Słoneczna Dolina - Stefan Darda

2010-03-01

Słoneczna Dolina - Stefan Darda 

 

   Dziewiętnastego lutego Roku Pańskiego 2010. Piątek. Wieczór. 
   Tego dnia zasiadłem przy biurku i rozpakowałem książkę. Pachniała drukarską farbą i klejem. Spojrzałem za okno – dzień chylił się ku końcowi. Ptaki przestały śpiewać, psy leżały cicho w budach, ostatnie promienie słońca przecinały horyzont i nikogo nie było w pobliżu. Położyłem powieść na blacie i wpatrywałem się w okładkę. Ziała grozą tak samo, jak cisza za oknem.
   – Czarny Wygon: Słoneczna Dolina – odczytałem szeptem.
   Dreszcze na plecach poczułem już po pierwszych przeczytanych stronach. Przedmowa Stefana Dardy uderzyła we mnie smutkiem i strachem. Nie wiem, co zmusiło mnie
do przeczytania tej części książki. W innych powieściach z reguły opuszczałem odautorskie słowa, od razu przechodząc do historii. Tym razem jednak zwróciłem uwagę na pierwszy akapit (który oczarował mnie życiową prawdą) i nim się obejrzałem, siedziałem z szeroko otwartymi oczami. Powoli wypuściłem powietrze – nawet nie zauważyłem,
że wstrzymywałem oddech. Mało który pisarz potrafi tak ciekawie i klimatycznie wciągnąć czytelnika do opowieści.

    Łapczywie pochłaniałem kolejne strony. Poznałem Witolda Uchmanna, redaktora od spraw paranormalnych jednej z warszawskich gazet, jego przyjaciela – Adama Nawrota, z którym pracował – i Rafała Gielmudę, który zmienił jego życie. Przechadzałem się po baśniowym Roztoczu, odwiedzając piękną Słoneczną Dolinę i zapuszczając się na przerażający Czarny Wygon. Czułem strach, siedząc po zmroku w „przeklętej wiosce”, i odrazę, widząc Ich, kryjących się wśród gęstych drzew. Ciekawa akcja, pełna niespodziewanych zwrotów, przeplatała się z wielką tajemnicą.   

    Tajemnicą, której w tej części nie było mi dane poznać.

    Lęk łapał mnie na każdej stronie. Przerażające sny, upiorna dziewczynka, ciemny las i krwawe sceny były tak realne, że czasami zastanawiałem się czy nadal jestem w pokoju, czy może wraz z bohaterami błądzę po lesie. W takich momentach musiałem się uszczypnąć.
    „Słoneczna Dolina” to książka napisana z pomysłem. Nie tylko ze względu na kunsztowną historię i niesamowity klimat, lecz również „dojrzałe pióro” autora. Warsztat pisarski Stefana Dardy błyszczy w całej okazałości, czego dowodem jest sam koncept powieści. Różnorodna narracja – pierwszo i trzecio osobowa – przeplata się z opowieścią pisaną przez Witolda Uchmanna i historią Starzyzny, którą czyta.
     Wiedziałem jedno – nigdy nie czytałem, żadnej powieści Stephena Kinga, do którego prozy porównywana jest twórczość Stefana Dardy. Od tej pory nie będę wstydził się nieznajomości mistrza gatunku. Wy macie swojego Kinga, ja mam swojego Dardę.
     Gdy odkładałem książkę, za oknem wschodziło słońce, a delikatna mgła osnuła ziemię. Nie wiedziałem, gdzie uciekł czas. Siedziałem wbity w krzesło i patrzyłem na polną drogę. Przez chwilę miałem wrażenie, że widzę postać wychodzącą z mlecznej zawiesiny. Przypominała małą dziewczynkę w letniej sukience. Pokręciłem z niedowierzaniem głową i postać zniknęła.
      – To tylko wyobraźnia – powiedziałem, dodając sobie otuchy. – Tylko wyobraźnia…

 Piotr „Revis” Sender

Zobacz także: