukać za szafami. Na początku przerzucił karton ze starymi taśmami filmowymi. Nie wiedział, czego one dotyczyły, ale nie interesowało go to. Prędko odrzucił je na bok i dorwał się do następnego pudła. Parę pogniecionych i przyżółkłych gazet. Aż nagle… dotyk metalu. Marcin szybko cofnął rękę, zniechęcony zimnym dotykiem tajemniczej rzeczy. Jednak ciekawość nie pozwalała mu tak zostawić to pudło i szukać dalej. Delikatnie odgarnął parę gazet i jego oczom ukazał się dziwny przedmiot. Metalowy okrąg przypominający wejście do łodzi podwodnej albo statku kosmicznego. Co to robi na strychu? Marcina aż ręce świerzbiły. Nie mógł się oprzeć pokusie dotknięcia przedmiotu, ale dokładnie pamiętał jak bardzo jest zimny.
Ale co to? Z prawej strony metalowego koła iskrzyła się na niebiesko plama bliżej niezidentyfikowanego śluzu. Marcin zachwycony zauważonym zjawiskiem nachylił głowę nad kołem, aby powąchać dziwną substancję. Jego twarz znajdowała się jakieś dwadzieścia centymetrów od powierzchni metalu, a mimo to czuł bijące od niego zimno. I wtedy poczuł zapach błękitnej substancji. Odskoczył do tyłu. W życiu nie czuł czegoś bardziej obrzydliwego i odrażającego! Tak bardzo zaintrygował go ten zapach, że nie mógł sobie odmówić tego, żeby nie powąchać śluzu jeszcze raz. Teraz wiedział, czego się spodziewać i jego reakcja była już inna niż przedtem. Zapach był wstrętny, ale mimo to, Marcin nie odskoczył. Odsunął tylko głowę od substancji, na tyle, że nie czuł już fetoru. Usiadł obok pudła z dziwnym przedmiotem i zaczął rozmyślać, co on tutaj robi. Nie przypominał sobie, aby Piotr interesował się budowaniem modeli łodzi podwodnej w skali jeden do jednego. A może to rzecz przekazywana z pokolenia na pokolenie, i za kilkadziesiąt lat będzie, jako antyk, warta tysiące? A może to po prostu śmieć, ubrudzony jakimś śmierdzącym klejem?
Marcin rozważył wszystkie możliwości, ale nie znalazł żadnego sensownego wytłumaczenia bytu tego przedmiotu na strychu. Pokusa obadania tego przedmiotu była ogromna, ale metal, zimniejszy od lodu, skutecznie go do tego zniechęcał. Przez jeszcze parę chwil kucał przed pudłem i wpatrywał się w tajemniczy przedmiot, aż w końcu dostrzegł kolejny szczegół, którego wcześniej nie widział. Na środku koła, na podłużnym kawałku metalu, służącym pewnie do otwierania, wygrawerowane było parę wersów. Marcin próbował wytężyć wzrok, aby je odczytać, ale ciemności nie pozwalały mu na to.
W końcu nie wytrzymał. Nie zważając na nic, złapał metal obiema rękami. I wtedy stało się coś dziwnego. Przeszła przez niego fala ciepła. Z początku ogarniała tylko dłonie, ale z czasem rozprzestrzeniła się na resztę ciała. Potem Marcin instynktownie zamknął oczy i poczuł ogromną radość. Nie wiedział czemu, ale przez chwilę czuł się, jakby był na jakiejś kwiecistej łące. A potem ból. W brzuchu. Na szczęście krótkotrwały i spowodowany pewnie głodem. Wieko było bardzo ciężkie; Marcin z wielkim wysiłkiem zdołał je unieść. Gdy tylko to zrobił, położył je na posadzce przed sobą. Wtedy spostrzegł, że powierzchnia metalu wcale już nie jest zimna. Wręcz przeciwnie. Stała się gorąca. Zdumiony był tym, co czuł. Przez chwilę nawet myślał, że śni. Przecież takie rzeczy w rzeczywistości się nie dzieją! A jednak… na dowód tego Marcin uderzył się lekko w rękę, sprawdzając czy oby nie śni. Jednak nic się nie stało, więc wiedział, że nie.
Ręką odgarnął kurz z wygrawerowanych liter na metalu i podstawił wieko pod blask światła księżyca. Napis był teraz bardzo wyraźny, dlatego z łatwością go przeczytał: Poligeren – Obce Ziemie. Wytężył umysł przypominając sobie lekcję historii i geografii, ale nie pamiętał, aby kiedykolwiek słyszał o Poligerenie czy Obcych Ziemiach. To brzmiało iście… pozaziemsko. Obiecał sobie w duchu, że gdy tylko wyjdzie stąd rankiem, natychmiast sprawdzi, czym, lub kim jest Poligeren i gdzie znajdują się Obce Ziemie. Tymczasem teraz objął wieko tak mocno jak tylko mógł i przycisnął je sobie do klatki piersiowej. O dziwo, nie czuł już smrodu dziwnej, niebieskiej wydzieliny. A nawet, gdy się rozejrzał, już jej nie zobaczył. Nie myślał jednak teraz, co się z nią stało. Rozkoszował się ciepłem emanującym od metalu i ogarnięty tym przyjemnym uczuciem zasnął głęboko…
Ostatnio zmieniony wt 10 kwie 2012, 22:50 przez MaW, łącznie zmieniany 3 razy.



Awatar użytkownika
mil93
Pisarz domowy
Posty: 65
Rejestracja: ndz 14 lis 2010, 19:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Uniejów
Płeć: Kobieta

Postautor: mil93 » ndz 16 sty 2011, 18:57

Po przeczytaniu wszystkich części tego opowiadania stwierdzam, że jest "spoko" :)
Wszystkie błędy zostaną dokładnie omówione przez profesjonalnych weryfikatorów (a zauważyłam ich niemało), jednak jestem ciekawa jak akcja potoczy się dalej. W jakim momencie spotkają się główni bohaterowie? Czy Szarlaki odnajdą właz ostatniego dnia, wycieńczone wędrówką i walką z niespodziewanym wrogiem? Czy Marcin zbuntuje się i ucieknie z domu, zabierając ze sobą intrygujący metal?
Pomysł na splecenie losów zwierząt i ludzi przypomina mi pewne opowiadanie z pierwszego lub drugiego numeru Qfanta, jednak to tylko moje subiektywne odczucie :)
Ale przecież ja się nie znam :P

Pozdrawiam



Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » pn 26 mar 2012, 18:51

Marcin błądził praktycznie po omacku, próbując przebić się przez zagracone schody. Gdy w końcu stanął na posadzce, rozejrzał się po pomieszczeniu i westchnął głęboko na myśl o czekającej go nocy.
[1]– Nie jest tak źle – pomyślał. – Znajdę sobie coś do ogrzania i jakoś to będzie – dodał w duchu. Jak postanowił, tak zrobił. Ale zadanie, które sobie postawił, wcale nie było łatwe. Większość rzeczy znajdujących się na strychu zupełnie nie nadawała się do zbudowania przytulnego kątka. Stare kartony posłużyły jako prymitywne ściany i podłoga, ale wciąż czegoś Marcinowi brakowało. Czegoś, co uchroniłoby go od chłodu bijącego od podłogi i pozwoliło ogrzać ręce. Przerzucił wnętrze szaf do góry nogami, ale nie znalazł nic pożytecznego.
– Dosyć tego – mruknął. – Dłużej tu nie wytrzymam. –
Dodał w duchu
i postanowił wydostać się ukradkiem z poddasza.

[1] - myśl warto wciągnąć w narrację, a nie robić z niej dialog.
Powtórzenia - zauważyłem, że masz bardzo ograniczony zasób atrybutów dialogu. W głównej mierze nie wynika to z niewiedzy, ale z konstrukcji zdań - w większości przypadków tworzysz ten sam szkielet, który pcha cię w wąską gardziel określeń czynności czy słów. Dobrą nauką jest takie zmienianie tych zdań, aby ich podsumowanie (tutaj: pomyślał w duchu) było inne.
Marcin błądził praktycznie po omacku, próbując przebić się przez zagracone schody. Gdy w końcu stanął na posadzce, rozejrzał się po pomieszczeniu i westchnął głęboko na myśl o czekającej go nocy.
– Nie jest tak źle – stwierdził. – Znajdę sobie coś do ogrzania i jakoś to będzie – pocieszył się.
– Dosyć tego – mruknął. "Dłużej tu nie wytrzymam" przemknęło mu przez myśl.
Takie przykłady.

– Jak mogłaś na niego nakrzyczeć! To jeszcze dziecko! – bulwersowała się babcia Stefania.
– To moje dziecko i ja będę decydowała jak mam je wychować! – odkrzyknęła stanowczo Anna.
– Ty chyba zwariowałaś! Na strychu jest ledwo pięć stopni! Chcesz żeby złapał zapalenie płuc?!
– Siedział już tam wiele razy i nic mu się nie stało!
– To nie znaczy, że teraz też nic mu się nie stanie!
– Zepsuł święta, należy mu się kara! – krzyknęła Anna, choć z jej głosu dało się wyczuć, że zawahała się, wypowiadając te słowa.
– Ma piętnaście lat! Czego od niego oczekujesz?! Że będzie mistrzem kuchni?!
– Nie! Nie oczekuję! Ale dałam mu przepis i powinien się go trzymać! – skłamała Anna. – Umie czytać! To nie niemowlę!
– Jak możesz być taka opryskliwa, doprawdy! – oburzyła się Stefania, a w jej głosie słychać było, że jest bliska płaczu.

Pokazujesz tu charaktery. Postaci mówią naturalnie - już to chwaliłem i to się ceni - jednak głównym mankamentem jest brak istotności tego dialogu. Nic, zupełnie nic nie wnosi. Bo widzisz, możnaby pomiędzy wypowiedzi wprowadzić akcję, opisy zachowania, ale wówczas ten i tak długi, nic nie wnoszący dialog stałby się jeszcze bardziej obszerny i zająłby cztery lub pięć stron w książce, a można także go skrócić, ba!, nawet opisać dialog w narracji. Tylko teraz, po lekturze trzech rozdziałów, dostałbym kręćka, czytając tyle wywodów i sprzeczek rodziny albo rozmowy pomiędzy Nezem a chłopakiem, gdybym miał je czytać w skrócie. Wybrałeś długą formę, piszesz prawie powieściowo, ale wypychasz tekst trocinami, które są niestrawne. Dalej optuję za wycięciem tego, niemalże usunięciem... dialogów. Ale wówczas cała praca pójdzie na marne. Czy tak będzie, to zależy od ciebie - na pewno wykonałeś tutaj kawał roboty, więc - skoro to się nie podoba (oceniam po liczbie czytań w tak długim czasie), warto przyjąć to za ciężką lekcję?

Jak już wspomniałem, pobawiłbym się we wskazywanie błędów, sugestie i porady - jednak przy tej objętości tekstu i zmian, które bym naniósł, jego lwia część po prostu by znikła. Opowieść ciągnęła się w nieskończoność, parę razy przyłapałem się na tym, że mimowolnie przeskakuję albo dialog, albo cały akapit, i choć masz ten dryg do prowadzenia narracji, brakuje tu ściśnięcia wszystkich elementów fabuły do rozmiarów płynnej i zwartej narracji. Pogratulować muszę wytrwałości, bo co jak co, ale z pewnością zajęło ci to sporo czasu.
Koniec końców, świat realny wyszedł ci dużo lepiej, choć nie bez potknięć.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.

Awatar użytkownika
MaW
Pisarz domowy
Posty: 52
Rejestracja: czw 15 lip 2010, 20:53
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: MaW » wt 27 mar 2012, 21:59

Napiszę tutaj w odpowiedzi na wszystkie trzy weryfikacje.
Przede wszystkim to dzięki za opinię i podziwiam, że chciało Ci się przez to przebrnąć :) Ze wszystkimi uwagami się zgadzam bo jak zwykle są celne, więc nie pozostaje mi nic innego jak pokornie pokiwać głową. Ten tekst napisałem już przeszło rok temu, więc minęło dość sporo czasu. Czuję jednak, że dobrze go nie wykorzystałem, bo ostatnio zrobiłem sobie zbyt długą przerwę, podczas której pomysł kształtował się w głowie, ale zbyt słaba motywacja sprawiła, że w tym roku jeszcze nic nie napisałem. Dzień po tym, jak wreszcie zabrałem się do roboty, zobaczyłem te weryfikacje i tutaj kolejne podziękowania, bo dzięki nim dostałem niezłego kopa i od razu jakoś chce się pisać :) Świeża porcja porad to bardzo dobra sprawa, wezmę sobie to do serca :D


All write!

Awatar użytkownika
dorapa
Pisarz
Pisarz
Posty: 3397
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

Postautor: dorapa » ndz 08 kwie 2012, 16:35

MaW pisze:Marcin szedł na palcach, bo podłoga na strychu była bardzo zimna. Niewyłożona płytkami, ani wykładziną. Czysty beton, gdzieniegdzie przykryty kawałkami wełny szklanej, albo starymi chodnikami.

Sam sobie przeczysz. Podłoga to goły beton wyłożony chodnikami? Widzisz te niedorzeczności?

MaW pisze:Jedynym pustym miejscem był róg, w którym normalnie stało pudło z choinką i bombkami, a teraz świecił pustkami.

Skoro róg był pusty to świecił pustakami. Masło maślane.

MaW pisze:Jedynym pustym miejscem był róg, w którym normalnie stało pudło z choinką i bombkami, a teraz świecił pustkami. Na strychu było bardzo ciemno. Jedynie wąska strużka światła sączyła się z niewielkiego okna, znajdującego się naprzeciwko klatki schodowej.

Powtórzenia i ssss... syk węża z tego wychodzi.

MaW pisze:Marcin błądził praktycznie po omacku, próbując przebić się przez zagracone schody. Gdy w końcu stanął na posadzce,

Wcześniej opisujesz, że posadzka była zimna, że tylko w rogu był kawałek wolnej przestrzeni a teraz wracamy na schody?

MaW pisze:Marcin spodziewał się jakiegoś wartownika pilnującego, aby nie wydostał się ze strychu. Najbardziej w tej roli pasował mu Piotr. Był on totalną ofermą.

Nadal upieram się, by Marcin rozmyślając odnosił się do swoich rodziców jak do rodziców, nie kumpli. Więc: Najbardziej do tej roli pasował mu ojciec, bo był totalnym ofermą, wiecznie pod pantoflem matki.
Nazywanie rodziców po imieniu likwiduje dystans między postaciami, a przecież jest on niezbędny do tej opowieści.
Wartownik na ogół pilnuje. Taka fucha. Starczyłoby samo wartownika.

MaW pisze:Zaciekawienie ogarnęło Marcina do tego stopnia, że postanowił uklęknąć na najwyższym stopniu schodów i wytężyć słuch, próbując wysłuchać przyczyn tego dziwnego zjawiska.

To jeden z dobrych przykładów jak bardzo gmatwasz.
Zaciekawienie ogarnęło Marcina... - nieładnie. Lepiej niech to Marcin będzie zaciekawiony.
Klęka,by wytężyć słuch, żeby usłyszeć... - nieładnie. Musi klęknąć, by wytężyć słuch? Bez klękania się nie da?
Może tak:
Zaskoczony nieobecnością ojca, przystanął na najwyższym stopniu i wytężył słuch.

MaW pisze:– Nie, w ogóle… – odparł cicho Piotr i zamilkł. Potem dało się słyszeć trzask drzwi.
Tymczasem Marcin usłyszał inny dźwięk. Jęki.
– O mój boże! Jak boli! – krzyknęła Stefania.

Kłócą się. Piotr jest wściekły, wrzeszczy na żonę, a potem nagle mówi cicho, milknie i ucieka na dwór? Prędzej by wrzasnął i wypadł wściekły, waląc drzwiami z całej siły.
Może tak:
- Nie, w ogóle... - wrzasnął Piotr i zamilkł.
Musiał wyjść na dwór, bo Marcin usłyszał trzaśnięcie drzwiami. Zaraz potem z pokoju dobiegł rozdzierający jęk babci.

Rozumiem, że Marcin musi wrócić na strych, ale sposób w jaki matka go odsyła jest, wybacz, nie z tej ziemi. Myślę, że nawet taka wariatka jak matka Marcina, skupiłaby się na ratowaniu teściowej, a nie na wyganianiu chłopaka na strych. Może to przecież zrobić później.

Możesz inaczej zbudować tę scenę. Marcin podsłuchuje przez zamknięte drzwi. Słyszy co się dzieje, ale nie może nic zrobić. Wali w drzwi, krzyczy, jest zrozpaczony, bo wszyscy wyjeżdżają do szpitala a on zostaje sam, zamknięty na strychu.

Niektóre sceny są jak dla mnie mało realne, nieżyciowe. Niemniej jednak sam pomysł zagmatwania losów nastolatka skłóconego z rodziną i wplątanego w jakieś wojny istot nie z tej bajki jest ciekawy. Nie nowatorski, ale jak to mówią; "Wszystko już było."

Zainteresowałeś mnie. Piszesz ciąg dalszy? Wrzuć, mimo wszystko chętnie przeczytam rozdział 4. :)

Pozdrawiam.


"Natchnienie jest dla amatorów, ten kto na nie bezczynnie czeka, nigdy nic nie stworzy" Chuck Close, fotograf


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości